
Jakub B. Bączek to trener mentalny olimpijczyków, przedsiębiorca, felietonista oraz wykładowca. Autor kilkunastu publikacji, twórca Akademii Trenerów Mentalnych.
W 2014 roku będąc członkiem sztabu trenerskiego reprezentacji Polski siatkarzy (trener Stephane Antiga) zdobył złoty medal MŚ. Współpracował i współpracuje z topowymi sportowcami, m.in. Robertem Lewandowskim, Urszulą Radwańską, Iwoną Guzowską, Mateuszem Kusznierewiczem czy Otylią Jędrzejczak.
W rozmowie dla WPROST poruszyliśmy wiele wątków związanych ze sferą mentalną i ważnymi postaciami polskiego sportu. Od sukcesu Mai Chwalińskiej, poprzez Igę Świątek i jej trudniejszy sportowo czas, nie zapominając o wyjątkowym liderowaniu w wykonaniu Nikoli Grbicia – trenera kadry Polski siatkarzy.
Nie zabrakło również jasnego stanowiska ws. skandalicznego powrotu Rosji i Białorusi na scenę sportową. Zafundowanego na początku lipca, pomimo trwającej wojny na terenie Ukrainy, przez władze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.
Rozmowa z Jakubem B. Bączkiem, trenerem mentalnym
Maciej Piasecki („Wprost”): Zaczniemy od czegoś przyjemnego, mianowicie sukcesu Mai Chwalińskiej w Paryżu. Reakcja na olbrzymi sukces tenisistki pokazała, jak bardzo w Polsce potrzebujemy takich sportowych historii?
Jakub B. Bączek (trener mentalny): Jak najbardziej. Mam wrażenie, że Maja spełniła marzenia naprawdę wielu osób w Polsce. Nawet chyba sama nie spodziewała się, jak szybko trafi do tak zwanego mainstreamu.
Odchodzimy od europocentryzmu, a coraz silniejsze są głosy antyukraińskie czy antyniemieckie w Polsce. Potrzebujemy więc naszych, polskich bohaterów, żeby poczuć, jak bardzo liczymy się w świecie. I myślę, że taka jest historia Chwalińskiej. Padła na podatny grunt. Jest dziewczyna z Polski, z którą możemy się identyfikować, taka historia Kopciuszka. Wczoraj jeszcze prawie nikt nie wiedział, kim jest ta tenisistka z Polski. A tu nagle znajduje się w finale Roland Garros.
Łakniemy takich sukcesów bo chcemy udowadniać, że Polska coś na arenie międzynarodowej znaczy. Bardzo duża część Polaków ma w sobie tak rozumiany patriotyzm. Czasem też myślimy sobie: „O, moje życie mogłoby być lepsze”. I kiedy widzimy w telewizji taką właśnie Maję, która spełnia swoje marzenia, to przekładamy to na swoją rzeczywistość. Okazuje się bowiem, że jeśli i ja się postaram, to też będę mógł cieszyć się z sukcesu.
Jesteś blisko sportu od lat. Nie miałeś takiej myśli, gdzieś z tyłu głowy, że najgorsze dopiero przed Polką? Wiemy przecież, jak zmienne bywają społeczne nastroje.
Tak, masz rację. Dużo myślałem po sukcesie Mai Chwalińskiej o emocjach.
Niestety, odkąd w sporcie jest przemysł bukmacherski, to porażki naszych sportowców budzą jeszcze więcej emocji. Coraz większa grupa ludzi stawia pieniądze na ten rodzaj hazardu. Nawet pomimo sympatii „do wczoraj” do takich zawodniczek, jak Chwalińska czy Świątek, jeśli wiemy, że jutro przepadnie nam 1000 złotych, to możemy mieć w sobie najbardziej pierwotne emocje i niestety ich nie zablokować w odpowiednim momencie. W myśl zasady: „No to ja się teraz emocjonalnie i internetowo wyżyję”.
Ten hejt internetowy, który się leje na gwiazdy sportu, również te jeszcze bardzo młode, często kształtujące się w dorosłym życiu, jest okropny. W takich czasach przyszło nam jednak żyć i trzeba być na to gotowym. Obecnie to też element kariery sportowej.
Ja swoich podopiecznych tego uczę. Jak reagować na hejt, nawet jeśli jeszcze na początku naszej współpracy oni tego hejtu nie mają w swojej przestrzeni. Prowadzimy pewną profilaktykę. Od najprostszych narzędzi typu higiena przerw od mediów społecznościowych, poprzez narzędzia głębsze, czyli sytuacje, w której ktoś np. napisze rzeczy naruszające naszą czułą strunę. Każdy ma taką przestrzeń, ale jeśli jakiś hejter ją naruszy, to zawodnicy potrafią to bardzo przeżywać.
Odpowiadając jednak na twoje pytanie: Tak, obawiam się, że najgorsze jest przed Mają.
Maja Chwalińska wspominała o swojej współpracy z psycholożką sportu Alicją Nowicką. Współpraca, jak sama tenisistka przyznała na konferencji po finale w tegorocznym Roland Garros, „w której ma dużo wolności”. Od czasu do czasu, często telefonicznie. Takie bardziej punktowe działanie to właściwy schemat?
Nie powiem, że to jedyny dobry schemat. Sprawdzają się bowiem bardzo różne modele współpracy. Przykładowo, mój sukces we współpracy ze Stephanem Antigą i reprezentacją siatkarzy polegał na tym, że ja w tej kadrze wręcz zamieszkałem. Niemniej wpływ psychologa sportu lub trenera mentalnego raczej powinien być nastawiony na efektywność w jak najkrótszym odcinku czasowym. Taka jest nasza rola.
Skoro nie jestem psychoterapeutą, który może sobie przez dwa lata wracać do dzieciństwa i szukać mechanizmów, które dzisiaj tobą kierują, tylko psychologiem sportu, który się skupia na twoim performansie teraz, no to zdecydowanie jesteśmy tym skuteczniejsi, im szybciej sportowca od siebie uwalniamy i go usamodzielniamy.
Więc w mojej filozofii pracy, najskuteczniejszy jest ten trener mentalny, który dostarcza skutecznych narzędzi i znika.
Jesteś zaniepokojony tym, co dzieje się z Igą Świątek? Tak po ludzku, biorąc pod uwagę, jak układają się ostatnie lata jej kariery?
Nie będę tutaj obiektywny, bo ja współpracuję ze sportowcami, którzy już są w kryzysie i to jest moja codzienność. Muszę mieć zatem jakiś dystans do tej pracy, żeby nie zwariować. Dla mnie to jest oczywisty element codzienności, że ktoś smutny do mnie przychodzi, albo w lęku, albo w żalu, albo po jakimś ataku hejterskim.
Ale tak, po ludzku bardzo szkoda mi Igi Świątek.
Jest mi jej żal, że jest tak mocno atakowana. Jest mi jej żal, że prawdopodobnie nie radzi sobie z emocjami. I przynajmniej to, co widzę z boku, bo nie mam pojęcia, co się dzieje w środku, jest też mocno niepokojące. Myślę, że wszyscy ci, którzy dobrze życzą Idze Świątek, widzą, że to chyba nie jest najlepszy okres jej życia.
Cieszy mnie bardziej to, że Polka jest na urlopie, niż martwi kiedy Iga przykrywa się ręcznikiem po meczu i płacze. Życzę każdemu sportowcowi dobrze, nie tylko tym, z którymi pracuje. Myślę, że to jest bardzo trudny zawód i też krótkotrwała przygoda życiowa. Ale nie jestem naiwny. Polacy bardzo dużo oczekują od naszych sportowców, wymagania mają gigantyczne. I potrafią kogoś z czwartku na piątek z bohatera strącić do jakiegoś lochu, w którym regularnie obrzucają go obelgami.
Iga ma trudny czas i myślę, że wsparcie psychologiczne nie do końca u niej działa. Być może to jest jeden z elementów, który wymaga jakiś korekt.
Zrzucenie całej winy na Darię Abramowicz jest właściwą drogą?
Nie, nie można wszystkiego zrzucić na Darię Abramowicz.
To jest jakiś procent całego przygotowania. Jest ono przecież też motoryczne, techniczne, taktyczne, a dodatkowo również mentalne. Jest atmosfera kortu, są przeciwniczki, jest psychofizyczna kondycja, ogólna sytuacja zdrowotna. Po prostu masa czynników wpływających na efekt końcowy. Jeśli Daria Abramowicz tam odpowiada za którąś działkę, za te może 10-20 procent, to myślę, że to jest maksimum.
Natomiast te 10-20 procent może być bardzo ważne, bo nie sądzę, żeby nagle Iga Świątek technicznie pogorszyła się aż tak mocno. Częściowo te kolejne porażki polskiej tenisistki wynikają właśnie z mentalu.
Mam wrażenie, że tąpnięcie nastąpiło w drugiej połowie 2024 roku, po pozytywnym wyniku testu antydopingowego. Sprawa została wyjaśniona, Polka wróciła do gry, ale – poza wielkim sukcesem w Wimbledonie 2025 – Świątek straciła coś, co miała w sobie wcześniej. Nie uważasz, że ten cykl zdarzeń jest powtarzalny?
Zacznijmy od tego, że po siedmiu latach współpracy, bo w tym przypadku mówimy mniej więcej o takim odcinku czasowym, psycholożka nie może czymś nowym zaskoczyć zawodniczkę. To nie jest dobre. Myślę, że trening mentalny się kupuje jako usługę, która ma wnieść coś nowego. Nigdy w życiu nie pracowałem z żadnym ze swoich podopiecznych dłużej niż kilkanaście, może w ekstremalnych przypadkach kilkadziesiąt sesji. I w głowie mi się za bardzo nie mieści, żebym z kimkolwiek pracował siedem lat, bo przecież ja bym tą osobę od siebie uzależniał.
Bo co ja nowego tej osobie powiem po tylu latach? A jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że tenis akurat wymaga bycia razem często… To moim zdaniem nic nowego do zaoferowania taka psycholożka nie ma dla swojej podopiecznej.
No chyba że na takiej wadze szalkowej, gdzie są wady i zalety współpracy, dla Igi najważniejsze jest poczucie stabilności. Może jako trochę bardziej doświadczona życiowo kobieta, tenisistka się czuje bezpiecznie przy niej. No to wtedy okej. Ale narzędziowo wydaje mi się, że tam nic nowego już nie może się pojawić.
A czy my, jako społeczeństwo, nie zaczęliśmy gorzej traktować Igi Świątek?
100 procent racji.
Bo chcemy igrzysk?
Niestety, ten atawizm z czasów chleba i igrzysk w nas pozostał. Jeśli ktoś przegrywa, w cudzysłowie: umiera na naszych oczach i jest krew – to wszystko jest atrakcyjne dla ludzi. To dawało zresztą Neronowi potężne narzędzia do kontrolowania Rzymian.
Z jednej strony lubimy patrzeć, jak ktoś wchodzi na szczyt i cieszymy się, tak jak w przypadku Mai Chwalińskiej, że to nasza dziewczyna. Ale z drugiej, jak ktoś ze szczytu spadnie, to część z nas będzie wytykać palcami ten gorszy moment. Tak jesteśmy skonstruowani, niestety.
Iga ma bardzo trudną sytuację. Hejt wobec sportowca – to mnie już absolutnie nie zaskakuje. Tutaj jednak zaskakująca jest proporcja. Jeśli powiedzmy na 100 komentarzy tych z hejtem są dwa, no to uznaję, że to bardziej jakaś frustracja kogoś przed telewizorem i idziemy dalej. Ale w momencie, w którym ta skala przekracza 50 proc. opinii, to jest to już coś niepokojącego. Mowa wówczas o ogromnych kosztach emocjonalnych.
I bardzo tego Polce współczuję.
Po porażce w Miami z kwietnia b.r., z Magdą Linette, Świątek wręcz przeprosiła za porażkę i to, co pokazała na korcie.
Właśnie o tym szaleństwie mówię. Presja na polskiej tenisistce jest ogromna. Przecież wiadomo, że każdy sportowiec może przegrać mecz, to naturalna sytuacja w karierze.
Kiedy powiedziałeś o tych przeprosinach, przypomniała mi się historia Naomi Osaki. Obecnie przeżywa piękny etap z naszym polskim trenerem Tomaszem Wiktorowskim. Ale warto pamiętać, że ta świetna tenisistka w pewnym momencie musiała zrezygnować z tenisa. A to za sprawą stanów lękowych. Osaka miała odwagę, żeby publicznie o tym powiedzieć. Co więcej, odciąć się od popularności, zarobków, od tenisa.
Nie mam pojęcia, co się dzieje w głowie Igi Świątek. Ale jeśli istnieje ryzyko naruszenia zdrowia psychicznego, to też życzę odwagi tej młodej kobiecie, żeby sobie zrobiła kiedyś od tenisa urlop.
Żeby odzyskać dawną radość z gry w tenisa?
Tak. Maciek, jak się patrzy na Igę Świątek, oczywiście z odległości, wygląda na to, że to już jest dla niej taka robota. A nie wspomniana radość z gry w tenisa.
Po prostu – wychodzę do roboty.
Głośno w ostatnim czasie zrobiło się również wokół Roberta Lewandowskiego i jego przenosin do Chicago Fire. Jak zareagowałeś na wpis Anny Lewandowskiej, pełen obaw przed przenosinami z Europy do Ameryki Północnej?
Rzeczywiście doszło do sporej polaryzacji pod wpisem Ani Lewandowskiej. Obie perspektywy jestem jednak w stanie zrozumieć. Z jednej strony mamy mamę, która troszczy się o swoje córeczki i oczywiste jest to dla mnie, że się boi, bo to jest nowa szkoła, nowe dzieci, nowy układ miasta. Do tego dużo wyższa przestępczość w USA aniżeli w Hiszpanii. No i przede wszystkim lęk, czy dzieci tam będą szczęśliwe.
Przecież każda matka, która ma w sobie empatię, będzie współodczuwała tę sytuację, miała w sobie jakiś niepokój. Więc super, że Ania się tym podzieliła. Że nawet z tej, powiedzmy, wieży z kości słoniowej, możemy dostrzec, że są tam problemy, które mamy i my, zwykli śmiertelnicy. Zatem tutaj brawo.
Druga strona komentujących oczywiście wytknęła Ani Lewandowskiej posiadane miliony. Że stać ją na przeprowadzkę, na nianię, na psycholożkę. Bo co ma powiedzieć „pani z Żabki”, która na taki luksus raczej nie może sobie pozwolić? I takie podejście również mieści się w mojej głowie. Ludzie, którzy osiągnęli sukces, budzą zazdrość. To dzieje się nie od wczoraj. To jest też bardzo ludzkie.
Ludzie, którzy się dzielą jakimiś swoimi zmartwieniami, a jednocześnie mają dużo więcej narzędzi niż my, żeby sobie poradzić, mogą budzić złość. I ta złość w przypadku Ani Lewandowskiej się wylała. Szkoda, bo autorka ma przecież bardzo naturalne uczucia, nie było to nic zaskakującego. Robert zresztą też pewnie nie poczuł się najlepiej, bo facet chce grać w piłkę nożną, jest gwiazdą, a internet huczy głównie o wpisie żony.
Bliżej mi, jako człowiekowi, który zajmuje się głową, do tego pozytywnego spojrzenia na sytuację z Anią Lewandowską. To dobrze, że osoba znana normalizuje i opowiada o emocjach. Przecież wszyscy je mamy, bez względu na to, ile zarabiamy i kim jesteśmy.
A może jest tak, że ludzie coraz rzadziej chcą zrozumieć drugiego człowieka? Mam wrażenie, że łatwiej jest w dzisiejszych czasach ocenić, a trudniej podjąć próbę faktycznego zrozumienia.
Pozwól, że zacytuję południowokoreańskiego filozofa. Byung-Chul Han mówi: „Tam gdzie jest stres i pośpiech, tam zanika empatia”.
To jest filozoficzna odpowiedź na twoje słuszne wątpliwości i pytanie. A taka bardziej pragmatyczna? My żyjemy w takim stresie, jesteśmy tak przebodźcowani, że nam się po prostu nie chce. Nie mamy już siły na to, żeby wchodzić w buty drugiego człowieka i zadawać sobie pytania: Co czuje Anna Lewandowska, kiedy się martwi o swoje córki?
Mamy dużo większą łatwość, żeby ją ocenić z góry, wypluć kawałek swojej frustracji i z takim poczuciem bezkarności, obrażać autorkę. No bo co nam zrobicie, prawda? Niestety legislacja nie nadąża za tym, co się dzieje w polskim internecie. Praktycznie bardzo trudne byłoby skazanie kogokolwiek za przemoc internetową. Mówię w praktyce, bo są przepisy, jest artykuł 212 Kodeksu Karnego, o pomówieniu. Można taką sprawę zgłosić nawet do prokuratury. Ale to tyle teoria. W praktyce albo to ostatecznie umorzą, albo potrwa to trzy lata, albo tam będzie jakoś symboliczna kara, która nawet nie zrównoważy tego, ile wydałeś na prawnika, więc jest to trochę bez sensu.
A nam się najwyraźniej nie chce empatyzować z drugim człowiekiem i to jest bardzo przykre. W sporcie to widać jak na dłoni.
Walczysz z tym na co dzień, czy już machnąłeś ręką na tę walkę z wiatrakami?
Nawet jeśli to jest walka z wiatrakami, to warto próbować.
My skończymy wywiad i ja wyjdę do grupy 40 swoich studentów. Powtarzam im, nawet jeśli to się wydaje banalne, że warto wracać do samowsparcia. Do relacji społecznych, do troski, do życzliwości. To coś, co być może parę pokoleń wstecz byłoby oczywiste. Wyobraź sobie, że kiedy niektórzy to słyszą tu i teraz, to mają łzy w oczach. Więc najwyraźniej to właśnie porusza, jest głęboko w nas i warto kruszyć ten mur.
Nawet jeśli społecznie pewnie jesteśmy skazani na chroniczny stres, to wcale nie znaczy, że w swoim własnym środowisku, w tej takiej najmniejszej komórce społecznej, typu para lub rodzina lub przyjaciele, nie warto rozmawiać i nie wracać, choćby do komunikacji, do dialogu, do zrozumienia. Naprawdę warto to robić.
Z jednej strony budujące jest to, co mówisz. Ale świat raczej nie wydaje się zmierzać w stronę zmniejszenia stresu.
Niestety nie. Jeszcze nigdy nie było takiego popytu na leki antydepresyjne, jak obecnie. I to są bardzo aktualne raporty, metodologicznie dobrze zrobione badania. Nie na zasadzie deklaracji, bo w ankietach ludzie różne rzeczy wpisują, żeby lepiej wypaść. To wyniki z poborów danych, przykładowo z NFZ. Nigdy jeszcze nie kupowaliśmy tylu antydepresantów, jak teraz.
Więc my widzimy dokąd to zmierza. W stronę coraz większych wyzwań ze zdrowiem psychicznym. Tak to wygląda.
Wróćmy do sportu. Porozmawiamy o siatkówce, do której masz szczególną słabość. Trener Nikola Grbić rozpoczął piąty sezon pracy z reprezentacją Polski mężczyzn. Jego rola lidera jest czymś imponującym?
To fantastyczny przykład lidera przed duże L. Dodatkowo wizjonera, taktyka, jednoczenie stratega w perspektywie przyszłości. Plus człowieka z dużą empatią, bo z tymi chłopakami też potrafi na bardzo różnych emocjach się porozumiewać, dużo spokojniej niż jego poprzednicy. Na czele z Vitalem Heynenem (śmiech).
Nikola Grbić budzi mój głęboki szacunek, wręcz jest dla mnie takim wzorcem współczesnego lidera. I myślę sobie, że on też pięknie wpisuje się w ideę tak zwanego servant leadershipu. Czyli takiego przywództwa służebnego, że on tu jest po to, żeby pomóc tym chłopakom osiągnąć pełnię potencjału.
Ja wiem, że to brzmi trochę banalnie, ale trener Grbić faktycznie walczy o tych siatkarzy. Żeby oni dotknęli talentu, z którego może sobie nawet jeszcze nie zdawali sprawę, a takowy mają. No i to jest w jego wykonaniu bardzo skuteczne. Skoro zdobywamy medale jako reprezentacja Polski siatkarzy, na każdej kolejnej imprezie, to ja bym się specjalnie nie wtrącał czy nie dawał dobrych rad selekcjonerowi. Tylko chuchał i dmuchał na kontrakt Serba w Polsce.
W sezonie 2026 w reprezentacji zabrakło Bartosza Kurka. Zastąpienie takiej postaci w funkcjonowaniu grupy jest możliwe w ciągu kilku tygodni czy miesięcy?
Na pewno to jest bardzo trudne. To wymaga takiej cechy, którą nie każdy z nas ma. Dyscypliny. Spotykanej często w armii, w środowisku naukowym, sportowym bądź w świecie przedsiębiorczości. Łatwiej zrobić karierę komuś, kto ma dyscyplinę.
Nie znając dobrze trenera Grbicia mam wrażenie, że to jest człowiek dyscypliny. Pewne rzeczy Serb zapewne powtarza z uporem maniaka. Mając przy tym swoje rutyny, swoje poglądy, których się trzyma. A jednocześnie jest gotowy na jakieś lekkie korekty, będąc ciekawym świata, innego spojrzenia. Lubiąc otaczać się mądrymi ludźmi, dopytywać ekspertów. Dyscyplina jest bowiem jednym z elementów sukcesu. Trzymanie się etosu pracy to jest coś, co trener Grbić zdecydowanie musi mieć.
Co do Bartosza Kurka, w 2014 roku trochę maczałem palce w tym, że nie było go na MŚ w Polsce, co do dzisiaj jest mi przypominane… Ale z pewnością, Kurek to legenda nie tylko polskiej, ale i światowej siatkówki. Znalezienie lidera w drużynie naszpikowanej tyloma gwiazdami, jest trudne. Postawię taką tezę, może trochę kontrowersyjną, że z pokolenia na pokolenie, to będzie coraz trudniejsze.
Dlaczego?
Z różnych przyczyn. Choćby dlatego, że współcześni sportowcy urodzili się już w dobrobycie. Te starsze roczniki gdzieś tam musiały „wytargać” sobie dobre życie. To mocniej kształtowało ich charaktery, uszlachetniając przy tym. Kurek był liderem wzorcowym. Uważam, że Olek Śliwka również jest świetnym liderem, a to wcale nie jest takie oczywiste. Wiele drużyn ma gwiazdy, ale nie wygrywa. A my konsekwentnie jesteśmy w ścisłej czołówce.
Osobowość, nastawienie do szukania rozwiązań, współpraca w grupie. Wiesz, jest bardzo wielu ludzi w sporcie, którzy mają – delikatnie mówiąc – wysokie ego. I jeśli oni sobie grają w tenisa, wiosłują sam do mety, to nie ma to większego znaczenia. Ale jeśli tacy ludzie pojawią się w szatni drużyny piłkarskiej, koszykarskiej, siatkarskiej, no to szybko okaże się, że martwi ich tylko czubek własnego nosa. A tu potrzeba kogoś innego. Potrzeba kogoś z szerszym spojrzeniem. Kto jak widzi, że np. młodszy kolega ma kryzys, to się nim zainteresuje. To jest prawdziwy właśnie lider.
Mamy przykład Roberta Lewandowskiego, jako kapitana piłkarskiej reprezentacji. Został nim, no bo strzela najwięcej goli, jest legendą polskiego futbolu. Wydawać by się mogło, że to jest właśnie odpowiedni człowiek. Według literatury jednak to nie jest optymalny wybór dla zespołu. Lepiej wziąć na tak odpowiedzialną rolę kogoś, kto jest zainteresowany pracą zespołową, nieformalną funkcją grupy. Kto zainteresuje się też, jakie ty masz wyniki, a nie tylko patrzy na swoje.
Na koniec trudny mentalnie temat, który zaserwował nam Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Rosja i Białoruś wraca na międzynarodową arenę sportu, pomimo trwającej wojny na terenie Ukrainy. Czy można to sobie jakkolwiek wytłumaczyć?
Ja tutaj mam bardzo jednoznaczne poglądy. Dla mnie zapraszanie do stołu Rosjan, kiedy lecą bomby na niewinnych ludzi w Ukrainie, jest obrzydliwe.
To jest normalizowanie agresji.
Rozmawianie na poziomie dialogu z agresorem, który rozumie tylko siłę. To jest podkładanie Putinowi pod nos kolejnego argumentu, że Rosja jest jednak fajna i ratuje świat. Nie, to mi się moralnie nie mieści w głowie, że my będziemy grali z Rosjanami. Też nie wyobrażam sobie za bardzo, jak ludzie się będą czuli na takim meczu. Co się będzie działo dookoła takiego wydarzenia.
A wygląda na to, że światowa federacja siatkarska (FIVB) może kręcić nosem przy okazji MŚ 2027 w Polsce, jeśli np. rosyjscy siatkarze nie wjadą do nas do kraju…
Oczywiście, nie jestem naiwny i wiem, że mamy dużą część społeczeństwa, napędzaną przez polityków antyukraińsko. Ale nie chciałbym, żeby wyjście na mecz, było jakimś manifestem politycznym. Jeśli dojdzie na przykład w Spodku do meczu Polska – Rosja… Przypuszczam, że w stronę Rosjan będzie masę gwizdów, wyzwisk, obelg.
Czy my chcemy, żeby sport właśnie tak wyglądał i z tym się kojarzył? Ta decyzja ze strony MKOl i później FIVB jest dla mnie niezrozumiała i głupia. Wydaje mi się, że podejmowana była pewnie przez ludzi, którzy nigdy nie musieli uciekać przed wojną. Bo gdyby mieli chociaż trochę oleju w głowie i empatii albo kogoś z rodziny, kto zginął w skutek ataków agresora, no to chyba by wiedzieli, jak się zachować.
Więc wybacz Maćku, ale nie będę tu obiektywny. Nie jestem głosem narodu, nie roszczę sobie praw do tego, żeby o czymkolwiek tu moralizować. Natomiast, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co w głowie będą mieli ci młodzi mężczyźni, ukraińscy siatkarze, kiedy będą musieli wyjść naprzeciwko Rosji kojarzącej się ze zbrodniami wojennymi. Z ludobójstwem, z Buczą, nie chcę sobie tego wyobrażać…
Decyzje MKOl i FIVB są ze wszelkich miar niemoralne. Tego nie da się wytłumaczyć.

