
-
Eksperci wskazują, że nie ma dowodów na presję Putina wobec Łukaszenki w kwestii udziału w wojnie z Ukrainą.
-
Według analiz, armia białoruska nie jest przygotowana do działań ofensywnych i ewentualny atak zakończyłby się jej porażką.
-
Wizyta Łukaszenki w Chinach prezentowana jest jako element długofalowej strategii, a nie reakcja na bieżące wydarzenia dotyczące Rosji czy Ukrainy.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
– Niebezpieczeństwo ataku z terytorium Białorusi będzie realne, jeśli Rosja znajdzie 70 tys. żołnierzy – mówił pod koniec czerwca dowódca Gwardii Narodowej Ukrainy generał major Ołeksandr Piwnenko. Wypowiedź ukraińskiego wojskowego wpisywała się w panującą w tamtejszych mediach narrację o naciskach Kremla na białoruskie władze, aby te zdecydowały o przeprowadzeniu inwazji na Ukrainę.
Przekaz o zagrożeniu ze strony Mińska rozbudowywany był przez wojskowych, ale także ukraińskich polityków i publicystów. Niemal każdego dnia w największych portalach internetowych pojawiały się kolejne wypowiedzi, w których przekonywano, że Łukaszenka jest „przyciskany do muru” przez Putina, żądającego od niego bezpośredniego zaangażowania w wojnę.
Jednocześnie ze strony Sił Zbrojnych Ukrainy publikowane były komunikaty, które jasno wskazywały na gotowość do walki na północy kraju. Dowódca Sił Systemów Bezzałogowych Ukrainy ps. Madziar przekonywał m.in., że armia „wyznaczyła już pierwszych 500 celów na terytorium Białorusi, które zostaną natychmiast zaatakowane, jeśli Łukaszenka zdecyduje się na przyłączenie do wojny”.
Białoruska inwazja na Ukrainę? „Papka informacyjna i przekłamania”
Czy zatem w najbliższych miesiącach powinniśmy spodziewać się kolejnej ofensywy w Ukrainie, tym razem z wykorzystaniem białoruskich jednostek? Zdaniem Kamila Kłysińskiego, eksperta Ośrodka Studiów Wschodnich, taki scenariusz rozwoju wojny to przede wszystkim wynik „dezinformacji, papki informacyjnej i przekłamań”.
– Nie ma czegoś takiego jak presja Putina wobec Łukaszenki. My naprawdę drobiazgowo zajmujemy się tą materią i nie znaleźliśmy ani razu w ciągu ostatnich lat wojny elementów wskazujących na taką presję – przekonuje.
– Putinowi w zupełności wystarcza ten zakres wsparcia, jakie otrzymuje od Łukaszenki. Jemu armia białoruska nie jest potrzebna w Ukrainie. Z tego będzie większy kłopot niż pożytek. Ta armia nie jest gotowa do takich działań – dodaje.
Zdaniem eksperta samodzielne działanie wojsk białoruskich nie przyniosłoby żadnego rezultatu wojskowego pozytywnego dla Kremla. Jednostki podległe Łukaszence są zbyt słabe, by poszerzyć front i znacząco utrudnić Ukrainie możliwości obronne.
– Wywieranie presji na Łukaszenkę nie ma najmniejszego sensu, bo on się tej wojny boi. Uczestniczy w niej tak jak potrafi, bo chce być lojalny wobec Kremla i musi. Ale Rosjanie nie chcą go skazywać na prestiżową i spektakularną porażkę, jaką byłoby nieudane wejście wojsk białoruskich do Ukrainy. To wyglądałoby jak w powieściach Haszka o dobrym wojaku Szwejku. Armia białoruska otrzymałaby sromotne lanie od zaprawionych w boju i dobrze przygotowanych Ukraińców – wyjaśnia Kłysiński.
„Powtórka z obwodu kurskiego”. Analityk wojskowy o ataku Białorusi na Ukrainę
Zdanie Kamila Kłysińskiego potwierdza w rozmowie z Interią analityk wojskowy Bartłomiej Małczyk. Absolwent Terezjańskiej Akademii Wojskowej zwraca uwagę na potencjał militarny Mińska, który zostałby wykorzystany do inwazji.
– Siły Zbrojne Białorusi to niecałe 50 tysięcy żołnierzy. Wydają 2 proc. PKB na wojsko. To niewiele ponad miliard dolarów rocznie. A należy zauważyć, że to w ostatnich latach wzrastało. Białoruscy żołnierze nie są przygotowani nawet do operacji obronnych, a co dopiero zaczepnych – mówi ekspert.
Według Małczyka bardzo prawdopodobny byłby opór wśród samych żołnierzy, którzy, znając sytuację międzynarodową, nie kwapiliby się do wykonywania rozkazów. – Duża część myśli o dobru Białorusi, a niekoniecznie dobru Łukaszenki – podkreśla, dodając jednocześnie, że w odróżnieniu do Władimira Putina miński satrapa zapewne zdaje sobie sprawę z potencjału militarnego swojej armii.
A jeśli jednak zdecydowano by się na atak? Wówczas zdaniem Bartłomieja Małczyka mielibyśmy powtórkę z kilku momentów wojny, które już obserwowaliśmy.
– Zapewne można by to porównać do pierwszych dni pełnoskalowej inwazji. Wówczas Ukraińcy nie tyle nie wpuścili, co nie zatrzymali Rosjan. Łatwiej się bowiem „kroi” przeciwnika, jak już trochę dalej wjedzie. Mielibyśmy pierwszy dzień „spektakularnych sukcesów”, wjazd na kilkadziesiąt kilometrów, a później byłaby całkowita porażka i anihilacja tych sił zbrojnych – wyjaśnia.
– Jednocześnie Białorusini musieliby się liczyć z operacjami w stylu obwodu kurskiego, gdzie Ukraińcy zajęli dużą część obwodu. Jeżeli chodzi o Białoruś, te terytorialne sukcesy Ukraińców mogłyby być dużo większe – dodaje.
Chińska pomoc dla Łukaszenki?
Wracając do tematu ukraińskiego przekazu medialnego, należy wspomnieć o wizycie Alaksandra Łukaszenki w Pekinie. Spotkanie z Xi Jinpingiem było przedstawiane jako próba „ratowania się” mińskiego satrapy przed naciskami ze strony Kremla.
Jak podkreśla Kamil Kłysiński tutaj również mamy do czynienia z „podkręcaniem” informacji i wpuszczaniem do nich dużych dawek emocji, a nie rzetelnej oceny sytuacji.
– Tego typu wizyty jak w Chinach przygotowuje się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Xi Jinping nie jest przywódcą małego państewka, z którym można się umówić w ciągu dwóch, trzech dni. To nie jest jakaś spontaniczna reakcja Łukaszenki na to, że go Zełenski skrytykował, albo że Putin naciska – zauważa ekspert OSW.
Kłysiński w rozmowie z Interią przekonuje, że kolejne wizyty białoruskiego przywódcy w Chinach to element „wieloletniej strategii, żeby poszerzyć krąg partnerów strategicznych, gospodarczych i politycznych”.
– Chiny nie lubią radykalnych działań. Nie chcą się konfliktować z Rosją i Białorusią, więc wszelkie spekulacje, że Xi Jinping nagle wstawi się za Białorusią i osłabi wpływy złego Putina na Łukaszenkę wsadziłbym między bajki – wyjaśnia.
– Chińczycy są zainteresowani tranzytem przez Białoruś. Wysyłają towary w kontenerach przez przejście graniczne w Terespolu. Białoruś jest dla nich ważna, ale nie na tyle strategicznie istotna, żeby ryzykować jakikolwiek konflikt z Moskwą czy mocniejsze zaangażowanie – podsumowuje Kamil Kłysiński dodając jednocześnie, że wizyta w Chinach związana była także z zakończeniem roku akademickiego jednej z pekińskich uczelni, gdzie studiuje syn Alaksandra, Mikałaj.
Marcin Orłowski

