O ryczałcie dawno nie było tak głośno i zarazem tak emocjonalnie. Szumnie zapowiedziany przez premiera Donalda Tuska i ministra finansów Andrzeja Domańskiego pakiet zmian podatkowych dotyczy m.in. obniżenia limitu ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Zdaniem eksperta podatkowego, choć cała aktualna dyskusja skupia się na limicie, prawdziwy problem leży gdzie indziej. Ale po kolei.


Przygotowany przez Ministerstwo Finansów projekt zmian przewiduje m.in. podniesienie granicy pierwszego progu podatkowego, wprowadzenie nowej stawki PIT, podwyższenie daniny solidarnościowej oraz stawki CIT dla podatników osiągających przychody powyżej 50 mln euro. Zakłada również obniżenie limitu przychodów uprawniających do ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych z 2 mln euro do 250 tys. euro. To, zdaniem eksperta, oznacza powrót do poziomu sprzed 2021 r.

– Prawdziwą nowością nie jest sam niższy limit, tylko mechanizm, którego dziś w ogóle nie ma: po przekroczeniu 300 tys. euro przychodu w trakcie roku, nadwyżka zostanie opodatkowana karną stawką 17 proc. – niezależnie od tego, jaką stawkę ryczałtu przedsiębiorca stosował dotychczas – mówi Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy inFakt.


Jak zauważa, aktualnie nawet gdy firma w trakcie roku przekroczy przychodami 2 mln euro, cały rok rozlicza się według dotychczasowej, często kilkuprocentowej stawki.

Teraz przekroczenie limitu w trakcie roku nic nie kosztuje


Jak wyjaśnia ekspert podatkowy, obowiązujące przepisy są dla przedsiębiorcy dość łagodne.


– Jeśli w trakcie roku przychody przekroczą 2 mln euro, nic się nie dzieje – do końca tego roku podatnik nadal rozlicza się ryczałtem według swojej stawki (3, 5,5, 8,5, 12 czy 15 proc.), niezależnie od tego, ile faktycznie zarobi – tłumaczy Piotr Juszczyk.


Prawo do ryczałtu traci dopiero od 1 stycznia następnego roku. To dlatego, jak wynika z uzasadnienia projektu, w tej grupie zdarzają się podatnicy osiągający przychody rzędu 100 mln zł rocznie i cały czas płacący podatek według stawek dla małych firm.

– To był swego rodzaju bufor bezpieczeństwa dla przedsiębiorców, nawet nietypowo dobry rok nie karał ich wyższym podatkiem w trakcie jego trwania. Nowy przepis to zmienia. Powstaje twardy próg: 300 tys. euro, po przekroczeniu którego nadwyżka przychodu w tym samym roku trafia pod stawkę 17 proc., czyli nawet trzy-, cztero-, a przy stawce 3 proc. nawet ponad pięciokrotnie wyższą niż dotychczasowa.

Karna stawka 17 proc. od nadwyżki. Tu zaczyna się prawdziwa zmiana


Tymczasem, zgodnie z zaproponowanym przez resort finansów projektem, przychody z większości rodzajów działalności na ryczałcie – objętych stawkami 15, 14, 12, 10 i 8,5 proc., z wyjątkiem najmu prywatnego – sumują się w trakcie roku.

– Gdy ich łączna wartość przekroczy 300 tys. euro, każda kolejna złotówka przychodu, do końca roku, opodatkowana jest już nie stawką właściwą dla danej działalności, tylko 17 proc. Dopiero od kolejnego roku podatnik traci prawo do ryczałtu w ogóle (o ile przekroczył też nowy, niższy limit 250 tys. euro) i przechodzi na skalę lub liniowy – wyjaśnia Juszczyk.


To właśnie ten mechanizm może okazać się znacznie bardziej odczuwalny niż samo obniżenie limitu. Dziś przedsiębiorca może przekroczyć obowiązujący próg w trakcie roku bez natychmiastowej zmiany sposobu opodatkowania. Projekt wprowadza natomiast dodatkową granicę, po której przekroczeniu każda kolejna złotówka przychodu będzie rozliczana według znacznie wyższej stawki.

Kogo to realnie dotknie?


Zdaniem eksperta skala zjawiska wcale nie jest marginalna, a dane pokazują, jak szybko rośnie. Liczba ryczałtowców przekraczających próg 250 tys. euro przychodu wzrosła z 8,7 tys. w 2021 r., czyli pierwszym roku obowiązywania obecnego limitu, do 42,9 tys. w 2024 r. To niemal pięciokrotny wzrost w ciągu trzech lat.


– To zjawisko nie ogranicza się do ryczałtu. Wśród wszystkich przedsiębiorców – niezależnie od formy opodatkowania – liczba osiągających przychody powyżej 250 tys. euro wzrosła ze 226,6 tys. w 2021 r. do 271,1 tys. w 2024 r. Ciekawy jest przy tym przesuwający się w tej grupie udział ryczałtu: z 3 proc. w 2021 r. do 14 proc. w 2024 r., kosztem podatku liniowego, który spadł z 82 do 67 proc. Innymi słowy, od czasu podniesienia limitu ryczałtu w 2021 r. coraz więcej firm o wysokich przychodach przenosiło się właśnie na tę formę opodatkowania, i to zjawisko projekt ustawy wprost stara się odwrócić – mówi Juszczyk.


Warto zauważyć, że łączne przychody grupy powyżej 250 tys. euro na ryczałcie w 2024 r. wyniosły 102 mld zł, z czego 5,6 mld zł wygenerowała wąska podgrupa około 400 podatników przekraczających już dziś 2 mln euro. To średnio około 14 mln zł przychodu na osobę wobec około 2,4 mln zł średnio w całej badanej grupie. Najliczniejsze branże to budownictwo, handel, przetwórstwo przemysłowe oraz opieka zdrowotna.

– Nowa stawka 17 proc. uderzy najmocniej nie w najbogatszych, tylko w firmy o dużych obrotach i niskich marżach – typowo budowlanka czy handel na stawce 3 lub 5,5 proc. Dla takiej firmy każda złotówka przychodu powyżej 300 tys. euro nagle kosztuje kilka razy więcej podatku niż złotówka poniżej tego progu. To zupełnie zgoła inne rozwiązanie niż przy skali podatkowej, gdzie wyższą stawką objęta jest nadwyżka dochodu, a nie przychodu – tu liczy się sam obrót, bez względu na marżę – zauważa Główny Doradca Podatkowy inFakt.

Liczy się kolejność przychodów. Jedna faktura może zmienić stawkę


Projekt wskazuje, że stawkę 17 proc. stosuje się „zgodnie z kolejnością przychodów uzyskanych w trakcie roku podatkowego” – czyli znaczenie ma to, które konkretnie faktury wystawiono jako pierwsze, a które już po przekroczeniu progu 300 tys. euro.


– Przedsiębiorcy zbliżający się do tego limitu powinni już teraz monitorować narastające przychody miesiąc po miesiącu, a nie czekać na koniec roku. To, kiedy dokładnie wystawi się kolejną fakturę, może realnie zdecydować o tym, czy trafi ona pod stawkę właściwą dla działalności, czy pod karne 17 proc. Warto też pamiętać, że próg 300 tys. euro jest wyższy niż nowy limit uprawniający do ryczałtu (250 tys. euro)- ustawodawca celowo zostawił tu 50-tysięczny bufor, żeby firma, która w danym roku przekroczy limit uprawniający, mogła spokojnie dokończyć rok na dotychczasowych zasadach, zanim od stycznia straci prawo do ryczałtu w ogóle – wyjaśnia Juszczyk.

Czy to naprawdę limit jest największym problemem?


W ocenie eksperta cała dyskusja skupia się dziś na limicie. Tymczasem problem leży gdzie indziej – w samych stawkach, które od lat nie nadążają za realiami gospodarczymi.

– Ryczałt to prosta, przejrzysta forma opodatkowania i nie powinien być tak mocno domykamy, bo to właśnie ta prostota jest jego wartością dla drobnych przedsiębiorców. Problem w tym, że te stawki ustalano w innych realiach niż dzisiejsze i dla części branż są po prostu nieadekwatne, dając nieuzasadnioną przewagę względem innych form opodatkowania – uważa Juszczyk.


Jego zdaniem zamiast drastycznie ścinać limit i dokładać karną stawkę 17 proc., rozsądniej byłoby zrewidować same stawki ryczałtowe tak, żeby odzwierciedlały realną rentowność poszczególnych branż.


– To rozwiązałoby problem u źródła, zamiast wypychać z ryczałtu tysiące uczciwie działających, mniejszych firm razem z tą wąską grupą, dla której faktycznie stał się on nadmierną preferencją – podsumowuje Główny Doradca Podatkowy inFakt.

Udział
Exit mobile version