
Od niemal dekady Fundacja Panoptykon analizuje, jak wielkie platformy technologiczne wykorzystują dane, profilowanie behawioralne i manipulacyjne mechanizmy projektowania do kształtowania naszej rzeczywistości informacyjnej.
Organizacja od lat apeluje o umożliwienie użytkownikom i użytkowniczkom kontrolowania tego, co widzą w sieci, oraz o danie im prawa do wyboru alternatywnych algorytmów rekomendacji treści. Teoretycznie je mają – od czasu pełnego wejścia w życie DSA. Ale – chociaż platformy internetowe wprowadziły drobne korekty – ich model biznesowy, napędzany big data i emocjami, pozostaje szkodliwy.
W rozmowie z Interią prawniczka, ekspertka ds. praw cyfrowych, współzałożycielka i prezeska Fundacji Katarzyna Szymielewicz tłumaczy m.in., dlaczego „wyczyszczenie internetu z dezinformacji” jest nierealne, a fact-checking nie daje pożądanych rezultatów.
Agata Sucharska, Interia: Czy to oznacza, że przegraliśmy walkę o prawdę w sieci?
Katarzyna Szymielewicz: Obecnie wiele energii wkładamy w działania, które dają stosunkowo mały efekt i tworzą dodatkowe problemy. Wysiłki fact-checkerów w dobie polaryzacji nie przynoszą rezultatów na dużą skalę. Nie ma już powszechnie uznanych autorytetów. Każda strona politycznego sporu ma swoich mędrców, a próba zdemistyfikowania kłamstw wiąże się z wzmożonym atakiem drugiej strony.
– Z kolei naciskając na dobrą moderację na platformach, oddawaliśmy władzę nad tym, co jest dopuszczalne w debacie publicznej. A przecież te korporacje kierują się logiką zysku, a nie są strażnikami wolności słowa.
Czy miał na to wpływ powrót Donalda Trumpa do Białego Domu?
– Tak, jeszcze bardziej osłabił oba te kierunki działań. Po inauguracji Trumpa platformy zaczęły otwarcie ogłaszać „powrót do wolności słowa”, co w praktyce oznaczało wycofywanie się z odpowiedzialności za publikowane treści. Ograniczono współpracę z organizacjami fact-checkingowymi, a moderatorów coraz częściej zastępują systemy AI. Dlatego dziś „czyszczenie internetu z dezinformacji” przypomina trochę wylewanie kubkiem wody z dziurawej łódki.
To gdzie należy szukać rozwiązania?
– Wysiłki Panoptykonu od lat skupiają się wokół atakowania algorytmów rekomendujących na platformach, czyli silnika, który wielokrotnie podkręca tempo, w jakim rozchodzą się nieprawdziwe informacje. To przez nie bardziej zniuansowana prawda przegrywa z dezinformacją w bitwie o zasięgi.
To przez algorytmy rekomendujące bardziej zniuansowana prawda przegrywa z dezinformacją w bitwie o zasięgi
Kto dziś ma większą władzę nad demokracją: politycy czy algorytmy?
– Mamy do czynienia z dewaluacją polityki. Coraz częściej nasi reprezentanci i reprezentantki oddają realną władzę zmieniania rzeczywistości w zamian za widoczność na platformach społecznościowych. Stają się produktem jak najlepiej skrojonym pod opartą na generowaniu zysku logikę platformy.
– Obserwując „żrące” na platformach niemerytoryczne, emocjonalne i prezentujące skrajne poglądy treści, sami zaczynają takie tworzyć. Wiemy, że zasięgi mogą przełożyć się na zwycięstwo w wyborach – tak było chociażby w Rumunii, gdzie pierwszą turę wyborów prezydenckich wygrał nieoczekiwanie prorosyjski kandydat „znikąd”.
Jak w takim razie politycy powinni odpowiedzieć na rosnącą władzę platform?
– Znacznie lepiej dla nas wszystkich byłoby, gdyby politycy zamiast romansować z opresyjnym, wyzyskującym nasze dane i uwagę systemem stworzonym przez platformy, skupili się na jego demontażu. Chociażby poprzez wprowadzenie podatku cyfrowego, wspieranie finansowe niezależnej od wielkich amerykańskich korporacji infrastruktury technologicznej rozwijanej w Europie czy przyjmowanie prawa, które pozwala osobom korzystającym z platform społecznościowych dochodzić swoich praw. Przypomnijmy, że Polska nadal nie wdrożyła zawetowanego w styczniu aktu o usługach cyfrowych (Digital Services Act, DSA), a opóźnienie może skutkować karami liczonymi w milionach euro.
Czy media społecznościowe są jeszcze mediami, czy już infrastrukturą polityczną państw?
– Jako podstawowy kanał dotarcia do ogromnej części społeczeństwa platformy społecznościowe pełnią dziś funkcję krytycznej infrastruktury komunikacyjnej. Ani tradycyjne media, ani politycy i polityczki nie mogą sobie pozwolić na ich ignorowanie. Dlatego platformy te powinny podlegać regulacjom, które przynajmniej utrudnią wykorzystywanie ich do manipulowania nastrojami społecznymi i poglądami wyborców, szczególnie w kontekście wojny kognitywnej.
Jak miałoby to wyglądać w praktyce?
– Dzięki wprowadzeniu interoperacyjności użytkownicy i użytkowniczki Facebooka czy YouTube’a zyskaliby większy wpływ na to, co widzą i czego doświadczają na platformach. Mogliby wybrać innego dostawcę algorytmu rekomendacyjnego czy moderatora treści. Ustawić sobie taki „filtr” w mediach społecznościowych, który odpowiada ich potrzebom i wrażliwości.
– Poza domyślnym algorytmem, który serwuje hiperspersonalizowane, emocjonalnie drenujące treści, pojawiłyby się inne, służące innym celom niż maksymalizacja przychodów z reklam. Moglibyśmy np. wybrać strumień składający się z treści uprzednio sprawdzonych przez osoby zajmujące się fact-checkingiem, promujących dialog społeczny lub rzetelne dziennikarstwo. Zdecentralizowany system byłby także bardziej odporny na manipulacje.
Czy Unia Europejska idzie dziś w tym kierunku?
– Częściowo postulat interoperacyjności pojawia się już w unijnych regulacjach, przede wszystkim w akcie o rynkach cyfrowych (Digital Markets Act, DMA). Na razie dotyczy on jednak tylko wybranych usług i bardzo ograniczonego zakresu działalności platform. To dopiero pierwszy krok.
Która platforma jest dziś najbardziej niebezpieczna dla debaty publicznej – X, Facebook, TikTok czy YouTube?
– Mamy różne poszlaki, ale brakuje nam rzetelnych i reprezentatywnych danych, którymi dysponują jedynie same platformy. A one nie spieszą się z ich ujawnianiem. Z niezależnych badań wynika, że algorytmy największych platform dziś sprzyjają raczej prawicowym poglądom. Niekoniecznie dlatego, że same platformy są prawicowe, ale dlatego, że twórcy takich treści sięgają po najbardziej polaryzujące, radykalne argumenty. A właśnie takie najlepiej „działają” w systemach zoptymalizowanych pod zaangażowanie użytkownika.
– Wiemy, że YouTube najgorzej radzi sobie z usuwaniem szkodliwych treści, Meta z weryfikacją wieku użytkowników, a TikTok projektuje najsilniej uzależniające funkcje. Przy czym nasza wiedza nadal jest szczątkowa i poszlakowa. To trochę tak, jakby obserwować dym idący z komina i na tej podstawie spekulować, kto i czym pali w piecu.
Wiemy, że YouTube najgorzej radzi sobie z usuwaniem szkodliwych treści, Meta z weryfikacją wieku użytkowników, a TikTok projektuje najsilniej uzależniające funkcje. Przy czym nasza wiedza nadal jest szczątkowa i poszlakowa
Dlaczego dostęp do danych platform jest tak ważny?
– Zgodnie z DSA platformy muszą co roku raportować Komisji Europejskiej, jak radzą sobie z przeciwdziałaniem tzw. systemowym ryzykom – wśród nich jest m.in. rozpowszechnianie dezinformacji i szkodliwych treści czy zakłócanie procesów demokratycznych. Problem w tym, że te raporty są pełne okrągłych zdań i zapewnień, niepopartych danymi.
Gdyby jutro mogła pani zmienić jedną rzecz w Facebooku albo TikToku, co byłoby pierwsze?
– Zanim dostanę hiperspersonalizowaną papkę obliczoną na przykucie mnie do ekranu, chciałabym móc powiedzieć, po co dziś loguję się do tej usługi. Na przykład zobaczyć okienko, w którym mogę napisać: „jestem tu, bo chcę się zrelaksować”, „jestem tu, żeby się wyciszyć”, „jestem tu po prasówkę”, „jestem tu, żeby pogłębić swoją wiedzę o…”. Taka zmiana oznaczałaby, że platforma pracuje na moje cele i chce spełnić moje potrzeby, a nie że jestem dla niej cyfrową biomasą mieloną na dane po to, by jak najwięcej na mnie zarobić.
Czy gdyby Facebook powstał dziś, Unia Europejska powinna go dopuścić w obecnej formie?
– Nie, ponieważ jest to produkt niebezpieczny według naszych standardów.
Czy europejska „suwerenność cyfrowa” to realny projekt, czy bardziej polityczne hasło?
– To jest konieczność, nawet jeśli bardzo trudna w realizacji. W obecnej sytuacji geopolitycznej wielkie firmy technologiczne nie mogą pozostać neutralne wobec rywalizacji chińsko-amerykańskiej i agresywnych działań Rosji. A państwa europejskie nie mogą już udawać, że opierając się na infrastrukturze kontrolowanej przez amerykańskich czy chińskich dostawców, nie podejmują decyzji politycznych.
– Odkąd szefowie firm z Doliny Krzemowej otwarcie przyłączyli się do obozu Donalda Trumpa, nasza technologiczna zależność od ich infrastruktury z kategorii „problem ekonomiczny” przeszła do kategorii „problem egzystencjalny”.
Czy Europa zaczyna to rozumieć?
– Komisja Europejska zaczęła poważniej inwestować w niezależną infrastrukturę technologiczną i odważniej egzekwować prawo wobec Big Techu. Te działania nadal nie są tak zdecydowane, jak powinny być, ale idą w dobrym kierunku.
– Problem w tym, że w obecnej strategii jest zdecydowanie za dużo hype’u na AI, a za mało refleksji nad tym, jak odzyskać kontrolę nad platformami społecznościowymi i ich algorytmami.
Jaką rolę powinna odegrać Polska?
– Polska powinna wspierać zdecydowaną politykę Brukseli wobec Big Techu, bo bez wsparcia państw członkowskich Komisji może zabraknąć determinacji. Powinniśmy też sprawdzić stan własnych technologicznych fundamentów.
– W obecnej sytuacji geopolitycznej pierwszym celem inwestycji powinna być publiczna infrastruktura cyfrowa – nie tylko światłowody czy maszty telekomunikacyjne, ale również usługi chmurowe, protokoły komunikacyjne i algorytmy sztucznej inteligencji, które dają realną władzę nad informacją.
Rozmawiała Agata Sucharska

