Witold Ziomek, Wprost.pl: 38 tysięcy pracowników, wszyscy na umowach o pracę. Jak dzisiaj wygląda typowy zespół restauracji McDonald’s?
Anna Papka, dyrektorka do spraw relacji korporacyjnych i wpływu, McDonald’s Polska: Wszystko się zgadza, liczby potwierdzam. Średnio jedna restauracja McDonald’s – a mamy ich już ponad 630 – zatrudnia 60 osób. Jak Pan Redaktor wskazał, wszystkie osoby są zatrudnione na umowach o pracę.
Jeżeli chodzi o strukturę demograficzną, mamy dość dużą różnorodność w zespołach i to nie jest puste hasło. Zaczynając od różnorodności wiekowej – zatrudniamy też osoby młodociane, czyli nasz najmłodszy pracownik może mieć 16 lat. Najstarsza pracownica w tym momencie ma 73 lata, więc rzeczywiście jest to duża rozpiętość. Najwięcej mamy tak zwanych „zetek” – to ponad 60% zespołu.
Oprócz tego w naszych zespołach są też osoby z niepełnosprawnościami, a dość dużą grupą są w naszym przypadku cudzoziemcy – to około 17%, czyli kilka tysięcy osób.
Na jakich stanowiskach dzisiaj pracują cudzoziemcy? Tylko w obsłudze kuchni, czy może już jako kierownicy restauracji?
Na każdym stanowisku. Podstawą naszej filozofii i podejścia do zatrudnienia jest to, że wszystkim pracownikom oferujemy równe warunki i równe możliwości, w oparciu o tę samą formę zatrudnienia, czyli umowę o pracę. Osoby, które zaczynają swoją przygodę z McDonald’s na podstawowym stanowisku – a nie wymagamy żadnych kwalifikacji, żeby zacząć u nas pracę – mają taką samą, jasno określoną ścieżkę awansu.
Mogą zostać kierownikami zmiany, później kierownikami restauracji, mogą też dostać awans do struktur korporacyjnych. Jedna z naszych pracownic, cudzoziemka w zeszłym roku otrzymała najwyższą nagrodę globalną, Presidential Award. Można więc osiągnąć naprawdę bardzo duże sukcesy.
17 procent zespołu to bardzo duży odsetek – myślę, że nie ma raczej restauracji, w której ten zespół nie byłby różnorodny. Jak zarządza się takimi zespołami? Czy macie jakieś specjalne narzędzia, które dajecie kierownikom?
Tak, rzeczywiście. Każda firma pewnie powie, że zaczyna od szkoleń. Szkolenia mają znaczenie, natomiast w gastronomii, siłą rzeczy, zespoły często rotują. Dużo osób przychodzi do nas, żeby dorobić w czasie studiów czy wakacji, więc szkolenia, jak zarządzać różnorodnymi zespołami, musimy przeprowadzać ustawicznie.
To nie jest coś, co powiemy raz i powtórzymy za rok – to ciągła praca z zespołem, zaczynająca się od kampanii uświadamiających. Ale najlepszą formą integracji jest po prostu codzienna praca.
Bardzo często młode osoby, które u nas zaczynają i awansują przez kolejne szczeble, mówią wprost, że to, czego najbardziej się uczą, to zdolność zarządzania zespołem i radzenia sobie – w dobrym sensie – z różnorodnością. Muszą na tej samej zmianie porozumieć się z osobą, która może nie mówi po polsku, może jest dwa razy starsza, ale łączy ich jeden cel, którym jest to, żeby gość poczuł się dobrze.
Patrząc na demografię, te 17 procent, które mamy dzisiaj, w kolejnych latach raczej będzie się zwiększać. Czego dzisiaj jako firmie wam brakuje i jakie macie oczekiwania wobec wsparcia państwa w zakresie zatrudniania cudzoziemców?
Nie oczekujemy, że państwo będzie nas wspierać w zatrudnianiu. Nie jest też naszym celem zatrudnienie jakiejś określonej puli cudzoziemców. To, że w branży HoReCa, ale też w transporcie, logistyce czy usługach kurierskich pracuje tak wielu cudzoziemców, wynika głównie z demografii – ze zmiany struktury społeczeństwa. To, dlaczego biznesy zatrudniają cudzoziemców, to chęć rozwoju i zapewnienia najlepszej obsługi. Cudzoziemcy stanowią dziś dość duży procent osób zatrudnionych, a przede wszystkim osób płacących składki – i wierzymy, że bez nich polska gospodarka nie rozwijałaby się tak szybko, jak się rozwija.
To, że jesteśmy dziś 20. gospodarką świata, wynika też z tego, że byliśmy dość skuteczni w przyciąganiu migrantów legalnie tu pracujących i płacących składki.
Jeśli mówimy o tym, czego oczekujemy – to raczej nie wsparcia, a mądrych rozwiązań legislacyjnych. Chodzi przede wszystkim o procedury biurokratyczne. Bardzo często procedury legalizacji są długie i nieprzewidywalne, a dla różnych grup cudzoziemców wymagania wyglądają zupełnie inaczej. O ile większe firmy jakoś sobie z tym radzą, bo mają zaplecze prawników i pracowników, to dla małych i średnich firm – a to na przykład nasi franczyzobiorcy, bo działamy przede wszystkim w modelu franczyzowym – może być wyzwaniem. Długi czas oczekiwania i zagmatwane, często zmieniające się procedury nie pomagają budować pewności w planowaniu biznesu, a mówiąc korporacyjnym językiem – w forecastowaniu. Musimy mieć pewność, ilu pracowników będziemy mieli, czy będziemy mogli otworzyć restaurację i zatrudnić do niej załogę. Przyspieszenie, uproszczenie i ujednolicenie tych procedur byłoby więc bardzo pomocne.
Chcę zwrócić uwagę jeszcze na jeden aspekt: teraz na poziomie państwa toczy się dyskusja o tym, żeby ułatwiać zatrudnianie osobom z krajów wysoko rozwiniętych. I faktem jest, że polska gospodarka potrzebuje też wysoko wykwalifikowanych pracowników z takich krajów, którzy mogą przynieść umiejętności i wiedzę, których u nas nie ma. Natomiast podstawa gospodarki – czyli branże, o których mówiłam wcześniej: restauracyjna, kurierska, handel, logistyka, transport – nie poradzi sobie w tym momencie, chociażby ze względu na demografię, bez pracowników z zagranicy.
W interesie państwa i jego bezpieczeństwa jest to, żeby ci pracownicy przebywali tu legalnie – żeby państwo miało kontrolę nad tym, kto przebywa w kraju, żeby pracowali, płacili składki i byli częścią naszej gospodarki w dobrym sensie.


