
-
W muzeach historii naturalnej przechowywane są gatunki zwierząt, które wyginęły przez działalność człowieka.
-
Homogenocen polega na zanikaniu lokalnych, unikalnych gatunków i ich zastępowaniu przez odporne, powszechnie rozprzestrzeniane organizmy.
-
W wodach słodkich rośnie liczba gatunków nierodzimych, a proces ten przyspieszają zapory, handel akwariowy i globalne ocieplenie.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
W muzeach historii naturalnej można znaleźć dowody tej zmiany w najbardziej dosłownej postaci. W magazynach stoją słoje z zakonserwowanymi zwierzętami, których już nie spotkamy w terenie: wymarłe już węże, ryby, płazy, ptaki. Każdy taki eksponat oznacza zamkniętą ścieżkę ewolucji w konkretnym miejscu. Coraz częściej te luki w przyrodzie wypełniają jednak nie gatunki unikalne lokalnie, lecz ta sama garstka globalnych zwycięzców, dobrze przystosowanych do życia obok człowieka.
Symboliczny przykład opisują paleobiolodzy z University of Leicester Mark Williams i Jan Zalasiewicz. W londyńskim Natural History Museum znajduje się niewielki ptak w szklanym słoju, fidżyjski chruściel Hypotaenidia poeciloptera, niewidziany na wolności od lat 70. XX w. Był nielotem, więc wyjątkowo podatnym na drapieżniki wprowadzone przez ludzi. Wśród nich były m.in. mangusty sprowadzone na Fidżi w XIX w. Taki scenariusz powtarza się na wyspach wyjątkowo często: gatunki endemiczne znikają, a ich miejsce zajmują bardziej „mobilne” i odporne organizmy.
Homogenocen jako skutek uboczny antropocenu
Termin Homogenocen pojawił się nawet wcześniej niż Antropocen, który upowszechnił się po 2000 r. Jeśli antropocen opisuje planetę przekształconą przez człowieka, Homogenocen jest jednym z jego ekologicznych skutków: coraz mniej miejsc zachowuje własny, niepowtarzalny zestaw gatunków. Zamiast mozaiki lokalnych ekosystemów dostajemy rosnącą powtarzalność.
To zjawisko nie dotyczy wyłącznie „charyzmatycznych” ptaków czy ssaków. Przykłady są wszędzie tam, gdzie człowiek ułatwia transport, rozszczelnia bariery i przekształca siedliska zwierząt i roślin. W wodach słodkich dawne granice, jak wodospady, zlewnie czy progi temperaturowe, są dziś rozmywane przez zapory, kanały, sztuczne zarybienia i globalne ocieplenie. Do jezior celowo wpuszcza się karpie dla wędkarzy, a sumy potrafią trafić do rzek daleko od naturalnego zasięgu po tym, jak ktoś wypuści rybę z domowego akwarium.
Równolegle, w ostatnich 500 latach zniknęły tysiące gatunków mięczaków, a ślimaki wyspiarskie są szczególnie wrażliwe na ataki inwazyjnych drapieżników. Niektóre inwazyjne gatunki odniosły globalny sukces, jak afrykański ślimak olbrzymi, dziś spotykany od Hawajów po obie Ameryki, czy południowoamerykańskie ślimaki jabłkowate, które po introdukcjach w latach 80. XX w. rozprzestrzeniły się w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej.
Wody słodkie pokazują Homogenocen w przyspieszeniu
Proces ujednolicania fauny w wodach słodkich jest szczególnie dobrze udokumentowany. Przegląd opublikowany w Philosophical Transactions of the Royal Society B opisuje, że różne stresory, od pogarszającej się jakości wody po degradację siedlisk, zwiększają przewagę gatunków obcych, tolerujących szerokie spektrum warunków, i jednocześnie osłabiają odporność gatunków rodzimych. Widać to w trendach globalnych: udział gatunków nierodzimych u ryb słodkowodnych był relatywnie stały przed 1950 r., a potem zaczął rosnąć, z około 5 proc. do około 20 proc. obecnie. W Azji Wschodniej wzrost jest mniejszy, ale zauważalny: z mniej niż 5 proc. do około 10 proc.
W tle jest szerszy kryzys bioróżnorodności słodkowodnej. W artykule przywołano Living Planet Index, który agreguje zmiany liczebności populacji kręgowców. Dla wód słodkich spadki są szczególnie gwałtowne: między 1970 r. a 2020 r. populacje zwierząt słodkowodnych miały zmniejszyć się średnio o 85 proc. (zakres od 77 do 90 proc.), czyli około 3,8 proc. rocznie. To więcej niż w ekosystemach lądowych i morskich, co podkreśla, że rzeki i jeziora są dziś jednym z najsłabszych ogniw ochrony przyrody.
Mechanizm homogenizacji nie ogranicza się do samego „przybywania” obcych gatunków. Dochodzi do „wielkiego mieszania” biot, bo bariery biogeograficzne przestają mieć znaczenie. Autorzy przeglądu wskazują, że co najmniej 601 nierodzimych gatunków ryb skolonizowało ponad połowę zlewni rzecznych na świecie. A gdy do tego dochodzą lokalne wymierania, dawniej odrębne zespoły stają się do siebie coraz bardziej podobne.
Zapory, handel akwariowy i globalne ocieplenie jako przepustka
Jednym z najsilniejszych akceleratorów jest przekształcanie rzek przez człowieka. Zapory i zbiorniki działają jak „punkty przesiadkowe”, które ułatwiają rozprzestrzenianie się inwazyjnych ryb, a przy okazji zmieniają warunki środowiskowe w taki sposób, że gatunki wyspecjalizowane i o wąskich zasięgach przegrywają z uogólnionymi, bardziej kosmopolitycznymi.
Kolejny wektor to handel, zwłaszcza akwakultura i rynek ryb ozdobnych. W Azji Wschodniej wzrost udziału gatunków nierodzimych nasila się po latach 90. XX w., co autorzy wiążą m.in. z rozwojem handlu akwariowego w regionie. W praktyce oznacza to, że do rzek trafiają gatunki, które wcześniej nie miały żadnej „naturalnej” drogi migracji, a klimat w ocieplającym się świecie zaczyna sprzyjać ich utrzymaniu.
W przeglądzie pojawia się też ważne ostrzeżenie na przyszłość: nierodzime gatunki mogą być „zwycięzcami” ocieplenia. Często mają większą tolerancję termiczną, szersze zasięgi i mniejszą wrażliwość na ekstremalne zjawiska pogodowe, podczas gdy wiele rodzimych gatunków słodkowodnych jest bardziej podatnych na kombinację ocieplenia i fragmentacji rzek.
-
Wijący się gość z Afryki w łazience. Mieszkaniec Łodzi musiał wezwać służby
-
Niezwykła sól. Ma szerokie zastosowanie w ogrodzie. Użyj, a nie pożałujesz
Hongkong i Singapur jako laboratoria przyszłości
Najbardziej sugestywne są przykłady z silnie zurbanizowanych krajobrazów tropikalnej Azji Wschodniej. W Hongkongu i Singapurze liczba gatunków nierodzimych ryb słodkowodnych wzrosła do poziomu, który w praktyce dorównuje lub przekracza liczbę gatunków rodzimych. Przegląd zestawia dane pokazujące, że w Hongkongu zarejestrowano około 95 gatunków nierodzimych (plus hybrydy), a w Singapurze około 116 (plus hybrydy). Jednocześnie wiele z nich rozmnaża się w naturze, co oznacza, że nie są już tylko „uciekinierami” z hodowli czy akwariów.
W takich miejscach widać też paradoks antropocenu: sama obecność wielu gatunków obcych nie zawsze od razu oznacza spadek liczby gatunków rodzimych. Część nierodzimych ryb zajmuje zbiorniki i kanały, czyli siedliska mocno przekształcone, podczas gdy rodzime gatunki przetrwały w resztkach lasów i strumieniach w obszarach chronionych. To jednak kruche rozdzielenie. Jeśli „źródła” w postaci zbiorników zdominowanych przez gatunki obce są połączone z cennymi siedliskami, ryzyko dalszych inwazji i presji na gatunki rodzime rośnie.
W tle przewija się jeszcze jedna myśl, niewygodna, ale ważna dla polityk ochrony przyrody. W silnie zdegradowanych ekosystemach gatunki obce bywają bardziej „pasażerami” zmiany niż jej głównymi „kierowcami”: pojawiają się dlatego, że siedliska zostały wcześniej uproszczone, zanieczyszczone i przekształcone. To nie uniewinnia inwazji, ale przesuwa akcent na to, co w wielu miejscach jest pierwszą przyczyną homogenizacji: chroniczną degradację rzek i jezior.
W praktyce stawką Homogenocenu nie jest tylko lista gatunków. Stawką jest to, czy w kolejnych dekadach będziemy jeszcze w stanie rozpoznać, gdzie jesteśmy, patrząc na przyrodę wokół, czy też coraz częściej zobaczymy ten sam zestaw odpornych, globalnych oportunistów, niezależnie od kontynentu i szerokości geograficznej.












