Marta Kurzyńska, Interia: Mateusz Morawiecki wybiera się do wrocławskiego Jagodna. Może tam kogoś politycznie zaczarować?
Grzegorz Schetyna, senator KO: – Aż mi się wierzyć nie chce, ale wygląda na to, że Mateusz Morawiecki próbuje budować własny projekt polityczny, wykorzystując symbole zwycięstwa koalicji demokratycznej z 2023 roku. Jagodno jest takim symbolem, podobnie jak data 15 października, w którą Morawiecki chce zorganizować marsz w Warszawie i powołać swoją partię.
Próbuje zagrać wam na nosie, sprowokować was?
– To ofensywny, przemyślany przez PR-owców projekt, który ma na celu pokazanie, że jest on realną alternatywą dla Koalicji Obywatelskiej.
A jest?
– Przede wszystkim to działanie marginalizuje Jarosława Kaczyńskiego i PiS.
Dlatego zaczyna od Jagodna?
– Morawiecki chce udowodnić wyborcy prawicowemu, że ma skuteczniejszy pomysł na walkę z rządem niż obecne kierownictwo jego partii. Kaczyński nie ma instrumentów, by licytować się na wizję linii tramwajowej na Jagodno; Morawiecki natomiast chce emanować nową energią.
Czy potraficie na to odpowiedzieć? Nie widać zbyt wielu reakcji na uderzanie w wasze symbole.
– Wszystko się dopiero zaczyna. Morawiecki nie jest jeszcze realnym przeciwnikiem dla Koalicji Obywatelskiej, ale walczy o pozycję hegemona po prawej stronie.
Może lekceważycie przeciwnika? A to nigdy nie kończy się dobrze.
– Kluczowe rozstrzygnięcia zapadną za ponad rok w wyborach parlamentarnych. Dzisiaj trwa polityczny wyścig o fotel lidera. Morawiecki robi wszystko, by w 2027 roku to on, a nie Kaczyński, był główną alternatywą dla obecnej władzy.
W pierwszych sondażach Morawiecki ma 7-8 proc. To więcej niż wasi mniejsi koalicjanci. Jest w stanie im zagrozić?
– To nie jest mało, zwłaszcza że przekracza próg wyborczy w każdym badaniu. Uważam jednak, że najpierw doprowadzi on do pęknięcia w samym PiS. Będzie konsekwentnie przejmował ich wyborców, pokazując, że Kaczyńskiemu brakuje politycznej wyobraźni i instynktu. Lider PiS może nie zauważyć momentu, w którym jego formacja na trwałe wyląduje poniżej 20 proc. poparcia. Na prawicy dojdzie do fundamentalnej zmiany układu sił.
– Kto pierwszy dotrze do prawicowego wyborcy ze świeżym pomysłem, ten zastąpi Kaczyńskiego. Co ważne, proces ten odbywa się przy współudziale prezydenta Karola Nawrockiego, któremu zależy na zakończeniu hegemonii Kaczyńskiego. Nawrocki i Morawiecki będą ze sobą współpracować, by osłabić obecnego lidera PiS.
Mateusz Morawiecki będzie wiarygodny dla młodych ludzi?
– Będzie próbował ich pozyskać. Najpierw podzieli elektorat PiS, a potem sięgnie po wyborców Trzeciej Drogi i Konfederacji. To dobrze przygotowany PR-owo projekt, rozpisany na miesiące kampanii, który realnie wpłynie na opinię publiczną.
Gdyby Jarosław Kaczyński nie postawił na Przemysława Czarnka nie byłoby rozłamu?
– Kaczyński przestrzelił, stawiając na radykalizm i polityków takich jak Przemysław Czarnek. Nie znalazł odpowiedzi na pytania młodego pokolenia, które wejdzie w dorosłość przy urnach za rok. Tę lukę chcą zagospodarować Morawiecki i Nawrocki.
Nie obawia się pan, że opisując Morawieckiego jako tak mocnego zawodnika, sami go wzmacniacie?
– Sytuacja jest dynamiczna i pierwszą ofiarą aktywności Morawieckiego będzie właśnie PiS. Łatwiej walczyć z radykalizmem Kaczyńskiego czy Brauna, który mobilizuje opinię demokratyczną.
Morawiecki jest dla was wyzwaniem?
– Morawiecki będzie operował innym językiem: konserwatywno-liberalnym, gospodarczym, chadeckim. To trudniejszy przeciwnik, dlatego strona demokratyczna musi przygotować mądrą kontrofertę i budować wzajemne zaufanie.
Myśli pan, że do tego nowego ugrupowania dołączą osoby spoza PiS?
– Myślę, że to głównie problem PiS. To ciekawe, bo początkowo mówiło się o wąskiej grupie współpracowników, ale skala pęknięcia może być większa. Kaczyński, który zawsze niszczył opozycję wewnętrzną, tym razem wydaje się bezradny.
– Zaangażowanie Nawrockiego daje Morawieckiemu gwarancję pewności siebie. W PiS narasta bunt przeciwko „polityce zamordyzmu” i bezwzględnej dyscyplinie narzucanej z góry. Tam jest masa ludzi skonfliktowanych z centrum, którzy czekają na zmianę.
Jaki model startu byłby najlepszy dla strony demokratycznej: jedna lista czy kilka?
– To trzeba dokładnie policzyć, ale osobiście skłaniam się ku dwóm listom: centrolewicowej i centroprawicowej. To pozwoliłoby szerzej zagospodarować spektrum wyborców. Prawa strona będzie rozbita i zajęta rywalizacją między sobą, co jest dla nas szansą. Musimy jednak oprzeć nasze relacje na zaufaniu.
Skoro o zaufaniu mowa, nie boicie się, że Polska 2050 wywinie wam numer i dogada się z Mateuszem Morawieckim?
– Trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś opuścił obóz demokratyczny dla projektu ludzi odpowiedzialnych za ruinę kraju przez osiem lat. Polska 2050 po ostatnich spadkach szuka na siebie pomysłu, ale historia premierostwa Morawieckiego – protesty kobiet, walka z pandemią – jest zbyt obciążająca.
Brzmi pan, jakby powątpiewał w koalicjanta. Oczekiwałby pan jasnego dementi, a nie polityki uchylonych drzwi?
– Każdy, kto zdecydowałby się na taką współpracę, musiałby nie rozumieć polityki. Jeśli ktoś odwróci się od wspólnego projektu list demokratycznych, de facto melduje się w obozie PiS, Nawrockiego czy Konfederacji.
Czy gdy wybuchła afera ze Szpitalem Południowym, pomyślał pan, że to sprawa, która może zatopić Koalicję Obywatelską?
– Sprawy ochrony zdrowia to obszar, na którym trudno wygrać wybory, ale bardzo łatwo je przegrać. Musimy gruntownie przebudować system, bo sytuacja, w której dokładamy ogromne pieniądze do NFZ, a jakość i dostępność usług się nie zmienia, jest nieakceptowalna.
– Patologią są zwłaszcza ogromne zarobki niektórych lekarzy przy jednoczesnym braku skrócenia kolejek. Musimy wprowadzić transparentność i kontrolę, by pieniądze nie budowały kominów płacowych, lecz realnie trafiały do pacjentów. Odpowiednie ustawy będą procedowane we wrześniu.
Kto w Koalicji Obywatelskiej może być nową „lokomotywą wyborczą”?
– Mamy nowych ministrów i wiceministrów, którzy sprawdzają się w pierwszej linii. Wielkim wyzwaniem będą też samorządowcy. Wielu prezydentów czy burmistrzów kończy swoje drugie kadencje i będą musieli podjąć strategiczne decyzje o przejściu do Sejmu lub Senatu.
Na przykład kto?
– Nie chcę w tej chwili wymieniać żadnych nazwisk. To dziesiątki przygotowanych osób, które mogą dać gwarancję dobrych wyników.
Koalicja Obywatelska ma krótką ławkę, dlatego chcecie sięgać po samorządowców?
– Nie o to chodzi. Chcemy sięgnąć po doświadczonych samorządowców, którzy doskonale znają potrzeby lokalnych społeczności i mogliby ich reprezentować na szczeblu centralnym.
Na ile kwestia narastających nastrojów antyukraińskich może zdominować najbliższą kampanię?
– Jarosław Kaczyński będzie chciał zrobić z kwestii ukraińskiej to samo, co zrobił z tematem migracji w 2015 roku – zbudować na tym zbiorową histerię. To czysty cynizm, który niszczy nasze relacje z sąsiadem. Będą próbowali grać na emocjach historycznych i socjalnych, by uderzyć w rząd.
Macie już pomysł jak na to odpowiecie, jeśli tak się stanie?
– Musimy na to odpowiadać rzetelną debatą. Z jednej strony twardo mówić o historii, o zbrodni wołyńskiej, za którą ukraińskie elity powinny przeprosić, ale z drugiej – tłumaczyć, co dla naszego bezpieczeństwa oznacza wojna w Donbasie i akcesja Ukrainy do UE. Musimy przeciwstawić argumenty cynizmowi Kaczyńskiego.
Widziałby się pan z powrotem w Sejmie?
– Na razie jestem w Senacie i nie patrzę na tę kampanię personalnie.
Ale wybory to kwestia bardzo personalna, szczególnie jeśli dotyczą kogoś osobiście.
– Bardziej interesuje mnie budowa całej konstrukcji wyborczej i optymalnych wariantów koalicyjnych.
Rozmawiała Marta Kurzyńska.













