
Sławomir Cenckiewicz dość niespodziewanie ogłosił w czwartek rezygnację z funkcji szefa prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. To między innymi efekt wielomiesięcznej przepychanki z rządem o dostęp do informacji niejawnych, które w 2024 r. cofnęła mu Służba Kontrwywiadu Wojskowego. Poszło przede wszystkim o sprawę ujawnienia rok wcześniej przez ówczesnego szefa MON Mariusza Błaszczaka fragmentów tajnych planów obronnościowych RP z 2014 roku. Dokumenty resort otrzymał z Wojskowego Biura Historycznego, którym kierował wówczas Cenckiewicz (ma zarzuty w tej sprawie).
Brak dostępu i wewnątrzpałacowy konflikt
Brak odstępu do informacji klauzulowanych to jeden z powodów rezygnacji, drugi to spory z innymi kluczowymi postaciami w Pałacu Prezydenckim, zwłaszcza szefem Biura Polityki Międzynarodowej Marcinem Przydaczem, ale też szefem KPRP Zbigniewem Boguckim i Pawłem Szefernakerem, szefem gabinetu prezydenta. – Zbyszek i Paweł to wiadomo, od lat znają się z pracy w okręgu, bo obaj pochodzą z zachodniopomorskiego, Marcin też raczej nie ma problemu ze współpracą, natomiast Cenckiewicz przyszedł do Pałacu z prezydentem. Do tego nie ma doświadczenia politycznego i jest solistą – mówi nam polityk PiS. I przyznaje, że współpraca między trojgiem polityków PiS i profesorem historii od dawna nie układała się zbyt dobrze.
Rezygnacja z kierowania BBN nie oznacza jednak, że Cenckiewicz rozstaje się z Pałacem Prezydenckim, bo już wcześniej, w marcu tego roku Karol Nawrocki powierzył mu kierowanie nowo powołaną Radą Bezpieczeństwa i Obronności. To jednak gremium wyłącznie konsultacyjne, zresztą jedno z wielu, które zdążył już powołać obecny prezydent. Nie ma umocowania w konstytucji i wielkiego wpływu na politykę państwa. Zrzesza głównie polityków PiS i ludzi związanych z tym środowiskiem, np. Mariusza Błaszczaka (obecnie szefa klubu parlamentarnego PiS), europosła Michała Dworczyka czy byłego szefa ABW Piotra Pogonowskiego. – Cenckiewicz ma duże ambicje, więc z pewnością wolałby odgrywać jakąś ważniejszą rolę niż kierowanie tego typu radą – przyznaje jeden z polityków PiS.
Problem jednak w tym, że wielu możliwości były szef BBN obecnie nie ma. – Z pewnością chciałby zostać prezesem IPN, ale wiadomo, że w obecnej kadencji, przy tej władzy, nie ma na to szans – przyznaje nasz rozmówca.
Sojusz z Czarnkiem
Więcej możliwości może otworzyć się po przyszłorocznych wyborach prezydenckich, dlatego – jak słyszymy – Cenckiewicz postanowił dogadać się z kandydatem PiS na prezydenta Przemysławem Czarnkiem. Liczy, że to on będzie rozdawał karty po ewentualnych zwycięskich dla prawicy wyborach parlamentarnych. Póki co były szef BBN ma być w jego sztabie doradczym, później być może znajdzie się na listach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. – Jeśli prezes tak zdecyduje, to z pewnością miejsce się znajdzie – nie wyklucza polityk zbliżony do władz PiS.
Cenckiewicz to postać ważna dla prawicy, zwłaszcza PiS, które w czasie swych rządów kilkakrotnie powierzało mu ważne funkcje państwowe. W 2006 roku stanął na czele komisją ds. likwidacji WSI (teraz po 20 latach odtajniony ma zostać aneks do raportu z prac tej komisji), następnie w 2023 r. – komisją ds. badania wpływów rosyjskich w Polsce. Istotna była zwłaszcza ta druga, powołana, by uderzyć w ówczesną PO i jej lidera. Przedstawiony tuż przed wyborami parlamentarnymi cząstkowy raport z prac komisji zawierał oskarżenia o nieprawidłowy nadzór nad służbami i rekomendację, by nie powierzać Donaldowi Tuskowi stanowisk publicznych.
Choć byłego szefa BBN ceni zarówno prezes Kaczyński, jak i wyborcy PiS, to partia ma z nim kłopot. – Najlepiej by było zrobić tak, jak kiedyś z Markiem Magierowskim, który również nie do końca odnajdywał się w Pałacu Prezydenckim, za to doskonale odnalazł się w dyplomacji, jako ambasador RP w Izraelu i w USA – mówi nam jeden z polityków. – Warto byłoby znaleźć tego typu pomysł na Cenckiewicza – dodaje.
Koordynator specsłużb? Niekoniecznie
Część naszych rozmówców w PiS sceptycznie też podchodzi do pomysłu ewentualnego objęcia po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych stanowiska ministra koordynatora służb specjalnych (o takiej koncepcji informował w piątek Jacek Gądek z „Newsweeka”). – Nie jestem przekonany, czy akurat teoretyk i badacz nadawałby się na tego typu polityczną funkcję. Poza tym niby zajmuje się badaniem wpływów rosyjskich, a jakoś w Konfederacji ich nie widzi – ironizuje nasz rozmówca.
Inny zwraca z kolei uwagę, że skoro Cenckiewicz nie potrafił dogadać się z politykami PiS w Pałacu Prezydenckim, to może mieć również kłopot z tym, żeby później współpracować w rządzie.
Niewykluczone, że po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, jeśli oczywiście okażą się sukcesem dla PiS, wróci koncepcja z Instytutem Pamięci Narodowej, tym bardziej że – jak słyszymy z kolei w Koalicji Obywatelskiej – w tej kadencji zapewne nie uda się wybrać nowego prezesa tej instytucji. Kandydat jest – kolegium IPN rekomendowało niedawno na to stanowisko dr. Mateusza Szpytmę, obecnego wiceprezesa Instytutu. Wyboru muszą jednak dokonać obie izby parlamentu, a to, jak wynika z naszych informacji, jest mało prawdopodobne. – Nawet jeśli w Sejmie jego kandydatura przeszłaby głosami PiS, Konfederacji i PSL, to nie będzie większości w Senacie – mówi nam polityk KO.
Wiele wskazuje więc na to, że do przyszłorocznych wyborów Sławomir Cenckiewicz pozostanie w Pałacu Prezydenckim.
Redagowała Kamila Cieślik

