
Dzieci biegną za cysterną, wskakują na błotniki, wchodzą na górę, same przerzucają gruby wąż do zbiornika. Cieszą się, bo będzie czysta woda. Dla dorosłych widok jest słodko-gorzki. Woda jest potrzebna, ale każda cysterna słono kosztuje. Gdy ciężki pojazd utyka w błocie, poświęcają godzinę na wydostanie go. W końcu trzeba spuścić resztę wody ze zbiornika, by cysterna ruszyła.
Woda spływa po ziemi o kolorze piasku jak namiastka płynącego obok strumienia Wadi al-Audża, od którego wieś bierze swoją nazwę. Strumienia, z którego mieszkańcy Ras Ein al-Audża od ponad roku nie mogą korzystać, choć robili to od pokoleń. Społeczność palestyńskich Beduinów, żyjących w Dolinie Jordanu na Zachodnim Brzegu, potrzebuje wody nie tylko dla siebie, ale też dla zwierząt gospodarskich, które są źródłem ich utrzymania.
Jednak dostęp do strumienia został im odebrany przez izraelskich osadników, którzy sprowadzili się tam w ostatnich kilku latach. Na kanale, którym płynie część wody ze strumienia, widnieje napis po hebrajsku i błękitna Gwiazda Dawida. Niedługo przed naszą wizytą nagrywał się na tym tle Becalel Smotricz, izraelski minister finansów. Skrajnie prawicowy polityk wspiera ruch osadników na palestyńskim Zachodnim Brzegu.
– Widzę efekty waszej wspaniałej pracy. Przejęliśmy kontrolę nad tymi obszarami i studnią. (…) Jesteście bohaterami – działajcie dalej – mówi w skierowanym do osadników nagraniu.
– Dzieje się tutaj to samo, co w Masafer Jatta – mówi przedstawiciel palestyńskiej organizacji pozarządowej, nawiązując do miejscowości na południu Zachodniego Brzegu. Nękanie ich mieszkańców przez izraelskich osadników pokazano w nagrodzonym Oskarem filmie „Nie chcemy innej ziemi”. – Wywierają presję, atakują, biją, zabijają. Chcą przejąć tę ziemię całkowicie – relacjonuje Palestyńczyk.
W drodze do Ras Ein al-Audża mijamy podobne beduińskie wsie, które – pod presją osadników – zostały opuszczone przez palestyńskich mieszkańców. Pozostały resztki domostw i namiotów, ogrodzeń, drogi, po których nikt już nie jeździ. A także widoczne na wzgórzach powyżej izraelskie osady i posterunki, z flagami i gwiazdami Dawida. Zamieszkana przez kilkaset osób Ras Ein al-Audża to ostatnia palestyńska społeczność w okolicy, która jeszcze opiera się wysiedleniu pod naciskiem osadników.
Osadnicy
– Osadnicy bez przerwy tu przychodzą i nam grożą, biją ludzi. Czasem potrafią wejść do domu – opowiada Ahmad Salme Kaabne, starszy mieszkaniec wsi.
Jego syn Ibrahim pokazuje nagranie na telefonie. Widać na nim izraelskiego osadnika – sądząc po wyglądzie, nastolatka – który idzie przez środek wsi ze swoimi owcami, nagrywa telefonem wszystko dookoła. – To było wczoraj. A to przedwczoraj – Palestyńczyk pokazuje kolejne filmy.
Jak mówią, sytuacja ostro pogorszyła się w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy w drugiej z palestyńskich enklaw – Strefie Gazy – trwała wojna Izraela z Hamasem. Przed nią na wzgórzu obok pojawiali się pojedynczy osadnicy. Teraz ich osiedle liczy ponad 100 osób.
Zachodni Brzeg to palestyńskie terytorium okupowane przez Izrael od prawie 60 lat. Przez cały okres okupacji obywatele Izraela – często przy wsparciu państwa – zakładają tam tak zwane osady. Choć jest to nielegalne w świetle prawa międzynarodowego, to w ten sposób – metodą faktów dokonanych – osadnicy zajmują kolejne i kolejne części palestyńskiego terytorium. Osadnictwo nasiliło się szczególnie w ostatnich latach, z otwartym wsparciem skrajnie prawicowych partii izraelskiej koalicji rządzącej.
Osadnicy, choć żyją poza terytorium Izraela, cieszą się tam pełną ochroną izraelskiego wojska i policji. Często do tego sami są uzbrojeni lub korzystają z prywatnej ochrony. Mogą budować i rozwijać osady, swobodnie poruszać się po większości Zachodniego Brzegu. Za nękanie palestyńskich sąsiadów nie grożą im w praktyce żadne konsekwencje. Z kolei Palestyńczycy – będący pod jurysdykcją izraelskich sił okupacyjnych – de facto nie mogą budować domów, szkół czy studni; poruszanie się po Zachodnim Brzegu jest utrudniane lub uniemożliwiane przez wojskowe punkty kontrolne. Tę rzeczywistość międzynarodowe i izraelskie organizacje broniące praw człowieka nazywają już od jakiegoś czasu apartheidem.
Bez owiec i pieniędzy
Osadnicy mają swoje owce i zwierzęta gospodarskie, ale kradną też te należące do Palestyńczyków. – W sierpniu ukradli nam już 305 owiec – mówi Kaabne. Czasem osadnicy wykorzystują swoje owce, które „mieszają” ze zwierzętami Beduinów, by później stwierdzić, że wszystkie należą do Izraelczyków. Zdarza się też, że osadnicy prowadzą swoje stado w sam środek beduińskiej wsi, a później powiadamiają wojsko, że te zostały „ukradzione” przez Palestyńczyków – co kończy się interwencją uzbrojonych żołnierzy i policjantów.
– Kradzież takiej liczby zwierząt to katastrofa dla rodziny. Z tego stada utrzymywało się 30 osób – podkreśla Palestyńczyk. – Teraz boimy się wyprowadzać owce na pastwiska, bo mogą nam ukraść te, które jeszcze mamy. Trzymamy je tu za ogrodzeniem, jak mają tu przeżyć? – dodaje. Kaabne obawia się też jeździć do miasta, by zarobić na pracy dorywczej. – Osadnicy przychodzą tu codziennie, wchodzą do domów. Czasem mają noże, kije, broń. Niedawno jeden podpalili. Nie mogę zostawić żony i dzieci. Żyjemy tu jak w więzieniu – podkreśla.
– To nasza ziemia. Nie możemy jej porzucić. Nie wyniesiemy się. Może społeczność międzynarodowa jakoś nam pomoże? – zastanawia się Palestyńczyk.
W czasie naszej rozmowy mieszkańcy wskazują na domy oddalone o kilkaset metrów. – Zobacz, osadnicy właśnie tam idą – mówią. Z zagajnika wychodzi kilka postaci i stado owiec. Otaczają jeden z palestyńskich domów. Po chwili podchodzą do nich inne osoby – ale nie są to ani osadnicy, ani mieszkańcy. – To aktywiści pokojowi – słyszmy.
Koalicja organizacji, w tym izraelska grupa „Patrząc okupacji w oczy”, stara się w sposób pokojowy bronić palestyńskich mieszkańców przed osadnikami. Jak opisywał „The Guardian”, są wśród nich obcokrajowcy i obywatele Izraela, w tym byli wojskowi. Aktywiści liczą, że ich obecność oraz dokumentowanie wydarzeń przynajmniej zniechęci osadników do przemocy – to działanie, które nazywają „ochroną przez obecność”. Taką konfrontację – gdy osadnicy wchodzą nieproszeni do palestyńskich domów, a aktywiści chcą im przeszkodzić – widać na nagraniu, które pokazał nam jeden z mieszkańców:
Sami Palestyńczycy nie mogą zrobić nic poza nagrywaniem osadników telefonami – a i to budzi ich obawy. – Jeśli zrobimy cokolwiek, żeby się bronić, to osadnicy od razu wezwą wojsko – tłumaczy Ahmad Salme Kaabne.
Wojna o wodę
Ta i inne beduińskie społeczności i tak mierzą się z ubóstwem, a działania osadników tylko pogarszają ich sytuację. Odcięci od pracy i pastwisk zostają pozbawieni dochodu. Nie mogą zbudować niczego, nawet toalety, bo zostanie to uznane przez wojsko za nielegalną konstrukcję.
Jak mówi Mahmud Kaabne, lider społeczności i kuzyn Ibrahima, osadnicy w ubiegłym roku odcięli ich także od dostępu do płynącego blisko wsi strumienia.
Położone w pobliskich górach źródło i wypływający z niego strumień al-Audża były jednym z powodów osiedlenia się Beduinów w tym miejscu. Z tej wody mieszkańcy korzystali zarówno na własne potrzeby, jak i do pojenia zwierząt. Teraz dostęp mają tylko osadnicy. Ich zabudowania powstały wzdłuż strumienia, część wody została przekierowana kanałami. Mężczyzna pokazuje nagranie izraelskiego ministra Smotricza obok kanału odprowadzającego wodę ze strumienia. Polityk mówi o „przejmowaniu kontroli” i chwali osadników jako „bohaterów”. Wcześniej otwarcie przyznawał, że celem osadnictwa na Zachodnim Brzegu jest „pogrzebanie idei państwa palestyńskiego”.
– Teraz musimy kupować wodę z miasta. Beczkowóz przyjeżdża co drugi dzień. Za każdym razem płacimy 300 szekli (ok. 340 zł). Nie jesteśmy w stanie sobie na to pozwolić. Czasem musimy pożyczać pieniądze albo sprzedawać zwierzęta – mówi Mahmud Kaabne. Cysterna przyjeżdża do wsi w trakcie naszej rozmowy. Dzieci pomagają przelać wodę do stojącego na uboczu zbiornika. A później mężczyźni przez godzinę starają się wypchnąć cysternę, gdy ta grzęźnie w błocie.
W ubiegłym roku w kilku atakach osadnicy opróżniali zbiorniki na wodę, a jeden z nich zniszczyli. – Innym razem napluli do zbiornika, żeby zanieczyścić wodę – mówi starsza mieszkanka wsi.
Przychodnia na czterech kołach
Razem z nami do Ras Ein al-Audża przyjeżdża „mobilna przychodnia”, czyli karetka Palestyńskiego Towarzystwa Pomocy Medycznej (PMRS) z lekarzami i pielęgniarkami. Ta przychodnia, finansowana przez Polską Misję Medyczną, jest dla mieszkańców podstawą opieki zdrowotnej – a często jedyną możliwością jej udzielenia.
Choć najbliższa prawdziwa przychodnia znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów dalej, w mieście Jerycho, to dla mieszkańców wsi często jest poza zasięgiem. – Osadnicy nieraz uniemożliwiali nam dojazd. Czasem dzwonimy do miasta po taksówkę, żeby ktoś zabrał chorą osobę do lekarza, ale kierowcy nie chcą tu przyjeżdżać, bo boją się osadników, albo chcą po 100 szekli za kurs. Bo osadnicy mogą spalić im samochód – mówi Mahmud Kaabne.
Po przyjeździe mobilnej przychodni lekarze rozkładają w jednym z budynków sprzęt do badań, zasłony, leki. Przy wejściu mieszkańcy – głównie kobiety i dzieci – już czekają na wizytę.
– Pomagamy w bieżących problemach zdrowotnych, wydajemy leki, mierzymy ciśnienie i poziom cukru we krwi. To pomaga wykryć poważniejsze choroby – mówi internistka Sondos Khalifah. – Jedna z mieszkanek od dawna miała bóle głowy, na które ciągle brała tabletki przeciwbólowe. Po badaniach zdiagnozowaliśmy u niej nadciśnienie i byliśmy w stanie przypisać odpowiednie leki – opowiada.
Lekarze udzielają też pomocy osobom, które odnoszą rany w atakach osadników. W poważnych przypadkach mogą swoją karetką zabrać pacjenta do szpitala w Jerychu. – Tak było z pacjentką z nadciśnieniem. Podczas jednej z wizyt czuła się bardzo źle, miała fatalne ciśnienie. Była zestresowana niedawnym atakiem osadników, którzy podpalili jeden z domów. Na szczęście byliśmy w stanie zabrać ją do szpitala, gdzie udzielono jej pomocy – mówi Khalifah.
W zespole jest także położna i ginekolożka. Nawet kobiety w ciąży są odcięte od wizyt lekarskich ze względu na ubóstwo i zagrożenie ze strony osadników, dlatego lekarka z mobilnej przychodni jest jedyną, na jaką mogą liczyć, tłumaczy ginekolożka Mayar Ayasa. – Innym problemem jest higiena – z powodu braku bieżącej wody. Widzimy wiele chorób skóry, zakażeń pokarmowych – wskazuje.
W beduińskich społecznościach – szczególnie tych dotkniętych wysokim poziomem ubóstwa – poważnym problemem jest wydawanie za mąż dziewczynek. Rodziny mogą widzieć to jako mechanizm zapewnienia im bezpieczeństwa, bo taka dziewczynka trafia „pod opiekę” męża, jednak ciąże w wieku nastoletnim mogą oznaczać problemy zdrowotne zarówno dla ciężarnej, jak i dziecka.
Kiedy we wspólnej izbie pracuje zespół lekarzy i pielęgniarek, obok psycholożka Aya Ghafri prowadzi zajęcia, przede wszystkim dla dzieci. – Dzieci mają oznaki traumy spowodowanej atakami osadników: koszmary senne, moczenie nocne. Także u kobiet, z którymi rozmawiam, widać oznaki stresu – wyjaśnia.
Patrząc okupacji w oczy
Gdy wjeżdżamy ze wsi, mijamy tych samych osadników, którzy wcześniej krążyli ze stadem owiec wokół domów. Teraz przyglądają się nam – i nagrywają telefonami. – Dla mieszkańców to codzienność – mówi pracownik PMRS. Chwilę później mijamy osadnika jadącego wzdłuż drogi na wielbłądzie, wielką gwiazdę Dawida na zboczu wzgórza z osiedlem i pomalowaną w izraelskie barwy wojskową wieżę obserwacyjną.
W styczniu, kilka tygodni po naszej wizycie, organizacja „Patrząc okupacji w oczy” poinformowała, że „po dekadach życia w tym miejscu i miesiącach narastającego nękania i terroru” dwie palestyńskie rodziny zdecydowały się porzucić swoją ziemię i opuścić Ras Ein al-Audża.
…
Projekt wsparcia psychospołecznego na Zachodnim Brzegu jest współfinansowany w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.
Możesz wspierać pomoc Polskiej Misji Medycznej w Palestynie:
- ustaw płatność cykliczną w Twoim banku na działania PMM lub na pmm.org.pl/wplacam
- przekaż darowiznę na numer konta Polskiej Misji Medycznej: 40 1030 1508 0000 0008 2378 3004
- wpłać za pośrednictwem BLIK na numer biura Polskiej Misji Medycznej: 575 222 705









