Czy polskie firmy naprawdę skorzystają na local content? – Biznes Wprost


Local content to koncepcja zakładająca, że jak największa część korzyści płynących z dużych inwestycji – pieniędzy, kompetencji i miejsc pracy – powinna pozostać w kraju lub regionie realizacji projektu. W praktyce oznacza to premiowanie w przetargach firm, które faktycznie prowadzą działalność w Polsce, zatrudniają tu pracowników, płacą podatki i rozwijają krajowy łańcuch dostaw, zamiast opierać się głównie na zasobach sprowadzanych z zewnątrz.


Jak przypomina Agnieszka Suchecka, radca prawny BSSK Brudkiewicz Suchecka, ustawa – Prawo zamówień publicznych – nie wprowadza formalnej definicji local content. „W przepisach prawa zamówień publicznych nie ma definicji local content. Pojawiło się to sformułowanie w procedurze i w związku z wdrożeniem Polityki zakupowej Polski na lata 2026–2029” – wskazuje prawniczka. Jak podkreśla, rządowa Polityka zakupowa opiera się na trzech filarach: wzmacnianiu konkurencyjności polskiej gospodarki – tu kluczową rolę odgrywa local content – budowaniu odporności państwa oraz profesjonalizacji rynku zamówień publicznych.


To oznacza, że local content nie jest osobnym reżimem prawnym, ale kierunkowym założeniem, które zamawiający mają przekładać na warunki udziału w postępowaniach, kryteria oceny ofert i zapisy umów. Innymi słowy – o tym, czy local content będzie realnym wsparciem dla polskich firm, zadecydują konkretne specyfikacje i praktyka stosowania przepisów, a nie same hasła w dokumentach rządowych.

Rządowa definicja local content i spór o „polskość” firmy


Na świecie local content od lat jest standardem przy inwestycjach w energetykę, infrastrukturę transportową czy sektor zbrojeniowy, a jego brak łatwo przekłada się na utracone szanse dla lokalnych przedsiębiorstw. W Polsce temat wraca dziś ze zdwojoną siłą, bo na horyzoncie są projekty, które mogą zdefiniować rynek budowlany na dekady: Centralny Port Komunikacyjny, sieć Kolei Dużych Prędkości oraz pierwsza elektrownia jądrowa.


Minister aktywów państwowych Wojciech Balczun przedstawił wiosną 2026 r. długo oczekiwaną definicję local content oraz zestaw kryteriów, według których zamawiający mają oceniać „polskość” firm startujących w przetargach. Aby zostać uznanym za podmiot krajowy, przedsiębiorca musi m.in. posiadać siedzibę w Polsce, prowadzić tu nieprzerwaną działalność przez co najmniej trzy lata oraz mieć rezydencję podatkową i główny przedmiot działalności w kraju, a także zatrudniać większość pracowników, którzy płacą w Polsce podatki i składki.


Kluczowe nie jest jednak samo wyliczenie kryteriów, lecz ich wagi. Zgodnie z rządowymi wytycznymi aż 50 proc. oceny ma zależeć od dwóch parametrów właścicielskich: czy jednostka dominująca ma siedzibę w Polsce i czy główny przedmiot działalności wykonywany jest na terytorium kraju. Rezydencja podatkowa oraz zatrudnienie pracowników płacących podatki w Polsce to razem 30 proc. punktów, a formalna siedziba z minimalną historią działalności i poziom obrotów w kraju – tylko 20 proc. W praktyce system mocno premiuje formę prawną i strukturę właścicielską, a słabiej realny wkład gospodarczy.


Dotychczasowa debata rządowa i rynkowa często skupiała się właśnie na strukturze właścicielskiej – miejscu siedziby jednostki dominującej, beneficjencie rzeczywistym, wpisach w KRS. Ekspertka ostrzega jednak, że to za mało. „W mojej ocenie struktura właścicielska (do poziomu beneficjenta rzeczywistego) może być jednym z, ale nie jedynym kryterium badania ‘polskości’” – podkreśla Agnieszka Suchecka. Jej zdaniem katalog wskaźników powinien zostać wyraźnie poszerzony. Prawniczka wskazuje m.in. na rezydencję podatkową, stosunek podatków płaconych w Polsce do całości zobowiązań fiskalnych, procentowy udział wartości inwestycji w kraju, wpływ na krajowy rynek pracy (np. udział etatów w Polsce w stosunku do całości zatrudnienia) oraz skalę zleceń dla polskich podwykonawców, w tym małych i średnich przedsiębiorstw.


Taki zestaw kryteriów lepiej oddaje realny ślad gospodarczy firmy niż sam fakt, kto formalnie kontroluje spółkę, i odpowiada na fundamentalne pytanie: gdzie zostaje wypracowana wartość dodana. W praktyce bowiem można wyobrazić sobie spółkę o polskim beneficjencie rzeczywistym, zarejestrowaną w przyjaznej podatkowo jurysdykcji, która większość zysków transferuje za granicę i zatrudnia w Polsce minimalną liczbę ludzi – a mimo to zdobywa wysoką ocenę „polskości”. Z drugiej strony, firma od dekad płacąca wysokie podatki w Polsce, zatrudniająca tysiące pracowników i budująca realne zaplecze technologiczne mogłaby zostać oceniona gorzej tylko dlatego, że jej grupa kapitałowa ma zagraniczną strukturę.


Coraz częściej pojawia się więc postulat, by w centrum definicji local content znaleźć odpowiedź na proste pytania: gdzie powstają miejsca pracy, gdzie płacone są podatki, gdzie trafia wypracowany zysk i gdzie rozwijane są kluczowe kompetencje. To te wskaźniki decydują, ile z dużych kontraktów naprawdę zostaje w kraju.

Local content w praktyce – od deklaracji do wiążących zobowiązań


Kolejne wyzwanie to przełożenie „polskości” z poziomu deklaracji na realne wykonanie kontraktu. „Kluczowe są kwestie wymagań w postępowaniach o udzielenie zamówienia i myślę tu zarówno o warunkach udziału, kryteriach oceny ofert, jak i wymaganiach opisanych w umowie, by rzeczywista wartość ‘polskości’ występowała nie tylko w dacie składania ofert i to jako deklaracja, ale była wykonywana w całym okresie realizacji zadania” – zauważa Agnieszka Suchecka.


W praktyce oznacza to konieczność projektowania mierzalnych zobowiązań po stronie wykonawcy: poziomu udziału polskich podwykonawców, minimalnego odsetka etatów w Polsce, wymogu lokowania części prac, usług serwisowych czy zaplecza technicznego w kraju. Dopiero takie wymogi, spięte z systemem raportowania i sankcjami za niewykonanie, sprawią, że local content stanie się rzeczywistym, a nie tylko marketingowym elementem przetargów. Bez tego łatwo skończyć na poziomie „etykiet” w dokumentacji, zamiast realnej zmiany struktury przepływu pieniędzy.


Ekspertka zwraca przy tym uwagę na poważne niebezpieczeństwo interpretacyjne. „Dużym ryzykiem jest postawienie znaku równości pomiędzy local content i preferencjami krajowymi” – ostrzega. W jej ocenie wymagania dotyczące „polskości” muszą być wprowadzane wyłącznie tam, gdzie mają solidne, merytoryczne uzasadnienie – np. dla bezpieczeństwa dostaw, odporności łańcuchów dostaw, budowania kompetencji czy utrzymania miejsc pracy w kluczowych sektorach. Dobre praktyki Ministerstwa Aktywów Państwowych nie mogą być mechanicznie kopiowane do zadań objętych rygorami PZP – tu potrzebna jest „konkretna praca z zespołem zamówieniowym i merytorycznym przygotowującym zamówienie, by mieć uzasadnienie dla określonych wymagań”.


W tym kontekście ciekawym sygnałem z rynku jest powołanie nowego komitetu eksperckiego Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa – Wektor Polska. Jego misją ma być rozwijanie potencjału i zdolności wykonawczych lokalnego rynku budowlanego, w szczególności spółek z dominującym udziałem kapitału polskiego. W Prezydium Komitetu zasiedli m.in. szefowie dużych polskich generalnych wykonawców i grup budowlanych, a przewodniczącą została Małgorzata Winiarek‑Gajewska, prezes Grupy NDI.


Wektor Polska ma prezentować silny, ekspercki głos branży w procesach legislacyjnych, pracach nad dobrymi praktykami i standardami rynku – ze szczególnym uwzględnieniem zamówień publicznych. Polski Związek Pracodawców Budownictwa podkreśla, że jest to odpowiedź na potrzebę wzmacniania lokalnego kapitału i polskiej gospodarki w duchu patriotyzmu gospodarczego. Polska – jako największy plac budowy w Europie w najbliższych latach – potrzebuje systemowych rozwiązań, które zapewnią polskim firmom uczciwy dostęp do rynku i realny udział w największych programach inwestycyjnych.


Jak zauważa prezes PZPB Jan Styliński, powołanie Komitetu to wyraz troski o zrównoważony rozwój rynku i budowanie przestrzeni dla polskich firm, które swój potencjał tworzyły organicznie. Małgorzata Winiarek‑Gajewska dodaje, że celem Wektor Polska jest praca na rzecz likwidacji barier wejścia dla polskich wykonawców oraz szeroka współpraca w branży. W praktyce oznacza to, że dyskusja o local content i „polskości” firm przestaje być tylko teoretyczną debatą prawną, a staje się realnym polem działania środowiska budowlanego.

PEJ: local content w energetyce jądrowej w praktyce


Poligonem dla local content są projekty jądrowe – i tu widać, jak abstrakcyjne zasady zamieniają się w konkretne liczby, narzędzia i umowy. Polskie Elektrownie Jądrowe (PEJ) jako spółka Skarbu Państwa definiują pojęcie local content zgodnie z rządową definicją jako wartość towarów lub usług wyprodukowanych lub świadczonych przez podmiot krajowy. Spółka podkreśla, że realizowany projekt pierwszej elektrowni jądrowej to ogromna szansa rozwojowa dla polskich firm i impuls do wzrostu gospodarczego.


„Zależy nam, by tak jak wskazuje rząd, poziom zaangażowania krajowych przedsiębiorstw w nasz projekt wyniósł przynajmniej 40% przy budowie pierwszego reaktora, sekwencyjnie wraz z kolejnymi blokami ten udział będzie się zwiększał. To miliardy złotych, które chcemy, żeby zostały u nas w kraju. To także tysiące miejsc pracy i szansa na rozwój nowych kompetencji w sektorze jądrowym i pokrewnych” – deklaruje PEJ. Jednocześnie spółka realistycznie zaznacza, że o ostatecznym poziomie local content zdecyduje kombinacja dojrzałości i certyfikacji krajowego przemysłu, rozwiązań projektowych dla technologii AP1000, modelu kontraktowego, stabilności regulacyjnej i presji harmonogramowej. To klasyczna sytuacja zarządzania „trójkątem ograniczeń projektowych”, gdzie budżet, harmonogram i local content muszą współistnieć.

Jak PEJ buduje krajowy łańcuch dostaw


W odróżnieniu od wielu innych projektów inwestycyjnych PEJ już dziś prowadzi bardzo konkretną pracę nad przygotowaniem polskich firm do wejścia do łańcucha dostaw. Jako aktywny inwestor spółka prowadzi dialog z przedsiębiorcami o wymaganiach technicznych, procedurach kwalifikacyjnych, ubezpieczeniach i planowanych zamówieniach. Stała i transparentna komunikacja obejmuje współpracę z organizacjami branżowymi, w tym Polskim Związkiem Pracodawców Budownictwa „Atom”, Polską Izbą Konstrukcji Stalowych oraz szeregiem organizacji z Pomorza – m.in. Regionalną Izbą Przedsiębiorców NORDA, Pracodawcami Pomorza, Regionalną Izbą Gospodarczą Pomorza czy Forum Pracodawców Północy, z którymi PEJ zawiązały oficjalne porozumienia.


Zwiększeniu zaangażowania krajowego przemysłu służą też dedykowane narzędzia: uruchomiona Polska Platforma Jądrowa pełni rolę kanału komunikacji z interesariuszami, informując o spotkaniach branżowych, webinarach i tzw. „Supplier Days” organizowanych wspólnie z konsorcjum Westinghouse–Bechtel. Podczas tych wydarzeń przedsiębiorcom wyjaśniane są wymagania techniczne, normy ISO i procesy certyfikacji. PEJ organizują także cykl konferencji „Atomowe szanse”, w których każdorazowo uczestniczy nawet kilkuset przedstawicieli firm zainteresowanych dołączeniem do projektu.


Aby potencjalni wykonawcy mogli z odpowiednim wyprzedzeniem przygotować się do udziału w postępowaniach, spółka opublikowała kalendarium przetargów zaplanowanych do końca roku. Na początku kwietnia w Gdańsku otwarte zostało też Pomorskie Centrum Local Content – pierwsza linia kontaktu między inwestorem a lokalnym biznesem. Centrum zapewnia przedsiębiorcom pełny dostęp do informacji o projekcie, harmonogramach zamówień PEJ oraz Westinghouse–Bechtel, wymaganiach i normach dla dostawców, a także wspiera współpracę z lokalnym środowiskiem naukowym i monitoruje potencjał firm z regionu.

Bezpieczeństwo jądrowe a local content – gdzie leży granica


Wyzwaniem specyficznym dla energetyki jądrowej jest pogodzenie bardzo wysokich wymogów bezpieczeństwa z oczekiwaniami wobec local content. PEJ podkreślają, że wybudowanie pierwszej elektrowni jądrowej przy maksymalnym udziale krajowych firm jest – obok budżetu i harmonogramu – jednym z kluczowych priorytetów. Jednocześnie spółka jasno stawia granicę: spełnianie wysokich wymagań jakościowych i technologicznych związanych z bezpieczeństwem jądrowym jest warunkiem sine qua non udziału polskich firm w projekcie. „W energetyce jądrowej nie ma bowiem dróg na skróty, a bezpieczeństwo eksploatacji przyszłej elektrowni warunkuje powodzenie całej inwestycji” – wskazuje PEJ.


Spółka pokazuje też, że korzyści z projektu już dziś przekładają się na lokalną gospodarkę – zanim jeszcze ruszyły zasadnicze prace budowlane w gminie Choczewo, zawarto umowy z ok. 450 polskimi firmami, z czego 76 to podmioty z Pomorza (na ok. 310 mln zł). Łączna wartość krajowych kontraktów w projekcie sięga już ok. 1,15 mld zł. To dowód, że pogodzenie wysokich standardów bezpieczeństwa z rosnącym udziałem polskich przedsiębiorstw jest możliwe, choć wymaga czasu, konsekwencji i wsparcia w procesie zdobywania certyfikacji.

Potencjał polskich firm – dane zamiast deklaracji


Z perspektywy PEJ polskie przedsiębiorstwa nie startują od zera. Według danych Ministerstwa Energii, przytoczonych przez spółkę, w latach 2011–2021 blisko 120 krajowych firm zrealizowało prace budowlano‑montażowe lub dostarczyło komponenty dla elektrowni, reaktorów badawczych i innych obiektów jądrowych. Ponad 250 kolejnych podmiotów ma potencjał, by przy odpowiednich nakładach wejść do łańcucha dostaw cywilnej energetyki jądrowej.


Największy potencjał PEJ widzą tam, gdzie Polska już jest silna: w budownictwie, infrastrukturze, logistyce, przemyśle wytwórczym, usługach inżynieryjnych i montażowych, a także w IT i cyberbezpieczeństwie. Wyzwaniem pozostają charakterystyczne dla branży jądrowej standardy jakości – dlatego siedem polskich firm (tzw. „Wspaniała Siódemka”: FAMAK, Mostostal Kraków, ZKS Ferrum, Mostostal Kielce, Energomontaż Północ‑Gdynia, Mostostal Siedlce i ZBUD) jest obecnie w procesie dostosowywania procedur do standardu NQA‑1 (Nuclear Quality Assurance). Spełnienie tego standardu otworzy im drogę nie tylko do najbardziej wymagających zamówień przy budowie tzw. wyspy jądrowej w Polsce, ale także do udziału w innych projektach Westinghouse na świecie.

Local content – szansa, którą trzeba dobrze zaprojektować


Przykład PEJ oraz inicjatywy takie jak Wektor Polska pokazują, że local content nie jest abstrakcyjnym hasłem, lecz zbiorem bardzo konkretnych decyzji: od przyjęcia definicji, przez projektowanie narzędzi wsparcia dla firm, po realne kontrakty i wymogi jakościowe.


Wielkie inwestycje infrastrukturalne – CPK, KDP, pierwsza elektrownia jądrowa – zdarzają się raz na pokolenie. Od jakości przepisów i praktyki local content zależy, czy ich efekty odczują polscy pracownicy, firmy i budżet państwa. Dobrze skonstruowane kryteria mogą stać się impulsem do rozwoju krajowych łańcuchów dostaw, innowacji, szkolenia kadr i awansu polskich przedsiębiorstw w globalnych łańcuchach wartości. Local content nie jest narzędziem „przeciwko” zagranicznym firmom, ale szansą na mądre wykorzystanie publicznych pieniędzy w taki sposób, by jak największa część wytworzonej wartości pozostawała w Polsce.


Ostateczny bilans zależeć będzie od tego, czy państwo, zamawiający tacy jak CPK i PEJ, organizacje branżowe w rodzaju PZPB oraz sam rynek zgodzą się, że o „polskości” firmy powinien decydować przede wszystkim realny ślad gospodarczy – liczony w miejscach pracy, podatkach i kompetencjach – a nie tylko miejsce rejestracji spółki matki. Komentarz Agnieszki Sucheckiej, praktyczne doświadczenia PEJ i nowe inicjatywy branżowe pokroju Wektor Polska pokazują, że kierunek jest obiecujący, ale kluczowe będą detale: sposób ważenia poszczególnych wskaźników, konstrukcja wymogów kontraktowych oraz rzetelne uzasadnianie, gdzie i w jakim zakresie local content jest rzeczywiście potrzebny.

Udział