Autor reportażu: Marcin Szumowski
Aby pozbyć się dębu czerwonego, leśnicy stosują m.in. tzw. obrączkowanie. To prosty sposób, dzięki któremu odcina się kawałki kory z drzew. – Dzięki temu dąb czerwony ma odcięte przewody, którymi cukry z koron mogą spływać do ziemi. Drzewo powoli zamiera – tłumaczy Maciej Chotecki z Nadleśnictwa Knyszyn.
Dęby czerwone są w Polsce inwazyjne. To zmora leśników
Można też usuwać drzewa w sposób bardziej tradycyjny. Każdy sposób jest dobry, aby pozbyć się inwazyjnego gatunku. – Stosujemy kilka metod naraz, młode siewki wykopujemy, nieco starsze – obrączkujemy. Możemy też je usuwać, wycinać, szczególnie tam, gdzie „obrączkowanie jest utrudnione – wyjaśnia Maciej Chotecki.
Po jednej stronie drogi Biebrzański Park Narodowy, po drugiej Nadleśnictwo Knyszyn. W tym roku wszyscy wspólnie umówili się na akcję zwalczania dębu czerwonego.
– Natura granic ludzkich nie uznaje. Samo zwalczanie dębu czerwonego na terenie BPN nic by nie dało. Dlatego robimy wspólną akcję – informuje Piotr Marczakiewicz z Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Dębowi czerwonemu w inwazji pomagają sójki
Dąb czerwony trafił do Polski w XIX w. Sadzono go w przydomowych ogrodach, parkach także w lasach. Wszystko dlatego, że przepięknie wyglądał jesienią. Niestety jego obecność bardzo źle wpływa na rodzime gatunki roślin.
Gatunek szybko się mnoży, zwłaszcza że w ekspansji i zajmowaniu nowy terenów pomagają mu – uwaga – sójki. – Taka sójka pozbiera sobie gdzieś z dębu żołędzie. Ma specjalne skrytki i zdarza się, że o nich zapomni – wyjaśnia Maciej Chotecki. Z takich „zapomnianych” żołędzi potem rosną dęby czerwone.
Usuwanie młodych drzew nie jest łatwe, bo mają mocne korzenie i wrastają dość głęboko. Praca jest więc mozolna. Drzewa trzeba jednak usuwać, bo to oddech dla innych, rodzimych gatunków. I to na dobrych kilkanaście lat.


