
Po kilku miesiącach aklimatyzacji w Pałacu Prezydenckim i licznych podróżach zagranicznych, których praktyczne rezultaty pozostają znane wyłącznie najbliższemu otoczeniu Karola Nawrockiego, prezydent zaczął ujawniać swoje priorytety w polityce zagranicznej. Zaskoczenia nie ma. Głównym zagrożeniem dla Polski nie jest jego zdaniem putinowska Rosja, ale zdominowana przez Niemcy Unia Europejska.
Dlatego podczas obchodów Święta Niepodległości nie wspomniał o trwającej wojnie hybrydowej, jaką prowadzi z nami Rosja, zajął się natomiast demaskowaniem „części polskich polityków gotowych do tego, aby po kawałku oddawać polską wolność, niepodległość i suwerenność obcym instytucjom, trybunałom, obcym agendom Unii Europejskiej”.
Ich nazwisk wprawdzie nie wymienił, ale jest oczywiste, że nie miał na myśli polityków PiS, Konfederacji, czy Korony, którzy od lat formułują podobne zarzuty wobec formacji współtworzących obecną koalicję rządową. Towarzyszyła temu pompatyczna deklaracja, że „nigdy nie pozwoli, abyśmy znów stali się pawiem i papugą narodów, bezwolnie powtarzającą to, co przychodzi z Zachodu”.
W miniony poniedziałek te ogólnikowe deklaracje prezydent uzupełnił już bardziej konkretnym programem, jaki przedstawił podczas wykładu wygłoszonego na Uniwersytecie Karola w Pradze. Składa się on z kilku głównych punktów.
Dwa z nich nie są specjalnie kontrowersyjne. Pierwszy sprowadza się do „utrzymania zasady jednomyślności w tych obszarach decyzji unijnych, w których ona obecnie obowiązuje”. Jest to polemika z pojawiającymi się – zwłaszcza w Paryżu i Berlinie – pomysłami, by ograniczyć obecny zakres jednomyślności, co umożliwiłoby np. przełamywanie węgierskiego „liberum veto” w różnych sprawach, w tym dotyczących niektórych aspektów unijnego wsparcia dla Ukrainy.
Drugi z kolei dotyczy sprzeciwu wobec propozycji ograniczenia liczby komisarzy w Komisji Europejskiej – obecnie każdy kraj członkowski ma tam jednego przedstawiciela – co miałoby zdaniem zwolenników tego rozwiązania uczynić ją sprawniejszą.
Trudno się nie zgodzić z prezydentem, że obie te zmiany, gdyby zostały wprowadzone, przyczyniłyby się do zwiększenia dominacji największych państw UE. Pytanie brzmi: których? Gdyby bowiem Polska potrafiła odgrywać rolę realnego lidera państw Trójmorza, wówczas takie zmiany nie musiałyby być dla nas niekorzystne.
Jednak podczas rządów PiS, które w przeciwieństwie do ekipy Donalda Tuska, mocno stawiały na projekt Trójmorza, stało się jasne, że nie potrafimy tej regionalnej współpracy przenieść na forum unijne. Dlatego też można się zgodzić z prezydentem: zarówno ograniczanie zasady jednomyślności, jak i liczby komisarzy, nie leży w polskim interesie.
Realizacja dwóch kolejnych punktów praskiego programu prezydenta wymagałaby już rewizji obecnego traktatu stanowiącego Unii Europejskiej. Nawrocki chciałby bowiem likwidacji stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i zastąpienia go przywódcą „państwa członkowskiego sprawującego w danym momencie prezydencję UE, co oznacza powrót do charakteru prezydencji sprzed traktatu lizbońskiego„.
Towarzyszyć ma temu zmiana „systemu głosowania w Radzie UE w taki sposób, aby zniwelować nadmierną przewagę dużych państw UE”.
Abstrahując od kwestii realności rewizji traktatu lizbońskiego – o czym Jarosław Kaczyński mówił już przed dekadą, gdy Nawrocki był jeszcze niskim rangą urzędnikiem w IPN – warto się zastanowić, czy taka zmiana rzeczywiście odpowiadałaby polskim interesom?
Unię Europejską tworzy obecnie 27 państw. Polska jest wśród nich na szóstym miejscu pod względem PKB oraz na piątym pod względem liczby mieszkańców. Trudno zatem nie uznać, że należy do największych państw UE, a jeśli uda nam się utrzymać obecną przewagę w tempie rozwoju gospodarczego, to za kilka lat możemy także pod względem gospodarczym wyprzedzić piątą obecnie Holandię. Czy zatem Nawrocki rzeczywiście działa na korzyść Polski, domagając się „zniwelowania nadmiernej przewagi dużych państw UE”?
Prezydencka retoryka koresponduje z głoszonym od lat przez Jarosława Kaczyńskiego i innych polityków prawicy poglądem, że cała Unia działa pod dyktando Niemiec. Jest oczywiste, że Niemcy są największym państwem UE, a przez to też najbardziej wpływowym. Czy jednak oznacza to, że Berlin rzeczywiście narzuca swoje zdanie we wszystkich istotnych sprawach pozostałym państwom członkowskim? Gdyby tak rzeczywiście było, to zmiana sposobu głosowania w Radzie Unii Europejskiej niczego by tu nie zmieniła.
Obecny system tzw. podwójnej większości, którym Rada Europejska rozstrzyga sprawy dla jakich nie przewidziano zastosowania zasady jednomyślności, polega na tym, że należy uzyskać poparcie 55 proc. członków Rady (tj. 15 z 27 krajów), które reprezentują równocześnie przynajmniej 65 proc. całkowitej populacji UE. Niemcy stanowią około 19 proc. ogólnej liczby mieszkańców UE, co jasno pokazuje, że aby cokolwiek przeforsować muszą zbudować szeroką koalicję.
Nawet w porozumieniu z Francją (15 proc.) mają wciąż zbyt mało głosów, aby narzucić pozostałym swoją wolę. Muszą jeszcze nakłonić do poparcia swojego stanowiska 13 innych państw, w których mieszka kolejnych 31 proc. obywateli Unii. Trzeba mieć głowę umeblowaną tak jak prezes Kaczyński, aby wierzyć, że we wszystkich tych państwach rządzą równocześnie „niemieccy agenci” pokroju Donalda Tuska.
Dlaczego zatem Niemcy są rzeczywiście najbardziej wpływowi? Bo nauczyli się tego, co dla Polski wciąż pozostaje nieosiągalne, czyli negocjowania porozumień z udziałem kilkunastu państw Unii. I to właśnie pozwala im przeważać szalę. Nie zawsze, ale wystarczająco często, aby Kaczyński i Nawrocki mogli straszyć Polaków „niemieckim dyktatem”.
Problem leży zatem po naszej stronie, bowiem niezależnie od tego, kto u nas rządzi, wciąż nie potrafimy budować na forum unijnym szerszych koalicji.
Najlepiej pokazała to ostatnio sprawa umowy między UE a krajami Mercosur. Polska nie jest jedynym krajem Unii, która ma rozwinięte rolnictwo, a jednak nie zdołaliśmy przekonać innych unijnych potęg rolniczych, że tania żywność z Ameryki Południowej nie będzie też korzystna dla rolników z Francji, Holandii, Hiszpanii, a nawet Włoch, w których prezydent Nawrocki osobiście naświetlał problem premier Giorgii Meloni.
Rzekoma ideowa bliskość obojga polityków nic nie dała i Rzym ugiął się w tej sprawie pod „dyktatem” Brukseli i Berlina. Ugiął się? A może jednak włoscy dyplomaci i urzędnicy pracujący w aparacie Komisji Europejskiej potrafili zadbać podczas negocjacji o interes własnego rolnictwa lepiej niż legendarny już były polski komisarz ds. rolnictwa Janusz Wojciechowski, którego przed laty PiS wysłał do Brukseli, by stał na straży interesów naszych producentów żywności?
Tego samego, który wsławił się promowaniem wyklinanego przez polskich rolników Zielonego Ładu, a którego niektóre ustalenia zdołał renegocjować obecny rząd.
Przed tym ostatnim stoi jednak znacznie poważniejsze wyzwanie niż obrona interesów rolników, i tak pozostających jako grupa społeczna największym beneficjentem obecności Polski w UE. Najistotniejsze dotyczy kwestii energetyki.
Wprawdzie ekipie Tuska udało się ostatnio przesunąć o rok (z 2027 na 2028) wejście nowego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych (ETS2), ale i tak temat cen prądu oraz olbrzymich kosztów transformacji energetyki będzie jednym z najważniejszych, o ile nie głównym tematem kampanii przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi.
Jest też jasne, że w obciążonym olbrzymimi wydatkami socjalnymi, zdrowotnymi i obronnymi budżecie państwa nikt już nie znajdzie kolejnych miliardów na obniżenie zakładanego przez ETS2 wzrostu opłat za ogrzewanie i paliwa. Opłat, które mają nakłonić posiadaczy starych domów do modernizacji istniejących w nich systemów ogrzewania, a właścicieli samochodów spalinowych do przechodzenia na hybrydy i elektryki.
Na wsparcie tego procesu Polska ma otrzymać z unijnego Społecznego Funduszu Klimatycznego około 15 miliardów euro. Dla każdego, kto orientuje się w skali problemu, jest jasne, że ta pozornie wielka kwota, jest w rzeczywistości zbyt mała. A terminy forsowane przez Brukselę zdecydowanie zbyt krótkie. Dlatego rząd Tuska ma niespełna dwa lata, aby wynegocjować więcej czasu i więcej pieniędzy.
Bez tego przegra wybory, a odsetek Polaków popierających członkostwo w Unii, obecnie sięgający 81 proc. (to tłumaczy, dlaczego tylko Grzegorz Braun ma dziś odwagę otwarcie mówić o wyjściu z „eurokołchozu”), zacznie się kurczyć w rytm kolejnych wystąpień prezydenta Nawrockiego oraz innych polityków prawicy przekonujących, że „inna unia jest możliwa”.
Niestety nie jest, chyba że władzę we Francji przejmie Zjednoczenie Narodowe, a w Niemczech AfD. Wtedy jednak może się okazać, że Unia nie tyle doczeka się wymarzonej przez Nawrockiego reformy, co likwidacji, bo nowe rządy w Paryżu i Berlinie uznają, że jednak nie opłaca im się być dłużej tzw. płatnikiem netto do unijnej kasy, czyli państwami, które więcej do niej wpłacają, niż z niej otrzymują. My zaś znajdziemy się wówczas całkowicie nowej, zdecydowanie gorszej niż obecnie, sytuacji geopolitycznej i geogospodarczej.
Zakładając jednak, że ten katastroficzny scenariusz nie nastąpi, nie mamy co liczyć na całkowite odrzucenie unijnej polityki energetycznej i środowiskowej. Większość państw Unii (nie tylko Niemcy i Francja) dokonała już bowiem olbrzymich inwestycji w transformacje swojej energetyki i ochronę środowiska naturalnego.
Gdyby Polska przed laty, gdy dopiero forsowano unijny pakiet „Fit for 55” była w stanie zbudować blokującą go koalicję, wówczas bylibyśmy dziś w innej sytuacji. Ponieważ jednak kolejne rządy, od Ewy Kopacz poczynając, a na Mateuszu Morawieckim kończąc, nie zdołały tego uczynić, przyjmując kolejne zobowiązania, to obecnie pozostaje nam jedynie walka o złagodzenie jego rygorów.
Jeśli to się nie uda, wówczas po ewentualnym przejęciu władzy przez prawicową koalicję w 2027 r., rozpocznie ona – pod przewodem prezydenta – nową konfrontację z Brukselą, która, obok wciąż nierozwiązanego problemu sądownictwa, obejmie też kwestie energetyczne i migracyjne.
Wszak na realizację wciąż czeka zapowiedź Nawrockiego z czasów kampanii, że wypowie unijny pakt migracyjny. Obecnie nie jest w stanie tego zrobić, podobnie jak nie jest w stanie wymienić własnej ochrony osobistej przydzielanej mu przez rząd Tuska, który wypłaca mu też pensję. Jeśli jednak prawica wróci do władzy pod patronatem Nawrockiego, wówczas będzie mógł nie tylko wypowiedzieć pakt migracyjny, ale też ogłosić, że jego program reformy UE został odrzucony, a Polacy nie będą dłużej znosić berlińsko-brukselskiego dyktatu.
Nowy rząd w ramach „zmiękczania” Brukseli przystąpi zaś do realizacji dawnego pomysłu Zbigniewa Ziobry, aby zaprzestać wpłacania środków do unijnej kasy, co spowoduje łatwe do przewidzenia retorsje. Rozpocznie się polexit na raty.












