
Kiedy w 1938 roku europejskie państwa oddały III Rzeszy Sudety, licząc, że to zaspokoi imperialne apetyty Berlina, Winston Churchill grzmiał, krytykując brytyjski rząd za kultywowanie polityki appeasementu (liczne ustępstwa wobec państw Osi w latach 1935-39 – red.): „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę. Wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”. Historia szybko pokazała, że przyszły brytyjski premier bezbłędnie ocenił sytuację.
Po tym, jak Donald Trump nową transzą ceł próbuje zaszantażować państwa UE, które wsparły Danię w sporze ze Stanami Zjednoczonymi o zachowanie integralności terytorialnej, w Unii coraz częściej słychać podobne głosy jak ten Churchilla sprzed 88 lat. Mówiąc wprost: polityka appeasementu wobec administracji Trumpa i chęć bycia „tym rozsądniejszym” w relacjach transatlantyckich nie zdaje egzaminu.
Co gorsza, kolejne ustępstwa i graniczące z naiwnością szukanie dialogu za wszelką cenę tylko ośmielają amerykańskiego prezydenta do sięgania po coraz więcej. Najnowsze „życzenie” to aneksja Grenlandii, a wobec sprzeciwu państw Starego Kontynentu Waszyngton zdecydował się na gnębienie sojuszników Danii do momentu, aż Europejczycy pozwolą Stanom Zjednoczonym przejąć arktyczną wyspę.
Grenlandia. Ultimatum Trumpa dla Starego Kontynentu
Donald Trump swoje plany obwieścił światu wieczorem 17 stycznia. W tradycyjny dla siebie sposób, czyli wpisem na platformie Truth Social.
Clou decyzji amerykańskiego prezydenta sprowadza się do nałożenia, począwszy od 1 lutego, dodatkowych 10-procentowych ceł na eksport ośmiu europejskich krajów do Stanów Zjednoczonych.
Powód: wsparcie przez siedem państw Duńczyków w konflikcie z Amerykanami o przejęcie Grenlandii i wysłanie przez nie na arktyczną wyspę symbolicznej liczby wojskowych w ramach wspólnych ćwiczeń „Arctic Endurance”.
Co więcej, Trump podkreślił, że jeśli wspomniane państwa nie odstąpią od wsparcia Danii, a Stanom Zjednoczonymi nie uda się przejąć Grenlandii, od 1 czerwca dodatkowe cła wzrosną do poziomu 25 proc.
Trump przypiera Europę do muru. „Stawką jest pokój na świecie”
W swoim bardzo obszernym wpisie Donald Trump powtarzał słyszane już wcześniej elementy narracji o konieczności przejęcia Grenlandii. Podkreślał, że jeśli nie zrobią tego Amerykanie, uczynią to Rosjanie i Chińczycy. Ponownie stwierdził, że posiadanie Grenlandii przez Stany Zjednoczone to kwestia nie tylko bezpieczeństwa narodowego Ameryki, ale kwestia bezpieczeństwa całego świata.
Pojawiają się też jednak dwa nowe elementy. Pierwszy to swoisty rachunek wystawiony Danii i krajom Unii Europejskiej za dekady amerykańskiego wsparcia wojskowego. „Teraz, po całych stuleciach, nadszedł czas, aby Dania się odwdzięczyła – stawką jest pokój na świecie!” – grzmi Trump.
Żadne zastraszanie i groźba nie mogą na nas wpłynąć, ani w Ukrainie, ani na Grenlandii
Drugi nowy element to próba obrócenia wspólnych ćwiczeń „Arctic Endurance” w działanie wymierzone przeciwko Ameryce, NATO i globalnemu porządkowi. „Kraje te, biorąc udział w tej bardzo niebezpiecznej grze, wprowadziły poziom ryzyka, który nie jest możliwy do zaakceptowania ani utrzymania” – pisze Trump. Kompletnie ignoruje przy tym fakt, że wspomniane kraje są członkami NATO, wysłane siły są symboliczne (od kilku do kilkudziesięciu żołnierzy z każdego państwa), a sam Biały Dom domagał się od Europejczyków większego zaangażowania w sprawy bezpieczeństwa Arktyki.
„Cło to będzie należne i płatne do momentu zawarcia porozumienia dotyczącego pełnego i całkowitego zakupu Grenlandii” – zaznacza w swoim wpisie Trump. Dodaje też, że Stany Zjednoczone są gotowe do natychmiastowych negocjacji z Danią i każdym z pozostałych siedmiu objętych cłami państw.
Europejczycy solidarni, mówią Trumpowi: dosyć
Szantaż Donalda Trumpa podziałał na Unię Europejską jak czerwona płachta na byka. Być może dlatego, że w Brukseli wszyscy byli przekonani, że po zawarciu w drugiej połowie 2025 roku nowej umowy handlowej ze Stanami Zjednoczonymi – i to na warunkach jednoznacznie faworyzujących Amerykanów – Bruksela będzie mieć nieco spokoju z kolejnymi szarżami Trumpa. Nic bardziej mylnego.
Unia bardzo późno, ale w końcu zdaje sobie chyba sprawę, że to, co mówili w ostatnich miesiącach kolejni przedstawiciele administracji Trumpa (jak wiceprezydent J. D. Vance na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa) i to, co można było przeczytać w kluczowych amerykańskich dokumentach (jak nowa strategia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych) nie było ani dziełem przypadku, ani wyłącznie polityczną gadaniną.
Rzeczywistość wygląda dla UE brutalnie: Waszyngton nie chce zrywać relacji z Europą, ale uważa, że siłą może ją sobie całkowicie podporządkować. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że uważa Europę za słabszą gospodarczo i militarnie, a także podzieloną politycznie. Stąd chęć rozgrywania UE i prowadzenia bilateralnych relacji z członkami Wspólnoty zamiast rozmów z UE jako całością (w tym wariancie układ sił niebezpiecznie dla Ameryki się wyrównuje).
Waszyngton jest też przekonany, że – mówiąc potocznie – Unia Ameryce się nie odwinie. Ponownie rodzi się pytanie: dlaczego? Bo ma inną niż trumpiści, nastawioną na dialog, kulturę polityczną. Bo w swojej polityce działa długofalowo, a nie ulega emocjom czy chwilowym zachciankom. Wreszcie dlatego, że w obliczu rosyjskiego zagrożenia wciąż jest mocno zależna od Stanów Zjednoczonych w kwestii strategicznego bezpieczeństwa. Te wszystkie kwestie Trump i jego otoczenie chcą bezwzględnie wykorzystać do zdominowania UE.
Europejczykom znudziła się chyba jednak rola chłopca do bicia dla administracji Trumpa. Czołowi przywódcy odpowiedzieli na amerykańską groźbę zaskakująco jednomyślnie i zaskakująco asertywnie.
Emmanuel Macron stwierdził, że „groźby dotyczące ceł są nie do zaakceptowania”. Podkreślił, że „jeśli zostaną potwierdzone, to Europejczycy odpowiedzą na nie w sposób zjednoczony i skoordynowany”. „Żadne zastraszanie i groźba nie mogą na nas wpłynąć ani w Ukrainie, ani na Grenlandii” – tu francuski prezydent w dość oczywisty sposób porównuje metody Trumpa do tych, po które od lat sięga Władimir Putin.

„Nakładanie ceł na sojuszników za zapewnianie wzajemnego bezpieczeństwa partnerom w NATO jest całkowicie błędne” – to już fragment oświadczenia brytyjskiego premiera. Keir Starmer kwestię gospodarczego szantażu ma zamiar wyjaśnić bezpośrednio z amerykańskim prezydentem.
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz zapewnił z kolei, że „pozostaje w ścisłej koordynacji z europejskimi partnerami” i „wspólnie w stosownym czasie zadecydujemy o odpowiednich reakcjach”. Nawet ciesząca się względami Trumpa włoska premier Giorgia Meloni, która obecnie przebywa z wizytą w Korei Południowej, jednoznacznie skrytykowała posunięcie Trumpa: – Prognoza podniesienia ceł wobec krajów, które postanowiły wnieść wkład w bezpieczeństwo Grenlandii to błąd i ja tego nie podzielam.
„Bazooka handlowa” i chiński wzorzec
Wiele wskazuje na to, że tym razem na dialogu, negocjacjach i spotkaniach może się nie skończyć. W gronie państw unijnych po raz pierwszy w historii zupełnie na poważnie rozpoczęto dyskusję o możliwości i zakresie skorzystania z tzw. Instrumentu Przeciwdziałania Przymusowi (ang. Anti-Coercion Instrument).
Chodzi o specjalne narzędzie prawne przyjęte przez kraje UE w 2023 roku w obliczu rosnących napięć gospodarczych w relacjach z Rosją, Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Cel jego stworzenia i wykorzystania był prosty: zwiększenie konkurencyjności i bezpieczeństwa UE w relacjach gospodarczych z zewnętrznymi partnerami w sytuacjach, gdy ci sięgają po różnego rodzaju formy ekonomicznego nacisku i/lub szantażu wobec Unii.
Teraz, po całych stuleciach, nadszedł czas, aby Dania się odwdzięczyła – stawką jest pokój na świecie!
Zakres działania tego narzędzia wykracza poza standardowe formy handlowych działań odwetowych. Zakłada m.in. cła odwetowe wobec agresora, ograniczenia inwestycji z firm agresora na terenie UE, ograniczenie dostępu firm z agresywnego państwa do unijnych zamówień publicznych. Nie bez powodu w brukselskich kuluarach mówi się o tym narzędziu jako o „handlowej bazooce” w rękach Komisji Europejskiej.
Wniosek o wykorzystanie „bazooki” składa wspomniana KE, a decyzję podejmuje Rada Unii Europejskiej. W przypadku Stanów Zjednoczonych użycie tego narzędzia pozwoliłoby mocno uderzyć m.in. w amerykańskie platformy cyfrowe oraz amerykańskie inwestycje w Europie.
Na „handlowej bazooce” paleta odpowiedzi po stronie UE się jednak nie kończy. Już kilkanaście godzin po groźbie Trumpa w Brukseli wprost mówi się, że ratyfikowanie unijno-amerykańskiej umowy handlowej przez Parlament Europejski jest w takich okolicznościach wyjątkowo mało prawdopodobne.
Po stronie UE rośnie świadomość, że jeśli i tym razem Unia nie pokaże siły i nie wywalczy sobie podmiotowej pozycji w relacjach z administracją Trumpa, to pozostałe trzy lata jego kadencji będą dla Europy drogą przez mękę. Z drugiej strony, Europejczycy mają przykład Chin, które nie przestraszyły się wojny handlowej, którą wypowiedział im Trump. Zamiast tego odpowiedzieli mu tym samym, czyli siłą. Efekt był taki, że Trump szybko zasiadł do stołu negocjacyjnego, a dzisiaj relacje handlowe z Chinami są już o wiele spokojniejsze.
Ze strony UE już pojawiają się pierwsze sygnały. W niedzielę wieczorem „Financial Times” podał, że stolice europejskich państw rozważają nałożenie na USA ceł o wartości 93 miliardów euro lub ograniczenie udziału amerykańskich firm w unijnym rynku.
Tymczasem UE jest dla Ameryki największym i najważniejszym partnerem handlowym. Nikt nie jest w stanie zadać amerykańskiej gospodarce, a tym samym administracji Trumpa, takich strat jak właśnie Unia Europejska.
Jednak żeby to zrobić, UE musi uświadomić sobie własną siłę i zrozumieć potencjalne konsekwencje kolejnych ustępstw. Inaczej skończy się jak w pamiętnym wystąpieniu Churchilla: jeśli wybiorą hańbę, to od wojny (w tym wypadku handlowej) i tak nie uciekną.











