
-
Donald Trump skutecznie wymusza ustępstwa na Unii Europejskiej, wykorzystując silną pozycję wobec Niemiec.
-
Sytuacja gospodarcza Niemiec pogarsza się, a kraj traci konkurencyjność wskutek problemów energetycznych i spadków eksportu.
-
Kanclerz Freidrich Merz stara się stabilizować sytuację przez umowy handlowe i reformy, lecz Niemcy pozostają podatne na presję USA.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
„Jeśli nie możecie nic zrobić z Europą, to przynajmniej zróbcie z Niemiec swojego partnera” – za to zdanie na kanclerza Niemiec Friedricha Merza spadły gromy nawet w RFN. Choć stanowiło ono logiczną reakcję na ogłoszoną w grudniu nową strategię bezpieczeństwa USA. Jak zauważył Merz „Europa może być partnerem” Stanów Zjednoczonych, ale przecież administracja Trumpa nie zamierza traktować jej jako całość, tylko układać sobie relacje z poszczególnymi państwami Unii. Zatem naturalną ambicją Berlina staje się wzięcie na siebie roli reprezentanta Wspólnoty. Nawet jeśli inni jej członkowie niekoniecznie mieliby na to ochotę.
Po gromkich głosach krytyki Merz już się pilnuje i w kolejnych przemówieniach akcentuje kwestię jedności Unii oraz nauczenia się przez nią prowadzenia polityki z pozycji siły. Jednak w praktyce zarówno Berlinowi jak i Waszyngtonowi opłaca się obecnie wcielić w życie to, co początkowo zaproponował. Pomimo słabnięcia Niemcy nadal zachowują zdolność forsowania w UE strategicznych zwrotów, wykonywanych po myśli Berlina. Najlepszym tego przykładem jest doprowadzenie do finału, pomimo sprzeciwu Francji, umowy o wolnym handlu z krajami grupy Mercosuru.
Różnica w podejściu Francji i Niemiec do polityki Stanów Zjednoczonych staje się coraz mocniej widoczna. Gdy prezydent Trump wzmógł presję na Danię i inne kraje UE odnośnie oddania Stanom Zjednoczonym Grenlandii, Emmanuel Macron natychmiast zaczął rwać się do bitki. Jako pierwszy zaapelował o uruchomienie unijnego mechanizmu ACI (Anti-Coercion Instrument). Posługując się nim, Wspólnota mogłaby poważnie utrudnić dostęp do swego rynku towarom i usługom oferowanym przez amerykański firmy. Podczas szczytu w Davos Macron nie odpuszczał, snując wizję zastąpienia relacji politycznych i ekonomicznych z USA, zbliżeniem z Chinami.
Dzień później kanclerz Merz chwalił prezydenta Trumpa za obietnicę rezygnacji z aneksji Grenlandii przy użyciu siły oraz wycofanie się z nałożenia ceł na kraje wspierające Danię.
– Pomimo całej frustracji i gniewu ostatnich miesięcy, nie spieszmy się z odrzuceniem partnerstwa transatlantyckiego – apelował kanclerz. Kolejny apel dotyczył spraw ekonomicznych.
„Merz argumentował, że Europa musi zawrzeć nowe umowy handlowe na całym świecie, aby zwiększyć swoją konkurencyjność gospodarczą” – donosił 22 stycznia portal „Politico”. Na podsumowanie kanclerz wspomniał jeszcze o umowie z Mercosuru i decyzji Parlamentu Europejskiego o odesłaniu jej do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
– Nie damy się zatrzymać. Najprawdopodobniej to porozumienie zostanie tymczasowo wprowadzone w życie – oznajmił. – Jeśli Komisja Europejska wykaże dość determinacji, to faktycznie tak będzie. Nawet jeśli swoje wielkie oburzenie okaże nie tylko Parlament Europejski, ale też i Francja.
Zatem Merz jest blisko wyjścia obronną ręką z kilku opresji. Niemiecka gospodarka dostaje nadzieję na głębszy oddech w postaci umowy z Mercosuru. Chwilowo zażegnano groźbę nałożenia przez Stany Zjednoczone nowych ceł. Zelżało napięcie w relacjach transatlantyckich z powodu Grenlandii. Dla Berlina to chwila ulgi, lecz przecież żadna z tych kwestii nie została ostatecznie rozstrzygnięta. I jedyne co pewne, że Donald Trump ma coraz mocniejsze karty.
Niemcy są najsłabszym ogniwem Unii Europejskiej, choć przecież dzięki sile swej gospodarki i politycznym wpływom posiadają taką zdolność koalicyjną, iż skutecznie forsują to, czego chcą. Stworzenie przeciwko nim mniejszości blokującej, podczas głosowań na forum Rady Europejskiej okazuje się piekielnie trudne. Jeszcze trudniej sprawić, żeby Komisja Europejska działała niezgodnie z ich interesem. A jednocześnie obecna sytuacja ekonomiczna RFN jest taka, że pójście na zwarcie z Trumpem, przyniosłoby Berlinowi boleśniejsze skutki, niż pójście Warszawy na noże z Komisją Europejską.
Chcąc to sobie uświadomić, musi się najpierw zauważyć, że Stany Zjednoczone są dla RFN kluczowym rynkiem zbytu. Nikt więcej od Amerykanów nie kupuje wszystkiego co niemieckie. Dzięki temu przez cały XXI w. RFN odnotowywało olbrzymią nadwyżkę handlową. W roku 2024 niemiecki eksport do USA zamknął się kwotą 161,3 mld euro i nadwyżką we wzajemnych obrotach w wysokości 70 mld euro. Ale z początkiem nowego roku władzę objął prezydent Trump i zainicjował proceder wymuszania kolejnych korzyści dla Ameryki, używając taryf celnych jako narzędzia szantażu. Głównie za ich sprawą – wedle szacunków niemieckiej agencji rządowej Germany Trade and Invest – w 2025 r. eksport do USA zmalał aż o 8 proc. Nie bolałoby to tak mocno, gdyby sprawdziły się prognozy sprzed dekady, iż Chiny z czasem staną się kluczowym rynkiem zbytu dla RFN. Tymczasem dzieje się odwrotnie i niemiecki eksport do Państwa Środka w ubiegły roku spadł aż o 10 proc.
Rząd Merza te dwa ciosy mógłby przyjąć ze spokojem, gdyby sytuacja ekonomiczna kraju pozostawała stabilna. Ale taka nie jest.
„Konkurencyjność niemieckiego przemysłu osiągnęła nowy poziom minimum” – przekazał w listopadzie 2025 monachijski Instytutu Badań nad Gospodarką (Ifo), publikując wyniki swoich okresowych badań. Wynikało z nich, że aż 36,6 proc. firm odnotowało spadek konkurencyjności swoich produktów względem tego, co oferowali konkurenci spoza UE. Acz w bardzo energochłonnej branży chemicznej spadek ów dotknął aż 51 proc. firm. Niewiele lepszą kondycją wykazywały się przedsiębiorstwa z branż:
-
motoryzacyjnej,
-
maszynowej,
-
elektronicznej.
Nigdy wcześniej Ifo nie odnotowało aż tak złego wyniku.
Zapaść konkurencyjności dotyczy dokładnie tych producentów, dzięki którym RFN od ćwierć wieku odnotowuje wielkie nadwyżki handlowe. Dla kraju budującego swój dobrobyt w oparciu o handel zagraniczny, z głównym jego elementem w postaci eksportu wysoko przetworzonych dóbr, to przerażające nowiny. Bardziej przerażający jest już tylko Donald Trump, dzierżący w dłoniach gruby kij w postaci taryf celnych.
Czas na złapanie oddechu i elektryfikację
– Wycofywanie energii jądrowej było poważnym błędem strategicznym – oznajmił kanclerz Freidrich Merz, podczas noworocznego przyjęcia dla przedsiębiorców w Hall. Choć to, co dodał na temat niemieckiej transformacji energetycznej, brzmiało jeszcze ciekawiej.
– Nie znam żadnego innego kraju, który czyniłby ją tak trudną i kosztowną jak Niemcy. Postawiliśmy sobie cel, który teraz musimy skorygować, ale po prostu nie mamy wystarczającej mocy wytwórczej energii – wyjaśnił kanclerz. Nie dodał niestety, iż w sztuce strzelania sobie w stopy i oferowania „grubego kija” na siebie Amerykanom, okazali się Niemcy mistrzami świata. Kanclerz zapewne zajrzał do zestawień federalnego urzędu statystycznego.
Dowiedzieć się z nich można, iż jeszcze w 2017 r. niemieckie koncerny energetyczne potrafiły dostarczyć odbiorcom 652,33 terawatogodzin energii elektrycznej. W roku 2024 było to już tylko 431,7 TWh. Likwidując wszystkie elektrownie jądrowe i kolejne węglowe oraz skupiając się na inwestowaniu w OZE, państwo nieniemieckie dokonało na sobie bezprecedensowej w świecie… deelektryfikacji. Bez prowadzenia wojny i bombardowań wroga zmniejszyło zdolności do wytwarzania prądu przez swój system energetyczny o 33 proc! Jednocześnie po kryzysie energetycznym w 2021 ceny prądu w RFN wzrosły dwukrotnie.
Likwidując wszystkie elektrownie jądrowe i kolejne węglowe oraz skupiając się na inwestowaniu w OZE, państwo nieniemieckie dokonało na sobie bezprecedensowej w świecie… deelektryfikacji.
Dlatego Merz tak strasznie potrzebuje czasu i spokoju, żeby móc posprzątać katastrofalny bałagan odziedziczony po poprzednikach. Od nowego roku ponad 26 mld euro rząd przeznaczy na subsydia, mające obniżyć ceny prądu. To powinno dać trochę oddechu firmom z najbardziej energochłonnych branż i poprawić ich konkurencyjność.
Poza tym 15 stycznia 2026 rząd Merza ogłosił porozumienie z Komisją Europejską. Dała ona przyzwolenie na sfinansowanie z budżetu RFN nowych elektrowni gazowych. Do 2031 r. ma powstać cała sieć nowych o łącznej mocy 12 GW.
Nota bene to powinno sprawić, że Donald Trump uśmiechnie się jeszcze szerzej. Już obecnie połowa skroplonego gazu dostarczanego do Europy pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Ten uśmiech poszerzyć potrafi jedynie oficjalny biuletyn amerykańskiej Międzynarodowej Agencji Handlu (ITA). A wyczytać z niego można, iż: „Amerykańskie LNG stanowi obecnie około 90 proc. niemieckiego importu LNG”.
Oczywiście Merz niekoniecznie podziela z Trumpem jego powody do zadowolenia. Wnioskować tak można z miotania się kanclerza. Umowa z Mercosuru i procedowana umowa o wolnym handlu UE z Indiami powinny w dłuższym okresie czasu dać szansę na głębszy oddech niemieckim firmom. Poprawiając ich wyniki finansowe i konkurencyjność.
Temu samemu celowi służą coraz częściej pojawiające się zapowiedzi płynące z CDU o nadciąganiu głębokiej modyfikacji obostrzeń Zielonego Ładu, nałożonych na gospodarkę Niemiec. Jednak nawet natychmiastowe reformy i inwestycje zaczną przynosić efekty dopiero za kilka lat. Do tego czasu to prezydent USA będzie miał pod ręką cały zestaw „grubych kijów”, zdatnych do tego, by móc mocno przywalić Berlinowi. Z trzema najgrubszymi w postaci:
-
taryf celnych,
-
surowców
-
oraz gwarancji militarnych.
Jeśli Merz zdecydowałby się na zwarcie i nimi oberwał, wówczas RFN jeszcze szybciej zacznie się staczać po ekonomicznej równi pochyłej. Tracąc swą dominującą pozycję w Unii. Dlatego też do żadnego zwarcia nie dojdzie. Ale znając naturę Trumpa, należy spodziewać się kolejnych szantaży i wymuszeń. Chociażby wymuszenia wieczystej dzierżawy Grenlandii.












