
Cykl „13 pięter” Filipa Springera to felietony mieszkaniowe, w których autor – nagradzany pisarz, reporter, fotograf – mierzy się z kryzysem mieszkaniowym w Polsce (i nie tylko). Na łamach Interii opisuje, jak nam się mieszka, w skali mikro i makro, i co można z tym wszystkim zrobić.
Co takiego napisałem na Facebooku? Ano to, że Szczecin jest zadziwiająco konsekwentny w niszczeniu tego, co jest zwykle najcenniejsze w każdym mieście – terenów nad wodą, czyli waterfrontu.
Właśnie tam bowiem, niemalże naprzeciwko wyjścia z dworca i w miejscu widocznym z daleka upchano kilka wątpliwej urody bloków mieszkalnych. Trzy z nich mają swoją formą nawiązywać do architektury „morskiej” – przy odrobinie dobrej woli zobaczymy w nich sylwety wycieczkowców stojących przy nabrzeżu.
Nie jest to pomysł ani nowy, ani oryginalny, ani już na pewno dobrze i przekonująco wykonany. Dwa kolejne budynki przypominać już niczego nie mają. To po prostu betonowe grzmoty, które zostaną w przyszłości obłożone szkłem. Budowa jeszcze tam trwa, ale to, co już ukończono, oczywiście nijak się ma do wizualizacji, jakimi mamił inwestor wraz z architektami.
Poza estetyką zwraca tu uwagę także brak jakiejkolwiek zieleni, mikroskopijne przestrzenie wspólne, bardzo intensywna zabudowa. Zastanawia, w jaki sposób mieszkańcy tych budynków będą się co rano wydostawać z wyspy na pobliski most i dalej do miasta. Spodziewać się tu można permanentnych korków i komunikacyjnego zawału.
Podsumowując – komunikat, jaki z tego widoku płynie, brzmi moim zdaniem tak: witajcie w latach 90.
O odwadze w architekturze
Cały ten nieszczęsny zespół to dwie inwestycje – za jedną z nich stoi Atal, za drugą lokalny deweloper Siemaszko. Projekt opracowała pracownia FBA Szczecin. W moim poście napisałem, że za zbrodnie tego rodzaju dokonywane na miejskim krajobrazie architektom powinno się odbierać uprawnienia.
Nie byłoby w tej historii być może dla Państwa nic ciekawego, gdyby nie fakt, że głos w dyskusji zabrali architekci wywołani do tablicy przez serwis Property Design.
– Odważni pionierzy działań inwestycyjnych na Śródodrzu, jak prywatni deweloperzy czy wspomagający ich architekci, powinni być powszechnie doceniani i szanowani za ich odważne decyzje – powiedział serwisowi Ryszard Burbicki z FBA Architekci.
I ta wypowiedź jest już dobrą okazją, by przyjrzeć się temu, co też z architekturą się współcześnie dzieje. Nie tylko tą w Szczecinie, ale w całej Polsce. O jakiej bowiem odwadze możemy tu mówić? Już w deweloperskich przedszkolach uczą bowiem małych deweloperków, że tereny nad wodą są najbardziej atrakcyjne z inwestycyjnego punktu widzenia. Również w Szczecinie.
Inwestowanie tutaj nie jest więc żadnym aktem odwagi, a czystym koniunkturalizmem. Odważne to jest w tym mieście Towarzystwo Budownictwa Społecznego – wzorcowe i podawane za przykład w całej Polsce za inwestycje prospołeczne oraz budowanie na działkach, na których boją się inwestować prywatni deweloperzy.
Szczeciński TBS robi to w dodatku w standardzie niedostępnym komercyjnym inwestorom. Prowadzi też programy rewitalizacji śródmiejskich kamienic. To jest odwaga – a nie gęste budowanie na działkach z widokiem na wodę.
Nie mniej ciekawa jest tutaj też myśl o roli architektów w tym procesie. Wizja zarysowana przez Ryszarda Burbickiego jest dość optymistyczna. Znakomity holenderski architekt Rainer de Graaf napisał kiedyś, że najlepiej strzeżoną tajemnicą architektów jest przedstawiać „swoją podległość jako sprawczość”.
A ćwiczeniem, w którym reprezentanci tego zawodu muszą się nieustannie doskonalić, jest „odkładać na później, a najlepiej na zawsze odpowiedź na pytanie, kto tu kogo tak naprawdę potrzebuje”. W konkluzji de Graaf pyta: „Jak długo uda nam się jeszcze obnosić z niezbędnością naszego zawodu, zanim spadnie na nas wina za to, co wyprawiamy w jego imieniu?”.
Oczywiście taki stan rzeczy nie bierze się znikąd. De Graaf zauważa, że intelektualny i etyczny uwiąd architektury stał się dojmujący szczególnie wtedy, gdy ona sama została odkryta jako jedno z podstawowych narzędzi pomnażania kapitału. Budynki na szczecińskim nabrzeżu są tutaj doskonałym tego przykładem.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że spora część powstałych tu mieszkań nie będzie służyć nikomu do mieszkania. Będą one za to dosyć dobrą lokatą kapitału. Tak jak to się dzieje na Wyspie Spichrzów w Gdańsku, na tamtejszych terenach postoczniowych, w Krakowie czy właściwie każdym większym mieście.
To co z publicystycznym pazurem tak celnie nazwał Rainer de Graaf na czynniki pierwsze rozkłada też wybitny polski teoretyk architektury prof. Jacek Dominiczak. Od ponad roku w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim można słuchać jego wykładów zebranych pod wspólnym hasłem „Spragnieni miasta”.
Nie są to rzeczy ani proste w odbiorze, ani też też lekkie czy krótkie, a jednak w jakiś cudowny sposób każdorazowo gromadzą niemal komplet publiczności. Punktem wyjścia w refleksji prof. Dominiczaka jest obserwacja, że architektura oraz urbanistyka po trwającym już ponad sto lat eksperymencie modernistycznym straciły swoją teorię.
A w pustkę, jaka się w ten sposób wytworzyła, wkroczyła neoliberalna ekonomia. W efekcie architekturę zaczęliśmy sobie objaśniać argumentami ekonomicznymi i finansowymi (przy ich użyciu da się nawet objaśnić zasadność budowania tzw. mikroapartamentów).
Zrezygnowaliśmy natomiast z argumentacji zbudowanej na poczuciu piękna, użyteczności budynków, ich trwałości i symbolicznej mocy.
Jacek Dominiczak w swoich wykładach proponuje odzyskanie architektury poprzez stworzenie dla niej nowej teorii. Nazywa ją teorią architektury dialogicznej i miasta dialogicznego. Sięga tutaj po etykę dialogu rozwiniętą przez litewsko-francuskiego filozofa Emmanuela Levinasa.
Jednym z najbardziej znanych polskich propagatorów tej filozofii był ks. Józef Tischner. W dużym uproszczeniu chodzi tu o to, że podstawowym punktem etycznego odniesienia się jest dla człowieka Inny – czyli Drugi Człowiek. A etyka jest po prostu naszym byciem wobec Innych i braniem za nich odpowiedzialności.
Dominiczak w swoich tekstach i wykładach dokonuje przekładu myśli Levinasa, ocalałego z wojny litewskiego Żyda, na architekturę. I pokazuje, tak jak robił to podczas ostatniego wykładu na początku lutego, że tak ustawiona nowa teoria architektury nakazuje budynkom „brać się nawzajem w opiekę”.
Cóż by to miało znaczyć? Chodzi o odpowiedzialność architektów i inwestorów poszczególnych realizacji za to, by każdy kolejny akt rozbudowy miasta podnosił jakość życia jego mieszkańców, ale także kontynuował tworzoną przez to miasto opowieść używając tego samego języka, który Dominiczak nazywa czasem kodem.
Architekci, który stoją za projektem zabudowy Kępy Parnickiej w Szczecinie, nie użyli żadnego lokalnego języka, nie podjęli też wyzwania wytworzenia żadnej, specyficznej dla tego miejsca aury.
Nabrzeże wielkiego, portowego miasta z bogatą i często heroiczną historią potraktowali jak zasób, który należy skapitalizować pod dyktando inwestora. W wypowiedziach dla mediów podkreślają, że inwestycja „w najdrobniejszych szczegółach zgodna jest z obowiązującymi ustaleniami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego”.
I to jest w takich przypadkach najsmutniejsze – zbrodni na krajobrazie dokonywać można w Polsce w majestacie prawa. Choć wcale nie trzeba.












