
-
Donald Trump ogłosił działania mające na celu obniżenie rachunków za prąd w USA, skupiając się na współpracy z firmami technologicznymi, takimi jak Microsoft.
-
Ceny energii elektrycznej dla amerykańskich gospodarstw domowych wzrosły w ciągu czterech lat o 34 proc., co stało się jednym z głównych tematów kampanii wyborczej.
-
Administracja Trumpa zrezygnowała z federalnych dopłat do OZE i wycofała USA z porozumień paryskich, stawiając na rozwój energetyki jądrowej i paliw kopalnych.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
To była piękna ustawka. We wtorek prezes Microsoftu Brad Smith zorganizował w sąsiedztwie Białego Domu wydarzenie, podczas którego ogłosił, że zrobi wszystko, aby rosnące zużycie energii i wody przez centra danych nie podwyższało rachunków dla obywateli.
Microsoft zacznie od tego, że zrezygnuje ze wszelkich zniżek oraz należnych ulg podatkowych. Smith obiecał także realizację programu wspierania społeczności lokalnych, by zdjąć z nich koszty rewolucji AI. To ona sprawia, że centra danych w USA mnożą się w oczach.
Deklarację tę uzupełnił Donald Trump swym oświadczeniem dla mediów.
– Nie chcę, żeby Amerykanie płacili wyższe rachunki za prąd z powodu centrów danych – powiedział.
– Dlatego moja administracja współpracuje z czołowymi amerykańskimi firmami technologicznymi, aby zapewnić ich zaangażowanie na rzecz narodu amerykańskiego. W nadchodzących tygodniach będziemy mieli wiele do ogłoszenia – obiecał.
Swoją obietnicę prezydent potwierdził wpisem na platformie społecznościowej Truth Social, podkreślając, że korporacje „muszą same za siebie zapłacić”.
Tymczasem rachunki za prąd w USA są już o jedną trzecią wyższe niż pięć lat temu.
Bo idą ważne wybory. Donald Trump przykręca śrubę
Wedle danych FRED (Federal Reserve Economic Data) w latach 2021-2025 średnia stawka za prąd w amerykańskich miasta wzrosła o 34 proc. i wynosi obecnie 19 centów za kilowatogodzinę.
Owszem, statystyczna niemiecka rodzina płaci 40 centów a brytyjska nawet 41 centów, lecz to Amerykanie są w szoku. Przecież przez jakieś 20 lat płacili niemal takie same rachunki i nagle zaczęły gwałtownie rosnąć. Szok jest tak wielki, że ceny energii stają się jednym z głównych tematów kampanii przed listopadowymi wyborami uzupełniającymi do Kongresu i niczym wiatr wieją w żagle Partii Demokratycznej.
W wywiadzie opublikowanym przez agencję Associated Press 14 stycznia 2026 r. lider demokratów Chuck Schumer oznajmił, że Donald Trump zagraża dobrobytowi obywateli: „poprzez rezygnację z czystej energii, energii wiatrowej i słonecznej, podnosząc rachunki za prąd taryfami, co powoduje wzrost cen wszystkiego. Ludzie zdają sobie więc sprawę, że Trump im szkodzi” – mówił.
Tymczasem prezydent nie ma wątpliwości, co go czeka, jeśli demokraci wygrają. Przekazał to kongresmenom Partii Republikańskiej podczas noworocznego spotkania w waszyngtońskim Kennedy Center.
– Musicie wygrać wybory uzupełniające – zaapelował. Jeśli tak się nie stanie, wówczas demokraci „znajdą powód, żeby mnie postawić w stan oskarżenia. Zostanę poddany impeachmentowi” – oznajmił Trump.
Ta wizja zmotywowała go do znalezienia odpowiednich środków perswazji i prezes Microsoftu Brad Smith stał się nagle orędownikiem taniego prądu dla zwykłych Amerykanów. Wkrótce tej samej iluminacji mogą doznać prezesi innych amerykańskich korporacji technologicznych. Nie oznacza to jednak, że życzenie Trumpa zaowocuje spadkiem cen energii jeszcze przed wyborami.
USA: Ożywienie, którego się nikt nie spodziewał
Pech prezydenta polega na tym, że amerykańskiej gospodarce… zaczęły wracać chęci do życia.
Do niedawana w USA wszystko – jeśli chodzi o energetykę – wyglądało podobnie jak w Unii Europejskiej. Około roku 2007 zatrzymał się wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną. Wówczas jej roczne zużycie w Stanach Zjednoczonych wynosiło 4 174 terawatogodzin (TWh) i do 2021 r. było niemal identyczne. Energochłonny przemysł stopniowo przenosił się do Chin. Producenci wprowadzali na rynek energooszczędne urządzenia RTV i AGD. Niższe warstwy społeczne, ubożejące w „pasie rdzy”, zużywały coraz mnie prądu. Nadal odnotowywano wzrost PKB, lecz, odwrotnie niż przez cały XX wiek, nie towarzyszył mu wzrost zapotrzebowania na energię.
Przełom zaczął się w okolicach roku 2020, gdy administracja Joe Bidena, przerażona osiąganą przez Chiny przewagą, zainicjowała politykę reindustrializacji. Pakiet ustaw, zapewniający inwestorom pragnącym budować fabryki w USA olbrzymie wsparcie rządu federalnego, przyniósł efekty. Wedle raportu firmy doradczej Collier liczba nowych miejsc pracy w USA w 2023 r., dzięki Bezpośrednim Inwestycjom Zagranicznym wzrosła we wszystkich sektorach przemysłu o 6 proc.
Nałożył się na to przełom w pracach na sztuczna inteligencją. Jednak aby AI zaprząc do pracy w kolejnych sektorach gospodarki, potrzebne były centra danych. Mnóstwo olbrzymich centrów danych.
I nagle od 2021 r. w cztery lata zużycie prądu w USA wzrosło o około 7,5-8,5 proc. Dla systemu energetycznego od dekad tkwiącego w marazmie był to szok. Tym większy, że trwała właśnie, podobna do europejskiej, transformacja energetyczna. W dwie dekady wygaszono w elektrowniach ok 780 bloków opalanych węglem o mocy 170 GW. W tym samym czasie do sieci podłączono dokładnie dwa reaktory jądrowe o mocy 4,5 GW. Cały ubytek mocy zastępowano blokami gazowymi oraz OZE.
Gdyby gospodarka USA zachowywała się nadal jak np. niemiecka, kłopoty byłby minimalne, tym bardziej że Stany Zjednoczone posiadają ogromne rezerwy gazu ziemnego. W Niemczech od 2015 r. zapotrzebowanie na prąd spadło z 580 TWh do 432 TWh, czyli o jakieś 25 proc. Jednak zamiast staczać się po równi pochyłej, by na koniec doczołgać na cmentarz, amerykańskiej gospodarce zachciało się żyć i nabiera ona coraz większego apetytu na energię.
Dość powiedzieć, że Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) szacuje, iż zapotrzebowanie na prąd tylko centrów danych wzrośnie w USA do 2035 r. ponad trzykrotnie aż do 640 TWh rocznie (i to pomimo radykalnego spadku kosztów użytkowania modeli AI).
Donald Trump kopnął stolik
Zaskoczone tym Stany Zjednoczone znalazły się w sytuacji, jakiej od trzech dekad doświadczają Chiny, gdzie zapotrzebowanie na energię rośnie w tempie aż 6-8 proc. rocznie. USA okazały się zupełnie niegotowe na taką zmianę. Chińskie koncerny energetyczne są jak dobrze naoliwiona machina w ciągłym pędzie. W ciągu ostatniej dekady zbudowały w Państwie Środka:
-
50 rektorów jądrowych (kolejne 50 jest w budowie),
-
ok. tysiąc elektrowni węglowych,
-
olbrzymie hydroelektrownie z największą na świecie Tamą Trzech Przełomów na rzece Jangcy (o mocy 22,5 GW),
-
Do systemu dorzucono OZE o mocy nominalnej 2200 GW.
Amerykanie zaczęli budzić się z marazmu i zauważyli, że krajowa infrastruktura przesyłowa ma ponad 40 lat i jest przeciążona. Zaś ograniczenia w łańcuchu dostaw transformatorów i urządzeń wysokiego napięcia opóźniają jej modernizację. Jest jednak w USA świadomość, że nadciąga wyzwanie na miarę chińskiego.
Na początek sięgnięto więc po proste rezerwy. Były nimi trzy stare, wyłączone z użytku, ale dobrze zakonserwowane elektrownie jądrowe. Tę w Three Mile Island w stanie Pensylwania reaktywuje się na potrzeby Microsoftu, elektrownię Palisades nad jeziorem Michigan przywraca do życia Holtec International, a reaktorami w Iowa zajęła się firma NextEra Energy. Ale to kropla w morzu potrzeb, niezdolna powstrzymać wzrostu cen prądu.
Świadom tego Trump już na inauguracji prezydentury 19 stycznia 2025 r. kopnął w stolik, wywracając do góry nogami plany transformacji energetycznej w USA. Wycofał wówczas Stany Zjednoczonej z porozumień paryskich, zobowiązujących sygnatariuszy do redukcji emisji gazów cieplarnianych. Następnie przystąpił do ataku na OZE. W przyjętym na początku lipca 2025 r. One Big Beautiful Bill Act (po polsku: Jedna Wielka Piękna Ustawa) zniesiono wszelkie federalne dopłaty do: „niepewnych 'zielonych’ źródeł energii, takich jak energia wiatrowa i słoneczna”.
Wkrótce potem federalna Agencja Ochrony Środowiska (EPA) zmieniła oficjalne stanowisko mówiące, że „zmiany klimatu zagrażają zdrowiu publicznemu”. Anulowanie jednego zdania oznaczało zmianę wymowy obowiązującego od lat 60. ubiegłego stulecia Clean Air Act (ustawa o czystym powietrzu – przyp. red.). Dzięki stanowisku EPA poprzednie administracje posiadały podstawę prawną do wymuszania redukcji emisji dwutlenku węgla oraz innych gazów cieplarnianych.
Prezydent USA szczerze nienawidzi wiatraków
Donald Trump zaczął sukcesywnie uderzać w inwestycje związane z energetyką wiatrową. Prąc do zablokowania budów wielkich farm morskich. Do końca roku udało mu się zawiesić federalne umowy dzierżawy dla pięciu projektów, realizowanych wzdłuż wschodniego wybrzeża przez amerykańską spółkę Dominion Energy oraz duński Ørsted A/S.
Na nic zdały się protesty Duńczyków, twierdzących że prace są już w 87 proc. ukończone ani gubernator stanu Wirginia, demokratki Abigail Spanberger, wspieranej przez miejscowych republikanów. W odpowiedzi Departament Spraw Wewnętrznych USA przekazał, że farmy wiatrowe nie mogą powstać, bo obroty łopat turbin wprowadzają w błąd radary wojskowe, generując „fałszywe cele”. Teraz o tym, czyje będzie na wierzchu, rozstrzygną amerykańskie sądy. Pozwy, jakie do nich trafiły, dotyczą wstrzymania inwestycji szacowanych na ok. 20 mld dolarów.
Trump od lat przy każdej sposobności okazywał swą nienawiść do farm wiatrowych. Rok 2026 rozpoczął od spotkania z prezesami koncernów naftowych, którym oświadczył: „Powiedziałem swoim ludziom, że nie zatwierdzimy wiatraków”. Choć przecież pięć gigantycznych farm morskich oferowałoby amerykańskiej sieci energetycznej 6 GW nominalnej mocy.
Energetyka Stanów Zjednoczonych. O co chodzi w tej walce z wiatrakami
W tym szaleństwie jest jednak metoda. Z racji olbrzymiego zapotrzebowania na energię inwestycje w amerykańską energetykę stają się przyszłościowym przedsięwzięciem. Jeśli kapitał nie płynie w stronę OZE, to popłynie tam, gdzie ułatwienia poczynił rząd federalny. One Big Beautiful Bill Act otworzył możliwość reaktywowania w USA górnictwa węglowego oraz wspiera wydobycie innych paliw kopalnych.
Druga, otwarta przez administrację Trumpa ścieżka to inwestycje w modułowe reaktory jądrowe. Firmy zajmujące się rozwojem SMR-ów otrzymują już pierwsze rządowe kontrakty na ich dostawy dla wojska w programie „Janus”.
Jeśli więc Trumpowi uda się przez kolejne lata promować owe priorytety, wówczas amerykański system energetyczny zacznie się coraz mocniej różnić od tego, jaki jest promowany na Starym Kontynencie. Gdy tak się wydarzy, wówczas będzie można się empirycznie przekonać, który jest efektywniejszy i oferuje więcej taniej energii.
Acz na pewno nie nastąpi to przez wyborami uzupełniającymi do Kongresu, pozostającymi wielką niewiadomą. Podobnie jak ceny prądu w tym roku w USA.












