
Tomasz Lejman: Niektórzy politycy w Danii mówią, że środa zakończyła się lepiej niż zaczęła. Czy czuje się pani teraz bezpieczniej, wiedząc, że Donald Trump wykluczył opcję militarną co do Grenlandii?
Aaja Chemnitz: – Dobrze, że bezpośrednie zagrożenie na razie nie istnieje, ale uważam, że jest zbyt wcześnie, by opuszczać ramiona. Powinniśmy zawsze być proaktywni i zachowywać zdrowy sceptycyzm. W obecnej sytuacji musimy kierować się rozsądkiem, zwłaszcza pamiętając, jak w ciągu ostatniego roku Trump wypowiadał się o Grenlandii w sposób bardzo lekceważący wobec jej mieszkańców.
Dziś Trump mówi: „mam to, czego chciałem”…
– Uważam to za przesadę. Jeśli spojrzeć na uczestników tego spotkania, to po jego zakończeniu każda ze stron mówiła co innego. Ramy współpracy, zwłaszcza dla grupy roboczej, nie są jeszcze ustalone i wymagają dyskusji. Musimy jasno sformułować nasze przesłanie: nie wejdziemy do żadnej grupy roboczej, która rozważałaby zakup wyspy. Grenlandia nie jest na sprzedaż i nigdy nie będzie. To kończy tę dyskusję.
O czym więc w ogóle możecie rozmawiać?
– O wzmocnieniu obrony Grenlandii. Prosiliśmy o większe zaangażowanie NATO w tej kwestii. Musimy też monitorować zagrożenia w Arktyce, choć obecnie nie są one duże i płyną głównie z wewnątrz, a nie ze strony Chin czy Rosji.
Minister spraw zagranicznych Lars Løkke Rasmussen wspomniał o istnieniu „czerwonej linii”, jeżeli chodzi o rozmowy dotyczące Grenlandii. Gdzie ona przebiega dla pani?
– Czerwona linia to fakt, że Grenlandia nie jest na sprzedaż. Możemy rozmawiać o obronności, ale istnieje ogromna różnica między współpracą a kupnem kraju lub jego części – co jest całkowicie wykluczone. Musimy też przedyskutować kwestię amerykańskich baz. Kiedyś było ich tu 27, dziś została jedna. Amerykanie wyjechali, a rachunek za sprzątanie zostawili Duńczykom. To oburzające i obraźliwe. Widzę, że wielu ludzi dystansuje się od USA przez to, jak traktuje się Grenlandczyków. Mówienie o zakupie „dużego kawałka lodu” to brak szacunku. To jest nasz dom i przyszłość moich dzieci.
Musimy też przedyskutować kwestię amerykańskich baz. Kiedyś było ich tu 27, dziś została jedna. Amerykanie wyjechali, a rachunek za sprzątanie zostawili Duńczykom. To oburzające i obraźliwe
W Davos mówiło się o rozczarowaniu postawą Marka Ruttego. Jak pani ocenia jego rozmowy z Trumpem, o których wciąż wiemy niewiele?
– Można dyskutować o wiarygodności obu tych polityków. Większość z nas była zbulwersowana tym, co zobaczyliśmy. Słyszeliśmy dwie różne wersje tego spotkania. Chcę postawić sprawę jasno: jakiekolwiek decyzje o dostępie do minerałów na Grenlandii wymagają rozmów z rządem w Nuuk. Nie zgadzamy się na żadne ustalenia dotyczące nas bez naszego udziału. Jeśli chodzi o surowce, negocjacje z NATO są wykluczone. Przyszłość wyspy to sprawa dla Grenlandczyków oraz rządów Grenlandii i Danii.
Rozmawialiśmy rok temu, tuż przed wyborami na Grenlandii, nie w Kopenhadze, ale w Nuuk. Co się od tego czasu zmieniło w nastrojach społecznych?
– Temat pełnej niepodległości na razie zszedł na dalszy plan, skupiamy się na perspektywie krótkoterminowej. Sytuacja jest bardzo poważna i niepokojąca. To maraton, a nie sprint, dlatego musimy jak najdłużej opierać się naciskom Amerykanów. To test dla naszej współpracy z Danią, którą zawsze uważałam za najlepsze rozwiązanie dla wyspy. Musimy zapewnić sobie prawo do samodzielności. Żadna dyskusja o Arktyce nie może odbywać się bez nas.
Wtedy też rozmawialiśmy o zmianach klimatycznych i naturze na Grenlandii. Nie boi się teraz pani o środowisko i jak na nie wpłyną zapowiedzi Trumpa, który chce inwestować w przemysł wydobywczy na wyspie?
– Uważam, że w dobrobyt Grenlandii powinniśmy inwestować przede wszystkim sami oraz z naszymi sprawdzonymi sojusznikami z Danii, Europy i krajów skandynawskich. Sceptycyzm wobec intencji Stanów Zjednoczonych – zarówno w polityce, jak i wśród zwykłych ludzi – znacznie wzrósł w ciągu ostatniego roku.
Czy to oznacza, że mieszkańcy Grenlandii mają teraz większe zaufanie do Danii niż jeszcze rok temu?
– To zależy, kogo pan zapyta, w demokracji są różne opinie. Myślę jednak, że ludzie coraz lepiej rozumieją, że obecna sytuacja budzi niepokój. Dlatego potrzebujemy przyjaciół, którzy mają wobec Grenlandii czyste i dobre intencje.
Z Kopenhagi dla Interii Tomasz Lejman











