Flota USA wreszcie szykuje się na Ormuz. Niszczyciele min wracają z dalekiego wygnania

W identyfikowaniu ruchów specjalistycznych okrętów floty USA bardzo pomocni są tak zwani „shipspotterzy”, czyli miłośnicy jednostek pływających. Ci z Singapuru i Malezji regularnie dokumentują przy pomocy aparatów amerykańskie okręty pojawiające się w rejonie strategicznej cieśniny Malakka, która łączy Ocean Indyjski z Oceanem Spokojnym.

Powrót ku cieśninie

8 i 10 kwietnia sfotografowane zostały między innymi dwa niszczyciele min typu Avenger, USS Chief i USS Pioneer, które zawinęły na dwudniowy postój w Singapurze. Po uzupełnieniu zapasów ruszyły na zachód, ku Oceanowi Indyjskiemu i – jak się można z dużym prawdopodobieństwem domyślić – Iranowi.

Oba okręty normalnie bazują w japońskim Sasebo i są przypisane do Floty Pacyfiku. Te dwa to połowa ze wszystkich specjalistycznych niszczycieli min, które zostały całej US Navy. Jeszcze jesienią ubiegłego roku było ich dwa razy więcej, bo 4 inne jednostki typu Avenger stacjonowały w Bahrajnie właśnie na wypadek problemów z minami na wodach Zatoki Perskiej. Ze względu na wiek i zużycie zostały jednak wycofane ze służby i odesłane do USA.

Kiedy wybuchła wojna z Iranem Amerykanie mieli na Zatoce Perskiej trzy nowe korwety typu Independence (owoc mało udanego programu okrętów do działania na wodach przybrzeżnych – LCS), które według oficjalnych zapewnień zostały wyposażone w równie nowe modułowe wyposażenie do poszukiwania i zwalczania min. Jednak tuż przed wybuchem wojny wszystkie trzy okręty zniknęły z Bahrajnu. Już w jej trakcie dwa odnaleźli „shipspotterzy” z Malezji. W końcu zacumowały na dłuższy postój w Singapurze. Trzeci według nieoficjalnych doniesień portalu „USNI News” przemieścił się do bazy Diego Garcia na Oceanie Indyjskim. Czyli wszystkie wycofano daleko z rejonu działań, ewidentnie nisko oceniając ich przydatność w warunkach tego konfliktu.

Ogólnie rzecz biorąc operacje poszukiwania i niszczenia min wymagają spokoju. Okręty wyspecjalizowane do tych działań nie są ani duże, ani mocno uzbrojone czy opancerzone. Nie są więc w stanie się bronić przed poważniejszym atakiem. Jednocześnie muszą poruszać się ostrożnie i powoli, aby móc używać swojego specjalistycznego wyposażenia. Próba usuwania min w warunkach, kiedy ktoś może do tych okrętów strzelać, wiązałaby się ze sporym ryzykiem. Amerykanie ewidentnie nie chcieli go ponosić. Teraz, w warunkach kruchego, ale jednak zawieszenia broni, zaistniały warunki do ich użycia. Dlatego dwa Avengery zmierzają ku Zatoce Perskiej. Co więcej, jeden z dwóch okrętów typu Independence wyszedł z Singapuru gdzieś na początku kwietnia i ostatni raz publicznie zameldował swoją pozycję 3 kwietnia, idąc na zachód ku Oceanowi Indyjskiemu. Do dzisiaj mógł już dotrzeć w rejon Morza Arabskiego i cieśniny Ormuz.

Oczyszczanie z niewidzialnego zagrożenia

Jest więc ewidentne, że korzystając z zawieszenia broni, Amerykanie zabrali się za sprawdzenie i ewentualne oczyszczenie szlaku żeglugowego przez cieśninę Ormuz. Do tego gromadzą siły, które pozwolą im go kontrolować pod kątem obecności min w dłuższej perspektywie. Nie wiadomo tak właściwie, ile ich Irańczycy mogli tam postawić i czy w ogóle jakieś. Miny są bronią bazującą na niepewności. Wystarczy sama groźba ich obecności, aby istotnie wpłynąć na ruchy przeciwnika i neutralnych statków, co widzieliśmy na przestrzeni ostatniego 1,5 miesiąca. Nikt się na żadną nie nadział ani żadnej nie widział. Nikt jednak nie zagwarantuje, że ich tam nie ma. Musi to dopiero zrobić flota USA, przeczesując cieśninę i wysyłając na nią swoje okręty, aby właściciele statków uwierzyli.

Pierwszy krok w tym kierunku najpewniej minął niezauważenie. Amerykanie niedługo po zawieszeniu broni 8 kwietnia, albo nawet przed nim, mogli wysłać na wody cieśniny drony i śmigłowce z omańskiego wybrzeża. Mają odpowiednie rozwiązania, pozwalające poszukiwać min w ten sposób. US Navy ma 16 kompanii do zwalczania min liczących do około 30 ludzi, każda wyposażona w drony. Całość nadaje się do przewożenia ciężkimi samolotami transportowymi i użycia w odległych rejonach bez wykorzystania pełnoprawnych okrętów. Flota US ma też na wyposażeniu specjalistyczne śmigłowce MH-60 i MH-53, które mogą wykrywać i niszczyć miny z powietrza.

Te wstępne poszukiwania musiały pójść na tyle obiecująco, że 11 kwietnia zaryzykowano krok drugi, czyli wysłanie przez cieśninę na Zatokę Perską dwóch niszczycieli typu Alreigh Burke. To duże i drogie okręty, które nie mają dedykowanego wyposażenia do poszukiwania i zwalczania min. Ich przejście przez cieśninę Ormuz było więc teoretycznie ryzykowne, a flota USA do tej pory pokazywała, że ma bardzo małą tolerancję dla ryzyka. Musiała być więc niemal pewna, że na miny się nie nadzieją.

Trzecim etapem może być systematyczne i bardzo dokładne przeczesanie całej cieśniny przy użyciu między innymi okrętów typów Avenger i Independence, najwyraźniej zmierzających w jej kierunku. Być może to przywróci zaufanie ze strony armatorów i odblokuje ruch. Bo sama pokazowa operacja niszczycieli tego nie osiągnęła.

Gromadzenie sił ciąg dalszy

Kompleksowe otwarcie cieśniny wymaga jednak utrzymania zawieszenia broni. Z tym może być problem, biorąc pod uwagę dotychczasowe niepowodzenie negocjacji oraz jednoczesne ogłoszenie przez Waszyngton swojej blokady morskiej Iranu. Ten nie ma możliwości jej bezpośrednio przeciwdziałać, może więc uciec się ponownie do pośredniego wywarcia presji na USA na przykład blokowaniem ruchu w cieśninie. Możliwy jest scenariusz, że obie strony nie wrócą do pełnoskalowej wojny, ale ograniczą się do starcia na ograniczoną skalę na morzu. W takich warunkach US Navy być może zaryzykuje bardziej zdecydowane działania u wybrzeży Iranu.

Amerykanie gromadzą ku temu siły, które nie ograniczają się tylko do wspomnianych okrętów do zwalczania min. Ku Iranowi płynie kolejny zespół uderzeniowy skupiony wokół lotniskowca atomowego USS George W. Bush. Aktualnie jest u wybrzeży Namibii. Przemieszcza się ku Morzu Arabskiemu długą drogą wokół Afryki, być może chcąc uniknąć ewentualnych problemów na Morzu Czerwonym ze strony proirańskich Hutich w Jemenie. Na miejsce dotrze najpewniej pod koniec miesiąca, gdzie dołączy do drugiej grupy z lotniskowcem na czele.

Amerykanie nie rozpuszczają więc sił zgromadzonych na wojnę z Iranem. Są one nawet zwiększane i na pewno przechodzą intensywny okres odpoczynku, napraw, remontów i uzupełniania zapasów amunicji.

Udział