
Cykl „13 pięter” Filipa Springera to felietony mieszkaniowe, w których autor – nagradzany pisarz, reporter, fotograf – mierzy się z kryzysem mieszkaniowym w Polsce (i nie tylko). Na łamach Interii opisuje, jak nam się mieszka, w skali mikro i makro, i co można z tym wszystkim zrobić.
Mężczyźni, szczególnie ci z dwóch skrajnych grup wiekowych: 18-24 lata oraz powyżej 66. roku życia, częściej niż kobiety angażują się w opiekę nad bliskimi. Tak przynajmniej wynika z najnowszego raportu Otodom „Męskie oblicza szczęścia”, który wziął pod lupę ewoluujące w polskich domach męskie role.
To zaangażowanie mężczyzn w obowiązki opiekuńcze zwróciło moją uwagę – było czymś wyraźnie nowym. Podzieliłem się więc tymi danymi na Facebooku. To, co wydarzyło się później, dało mi mocno do myślenia.
„Ciekawe kto się kim faktycznie opiekuje w takich konfiguracjach, kto komu gotuje i pierze w większości przypadków – jeśli mówimy o 30-latkach i np. ich rodzicach w wieku przedemerytalnym” – napisała A.
„Częściej zajmują się swoimi rodzicami i dziadkami, czy tak uzasadniają to, że będąc dorosłymi dalej mieszkają z nimi w domu?” – ironizowała N.
Podobnych komentarzy było więcej. Wszystkie zostały napisane przez kobiety. Warto tu dodać, że ten wątpiący ton jest historycznie i statystycznie uzasadniony. Większość wcześniejszych badań wskazuje, że to kobiety wykonują lwią część pracy opiekuńczej, nie tylko wobec dzieci, ale też w odniesieniu do starzejących się rodziców i dziadków.
Według najnowszych raportów Eurofound (2024/2025) w skali całej Unii to kobiety stanowią blisko 60 proc. wszystkich nieformalnych opiekunów. W Polsce dysproporcja ta jest jeszcze wyraźniejsza – z danych sieci Eurocarers wynika, że odsetek kobiet wśród nieformalnych opiekunów sięga u nas 65-66 proc.
Cóż więc dziwnego w tym, że czytelniczki wyraziły wątpliwość w ustalenia raportu Otodom? Pewnie nic, gdyby nie fakt, że większość z tych komentarzy pojawiła się w czasie krótszym niż ten potrzebny na pobranie i przejrzenie dokumentu.
Tymczasem nawet pobieżna lektura pozwala wyrobić sobie znacznie bardziej zniuansowane zdanie.
Przede wszystkim – sami autorzy raportu są uważni na własne ustalenia i osadzają je w szerszym, mieszkaniowym i społecznym kontekście. Wynika z nich jasno, że mężczyźni opuszczają dom rodzinny w wieku około 27,7 lat, czyli średnio o dwa lata później niż kobiety. Co więcej, aż 25 proc. badanych mężczyzn nie zmieniło miejsca zamieszkania od urodzenia.
Socjologowie nazywają dorosłe osoby mieszkające z rodzicami „gniazdownikami„. Stereotypowo przyjmuje się, że młode kobiety zostają w domu z konieczności (brak alternatywy mieszkaniowej, opieka nad bliskimi), a faceci z czystego lenistwa i wygodnictwa. To bardzo wygodny stereotyp.
Jak pomagają młodzi mężczyźni?
Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Młodym mężczyznom – nawet tym ze średnim wykształceniem zawodowym – często łatwiej jest znaleźć dobrze płatną pracę w mniejszej miejscowości. Nie muszą wówczas migrować do większego ośrodka. Można to nazwać uprzywilejowaniem, ale tylko wówczas, gdy zapomnimy, że osoby takie gdy już tę pracę znajdą, wpadają w potężną lukę czynszową.
Zarabiają za dużo, aby starać się o mieszkanie komunalne (o ile takie w ogóle jest w zasobie gminy), a zbyt mało, by coś kupić albo wynająć. Z badań CBOS wynika, że powody pozostania w domu są na wskroś pragmatyczne.
Połowa ankietowanych wskazuje na brak własnego mieszkania, niemal tyle samo twierdzi, że odkłada pieniądze na samodzielne życie, a 42 proc. ceni sobie niższe koszty utrzymania. Zaledwie 4 proc. jako powód podaje brak pracy.
Tutaj docieramy do sedna facebookowego oburzenia. Kobiety w komentarzach zakładają, że „opieka” to gotowanie zupy, pranie i codzienna krzątanina. I mają rację – tę pracę nadal częściej wykonują matki. Ale raport Otodom zwraca uwagę na to, że męska opieka, zwłaszcza w grupie 18-24 lat, jest wyrażana inaczej.
Ma ona charakter wysoce praktyczny i zadaniowy. Obejmuje organizowanie transportu, wsparcie w ciężkich pracach fizycznych, rozwiązywanie codziennych problemów czy pomoc w prowadzeniu gospodarstwa. Młody mężczyzna, uwięziony w rodzinnym domu, staje się darmowym zapleczem logistycznym.
Zauważyć zmianę, a nie „strzelać do siebie sarkazmem”
Musielibyśmy bardzo kurczowo trzymać się stereotypu gniazdownika-pasożyta, by uznać, że ogromna grupa młodych ludzi w Polsce siedzi w domach z rodzicami (z których, według danych, co piąty ma orzeczenie o niepełnosprawności) tylko po to, by mieć wyprane skarpetki i podany pod nos obiad ugotowany przez matkę/babcię.
Dom rodzinny to dla nich często nie darmowy hotel, ale jedyna mieszkaniowa opcja, w ramach której świadczą realną pomoc. Podawanie jej z automatu pod wątpliwość, albo nazywanie jej „mniej ważną”, tylko dlatego, że opiera się na wożeniu do lekarza czy rąbaniu drewna, a nie na gotowaniu, to potężne niedocenienie ich wkładu.
Europejskie trendy wskazują zresztą jasno – w najmłodszych grupach dorosłych różnice w zaangażowaniu w opiekę między kobietami a mężczyznami powoli, ale sukcesywnie maleją. W Polsce również.
Obecność opisywanego w raporcie Otodom „Młodego Opiekuna” tak naprawdę obnaża niewydolność systemu. Zanikają formalne formy wsparcia dla osób starszych, państwo nie radzi sobie z opieką senioralną, więc łata tę dziurę darmową pracą obywateli. Demografia jest nieubłagana, a ciężar ten będą musieli dźwigać w równej mierze mężczyźni, co już widać na horyzoncie.
Odmawiając mężczyznom prawa do nazywania ich pracy „opieką” (bo nie przypomina jeden do jednego kobiecej troski), zamykamy sobie drzwi do pożądanej zmiany społecznej.
Oczekujemy od mężczyzn zaangażowania, ale nie potrafimy go dostrzec ani docenić, jeśli nie pasuje do naszych wyobrażeń. Dyskusja o płci i obowiązkach w Polsce wciąż przypomina wojnę okopową. Wojnę, w której zamiast czytać dane, wolimy strzelać do siebie sarkazmem.












