
Bratysława, kwiecień, forum CEEasia. Temat konferencji: Strategiczne interesy Europy w regionie Indo-Pacyfiku. Podczas jednego z paneli pada pytanie: Czy Europa powinna wesprzeć Tajwan w razie ewentualnego konfliktu zbrojnego z Chinami? Większość uczestników podnosi rękę do góry. Na „nie” jest tylko kilka osób.
Gdy myślimy o Tajwanie, wiele osób widzi źródło potencjalnego konfliktu w odległej części Azji. Coś tak odległego, że wcale nas nie dotyczy. Tymczasem rzeczywistość nie do końca tak wygląda.
Ekspert: Stabilność Tajwanu leży w interesie Europy
– W razie ewentualnej agresji naszym obowiązkiem jest pomóc kolejnemu demokratycznemu krajowi w obronie przed większym sąsiadem, który stosuje agresję jako środek do umocnienia swojej regionalnej dominacji – mówi Matej Simalcik z Central European Institute of Asian Studies (CEIAS), jeden z organizatorów wspomnianego forum.
Jak podkreśla, owa agresja może przybrać wiele form – od pełnej inwazji po blokadę Tajwanu. Argument moralny, choć mocny, nie wyczerpuje tematu. Istnieją bowiem równie istotne powody pragmatyczne, dla których stabilność Tajwanu leży w interesie Europy.
Tajwan odpowiada za około 60 proc. światowej produkcji półprzewodników, które są fundamentem współczesnej elektroniki. Bez nich większość urządzeń, z których korzystamy (od smartfonów po samochody) nie byłaby w stanie funkcjonować.
Tajwan jest więc nieodzownym ogniwem współczesnej gospodarki. Wszelkie zakłócenie jego funkcjonowania odbiłoby się na portfelach europejskich konsumentów i konkurencyjności europejskich firm. Jest też ważnym partnerem gospodarczym dla coraz większej liczby europejskich państw, w tym dla Polski.
– Tajwan jest tak niesamowicie powiązany z globalną gospodarką, że każda znacząca zmiana obecnego status quo w postaci agresji lub innych form przymusu wiązałaby się z ogromnymi kosztami nie tylko dla gospodarki europejskiej, ale i globalnej, prawdopodobnie rzędu bilionów euro – mówi Simalcik.
– Jeśli już teraz odczuwamy, że koszt rosyjskiej inwazji na Ukrainę jest zbyt wysoki, to koszt chińskiej inwazji na Tajwan byłby znacznie wyższy – dodaje.
Chiny. Trump i Jinping rozmawiali o Tajwanie
W zeszłym tygodniu Donald Trump odwiedził Chiny. Na pokładzie prezydenckiego Air Force One w rozmowie z dziennikarzami Trump, że znaczna część rozmów z Xi Jinpingiem poświęcona była Tajwanowi.
Prezydent USA oświadczył, że stanowisko USA w kwestii Tajwanu nie uległo zmianie, po czym dodał, że „może podpisze, a może nie” dokument zezwalający na sprzedaż amerykańskiego uzbrojenia na rzecz Tajpej.
– Trudno tę wypowiedź jednoznacznie ocenić, bo cała polityka amerykańska za rządów prezydenta Trumpa jest dość niejasna i często chaotyczna – mówi Interii Marcin Przychodniak, analityk ds. Chin z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
– Trump potwierdził, że rozmawiał z Xi Jinpingiem na temat samego Tajwanu, ale także dostaw broni, co jest pewnym naruszeniem zasad, które amerykańskie administracje od Reagana przestrzegały – tłumaczy analityk.
Za prezydentury Ronalda Reagana w 1982 roku przyjęto tzw. Six Assurances (Sześć Gwarancji). Miały one chronić interesy Tajwanu w czasie ocieplania relacji Waszyngtonu z rządem w Pekinie.
Mówią one m.in. o tym, że Stany Zjednoczone nie wyznaczą ostatecznej daty zakończenia sprzedaży broni dla Tajwanu oraz, że nie będą konsultować się z rządem Chin przed podjęciem decyzji o sprzedaży uzbrojenia Tajwanowi.
I to może być niepokojące. – Na ile Amerykanie są zdeterminowani, by Tajwańczyków wspierać czy też wesprzeć jeszcze bardziej, jeśli sytuacja będzie tego wymagać – zastanawia się Przychodniak.
Z kolei sekretarz stanu USA Marco Rubio już po spotkaniu przywódców podkreślił, że Stany Zjednoczone nie zmieniają swojego stanowiska wobec Tajwanu, a jakakolwiek próba siłowego podporządkowania wyspy przez Chiny byłaby katastrofalna w skutkach.
– Kwestia wznowienia sprzedaży tego uzbrojenia będzie dla USA elementem negocjacji z Chinami – ocenia analityk PISM. Według niego jednak jest za wcześnie, by Tajwan się niepokoił. – Podkreślam: jeszcze za wcześnie.
– Myślę, że Trumpowi byłoby dużo łatwiej „odpuścić” wschodnią flankę NATO, niż zobowiązania partnerskie czy sojusznicze wobec Japonii, Korei Południowej, Australii czy Filipin – uważa Przychodniak.
Syndrom rosyjski. Czy Europa popełnia ten sam błąd wobec Chin?
Wśród wniosków po wspomnianej konferencji podkreślona została obawa: Europa ryzykuje powtórzenie błędu popełnionego w stosunku do Rosji, pozwalając na pogłębianie się strategicznej zależności od Chin.
Co to oznacza? Przez lata uzależnialiśmy się od rosyjskich paliw kopalnych. Dziś, próbując odejść od rosyjskich surowców i rozwijać energię odnawialną, ryzykujemy wpadnięciem w analogiczną pułapkę – tym razem z Chinami.
Większość światowej produkcji paneli słonecznych pochodzi z Chin. Turbiny wiatrowe i inne technologie zielonej energii w dużej mierze opierają się na chińskich komponentach lub surowcach wydobywanych pod chińską kontrolą. Jak mówią eksperci, rodzi to dwa rodzaje ryzyka. – Pierwsze to uzależnienie się od dostaw, które Pekin może w każdej chwili ograniczyć lub odciąć. Drugie to ryzyko aktywne – chińskie komponenty elektroniczne zamontowane w europejskiej infrastrukturze energetycznej mogą zawierać ukryte furtki, które w razie konfliktu posłużą do cyberataku lub wyłączenia sieci – mówi Matej Simalcik.
Europa ma narzędzia, by temu zapobiec. Może zadbać o to, by importowane technologie spełniały rygorystyczne standardy cyberbezpieczeństwa, a jednocześnie aktywnie wspierać własnych producentów. Przykład branży wiatrowej jest tu wymowny.
– Chiny są wschodzącym graczem w dziedzinie wytwarzania energii wiatrowej, ale wciąż mamy światowych liderów w tym sektorze, którzy pochodzą z Europy. To na przykład firmy z Danii. Europa powinna aktywnie wspierać te przedsiębiorstwa, aby zapewnić utrzymanie aktywności tej branży i nie powtórzyć błędów z przeszłości – uważa Matej Simalcik.
Rozwiązaniem jest również dywersyfikacja partnerów technologicznych. Korea Południowa intensywnie pracuje nad małymi reaktorami modułowymi, Japonia nad technologiami wodorowymi, a Tajwan nad panelami słonecznymi nowej generacji.
Chiny inwestują ogromne środki, by budować swój pozytywny wizerunek na świecie i łatwiej móc osiągać swoje cele polityczne. Jak na tym tle wyglądają wysiłki Tajwańczyków?
W zeszłym roku CEIAS sprawdził, jaki stosunek do Tajwanu mają mieszkańcy czterech środkowoeuropejskich państw. Odsetek respondentów wyrażających pozytywne lub bardzo pozytywne nastawienie wyniósł w Czechach 40 proc., w Polsce 44 proc., na Węgrzech 34 proc. i na Słowacji 36 proc.
Jak te nastroje mają się do obecności tajwańskiego soft power w Europie? Jego przejawy w naszej części kontynentu są zauważalne zdecydowanie rzadziej niż miękka siła Chin.
– Festiwale literackie i filmowe, na których prezentują się tajwańscy artyści, cieszą się coraz większą popularnością – mówi Matej Simalcik. – Tajwan strategicznie pozycjonuje się jako alternatywa dla Chin. Na przykład jako miejsce nauki języka mandaryńskiego, tak aby studenci z Europy mogli się go uczyć się poza kontynentalnymi Chinami. Tam bowiem system edukacji jest oczywiście pod wieloma względami podporządkowany potrzebom partii komunistycznej – dodaje.
Problemem pozostaje jednak kwestia kapitału kulturowego, którym Tajwan może się chwalić. – W dużej mierze pokrywa się on z kulturą chińską, co rodzi dylemat: czy Tajwan powinien przedstawiać się jako część cywilizacji chińskiej, czy jako odrębna, unikalna tożsamość – zastanawia się Marcin Jacoby. – Obecne władze skłaniają się ku drugiej opcji – podkreślają odrębność Tajwanu i jego własną tożsamość. Jednak taka strategia ogranicza dostępny „zasób” kulturowy do promocji na świecie. Gdyby Tajwan odwoływał się do dziedzictwa chińskiego, mógłby korzystać z bogatego dorobku kulturowego, w tym tradycji i zbiorów muzealnych, które częściowo zanikły w Chinach. Tego jednak obecnie nie robi.
Przykładem tajwańskiego soft power jest choćby słynny napój bubble tea. – Problem polega jednak na tym, że wiele osób nie kojarzy go bezpośrednio z Tajwanem.
Podobnie jest z innymi elementami, jak herbata oolong, również nie zawsze łączona z tym krajem. – To pokazuje, jak wiele pozostaje jeszcze do zrobienia w budowaniu rozpoznawalności – mówi sinolog.
Dochodzą do tego zewnętrzne przeszkody: Chiny systematycznie utrudniają Tajwanowi budowanie rozpoznawalności na arenie międzynarodowej. Na przykład podczas wydarzeń artystycznych czy kulturalnych często nie może występować pod własną nazwą – bywa określany jako „Chinese Taipei” czy „Taiwan China”.
– Takie praktyki znacząco utrudniają skuteczne budowanie marki Tajwanu za granicą – uważa Marcin Jacoby. A to właśnie wyjście z cienia mogłoby pomóc w zauważeniu, jak ważna także dla Polski jest stabilność tej oddalonej o ponad 8000 kilometrów wyspy.
Chcesz porozmawiać z autorką? Napisz: anna.nicz@firma.interia.pl












