
Na to i wiele innych pytań odpowiedział w specjalnej przedolimpijskiej rozmowie Konrad Niedźwiedzki. Jeszcze nie tak dawno jeden z najlepszych polskich panczenistów (wielokrotny mistrz Polski, medalista MŚ), od kilku lat już po tej „drugiej stronie”, pełniąc ważne role przy swoim ukochanym sporcie i ruchu olimpijskim.
Obecnie jest bowiem zarówno szefem polskiej misji olimpijskiej ZIO 2026 (wcześniej taką funkcję pełnił w Pekinie), jak i dyrektorem sportowym Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego. A mający obecnie 41 lat Niedźwiedzki ze swoim medalem z ZIO 2014 w Soczi, wciąż jest ostatnim polskim panczenistą (razem z kolegami z drużyny), który stanął na olimpijskim podium. Podobnie zresztą jak jego małżonka z koleżankami z drużyny, tyle tylko, że panowie 12 lat temu byli brązowi, a panie srebrne.
Do igrzysk nasz rozmówca ma zresztą sentyment pod wieloma względami. Oprócz sportowej rywalizacji (czterokrotny uczestnik, w latach 2006-18) czy obecnie wykonywanych, ważnych obowiązków, w 2010 roku Niedźwiedzki pełnił też zaszczytną funkcję chorążego polskiej reprezentacji olimpijskiej.
Rozmowa z Konradem Niedźwiedzkim, szefem polskiej misji olimpijskiej ZIO 2026 i dyrektorem sportowym Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego
Maciej Piasecki (Wprost.pl): Dziesięć medali podczas ME w Tomaszowie Mazowieckim, to wynik spodziewany, sytuacja ponad stan, czy mogło być lepiej?
Konrad Niedźwiedzki (były olimpijczyk i łyżwiarz szybki, medalista ZIO 2014): Myślę, że przede wszystkim zrealizowaliśmy plan dla naszej reprezentacji, drużyny, która startowała w Tomaszowie Mazowieckim. Na pewno jesteśmy zadowoleni.
Lepiej? Raczej trudno sobie wyobrazić taki scenariusz, w którym te mistrzostwa mogłyby się lepiej potoczyć dla Polski. Dziesięciu medali się nie spodziewałem. Sześć krążków było dosyć wysoce prawdopodobnych, głównie na podstawie wyników z Pucharów Świata. To jest to, co powinni przywieźć zawodnicy i takie były założenia. Wpadło jednak kilka dodatkowych medali. Cieszy też zwycięstwo w klasyfikacji medalowej, bo to się jeszcze nam nigdy w historii nie zdarzyło.
Fajnie, że miało to miejsce przy okazji imprezy rozgrywanej w Polsce.
Przy tym całym optymizmie związanym z wynikiem na ME, ja jestem w miarę spokojny. Nie panuje niewiadomo jaka euforia. To był kolejny etap w przygotowaniu do igrzysk olimpijskich. Cieszy to, że wszyscy zawodnicy ukończyli te mistrzostwa cali i zdrowi, bez urazów. W zasadzie jeszcze tydzień wcześniej Marek Kania zaliczył upadek w niemieckim Inzell, było dosyć groźnie, na dużej prędkości. Później ten sam zawodnik „poprawił” jeszcze w bandy już na torze w Tomaszowie, więc trochę się obawialiśmy, jak będzie wyglądał w trakcie rywalizacji. Dodatkowo Damian Żurek też trochę narzekał na przeziębienie, również w niemieckim Inzell wypadła mu jedna-dwie jednostki treningowe. Ale jednak przed własną publicznością, na swoim torze, nasi zmotywowali się podwójnie, przewalczając małe kryzysy i problemy. I to jest również ważne.
Dla mnie liczyło się przede wszystkim to, jak wyglądał styl, w którym osiągaliśmy zwycięstwa czy poszczególne wyniki czasowe. Łyżwiarstwo szybkie to bardzo wymierny sport. Wiemy, że jeśli ktoś pobija rekord toru, to naprawdę coś znaczy. A w Tomaszowie na torze mieliśmy w przeszłości duże imprezy, głównie Puchary Świata, kwalifikacje olimpijskie, generalnie jeździła u nas światowa czołówka. Tym bardziej takie rekordy można uznawać za naprawdę wartościowe wyniki.
Rezultaty trójki naszych liderów, czyli Damiana, Władimira i Kai – oni po prostu zrobili to, co mieli zrobić. Cieszy, że Marek wjechał w pięknym stylu na podium. Również powrót Andżeliki, która do tej pory nie jeździła tak, jak w poprzednim roku. To są te dodatkowe medale. Chociażby 1500 metrów Władimira, to nie jest jego dystans, on się specjalnie na to nie przygotowuje. Ale tutaj wystarczyło to na srebrny medal. Bieg drużynowy to również miła niespodzianka. Ruszamy jednak dalej, realizować kolejne założenia w drodze na te najważniejsze, olimpijskie starty.
Wspominał pan o niemieckim Inzell, gdzie w dniach 23-25 stycznia odbędzie się finałowy Puchar Świata. Czy tam będzie też ten ostateczny egzamin przedolimpijski, czy forma w łyżwiarstwie szybkim ma jednak inną specyfikę?
W łyżwiarstwie szybkim najważniejsze są starty same w sobie. My od 15 grudnia nie startowaliśmy w zawodach o stawkę. A to są jednak zupełnie inne realia niż taka rywalizacja testowa. Reprezentacja musi być w rytmie startowym i do tego wykorzystaliśmy mistrzostwa Europy, czy wykorzystamy wspomniany Puchar Świata.
W Inzell na pewno nie będziemy się nastawiać na jakieś śrubowanie wyników. Myślę, że one przyjdą podobnie, jak te podczas imprezy w Tomaszowie. Czyli z poziomu wyjściowego zawodników, który jest wysoki. Inzell nie jest startem docelowym, tylko kolejnym etapem. Zawody z lekką presją, pewnie nerwami, po prostu emocjami startowymi. Reprezentacji przyda się kolejne przetarcie przed igrzyskami.
Zimowe Igrzyska Olimpijskie tuż za rogiem. Drugi raz z rzędu będzie pan szefem misji olimpijskiej. Z kim łatwiej dogadać kwestie organizacyjne, ze stroną chińską przed czterema laty, czy teraz z włoską?
Na ten moment komunikacja czy korespondencja z komitetem organizacyjnym ZIO 2026 jest bardzo dobra. Mamy opiekunkę, która jest Polką i znajduje się we wspomnianym komitecie. Dzięki temu ten kontakt jest naprawdę bardzo płynny.
W przypadku igrzysk w Pekinie nie mieliśmy aż takiego przywileju. Teraz mamy ten komfort. Kinga, bo tak nazywa się nasza opiekunka z komitetu, spisuje się bardzo dobrze. Nie mamy żadnych zarzutów, cieszymy się z tej współpracy. Dodatkowo należy pamiętać, że są to igrzyska w Europie, więc ta strefa czasowa pod względem kontaktu jest łatwiejsza niż przed czterema laty w Chinach. Wszystko idzie zgodnie z planem.
Arena zmagań olimpijskich będzie sprzyjać polskim startom? Co przygotowali Włosi w kontekście rywalizacji w panczenach na igrzyskach?
To jest obiekt tymczasowy, bo całość będzie się rozgrywać w ogromnej hali EXPO. Ale jak już jest się w środku, to muszę powiedzieć, że całkiem dobrze to wygląda. Organizatorzy wykonali i zaplanowali to w przemyślany sposób. Jest kilka rzeczy, które po Pucharze Świata juniorów – będącym eventem testowym – było do dopracowania. Zostało to wskazane i mam nadzieję, że będzie wykonane na igrzyska.
Natomiast tak sportowo, to obiekt olimpijski nie posiada bardzo szybkiego lodu. Widzieliśmy po Salt Lake City czy Calgary, że zawodnicy z mniejszym doświadczeniem nie potrafią poradzić sobie w takich warunkach, dosyć odległych od tych europejskich. Więc w przypadku rywalizacji we Włoszech to będzie taki typowo nizinny lód. Z tego co widziałem na PŚ, jest podobny do tego tomaszowskiego, jeśli mowa o jego temperaturze. Tak że myślę, że dosyć dobrze powinniśmy się odnaleźć na olimpijskim torze. Obiekt i realia w nim panujące powinny działać na nasz plus.
Zresztą, my nie jesteśmy przyzwyczajeni do złotych klamek jak na Thialfie w Heerenveen. Dostosowujemy się do solidnego obiektu, a myślę że taki będzie na nas czekał na miejscu w Mediolanie.
Konrad Niedźwiedzki debiutował we Włoszech, jako zawodnik, na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 2006 roku – wówczas w Turynie. Jest sentyment do Italii?
Zdecydowanie! Bardzo dobrze wspominam tamte igrzyska, mój debiut, wyjątkowe przeżycie. Miałem 21 lat i to była pewnego rodzaju niespodzianka dla mnie, bo rozpoczynając sezon nie spodziewałem się awansu i ostatecznego wyjazdu do Turynu. Udało się jednak i tam są moje pierwsze myśli, wiele historii związanych akurat z Półwyspem Apenińskim. Sądzę, że my Polacy generalnie dobrze czujemy się we Włoszech. Wiadomo, jedzenie, sam klimat. To wszystko może mieć znacznie.
Wiem, że na dobrym poziomie jest wioska olimpijska, tak nawiązując jeszcze do ZIO 2026. Jest to zupełnie nowe miejsce, ale bardzo komfortowe. Może nie do końca jest wszędzie blisko, bo te dojazdy – z naszej perspektywy – potrwają około 40 minut w jedną stronę. Ale to są realia, z którymi się spotykamy w trakcie sezonów, przykładowo w Pucharach Świata, więc nie ma w tym nic nadzwyczajnego, poradzimy sobie.
Myślę, że na pewno czujemy się lepiej we Włoszech niż gdzieś w Azji. Ostatnio igrzyska były w Pekinie, jeszcze wcześniej w koreańskim Pjongczangu. Jeszcze bardziej się cofając, w 2014 roku była Europa, ale też dosyć odległa – bo rosyjskie Soczi. Choć wtedy ta olimpijska rywalizacja na Starym Kontynencie była dla nas szczęśliwa i liczę, że teraz będzie tak samo.
Dla pana Soczi to szczęśliwe miejsce, bo nie tylko brąz olimpijski w drużynie, ale też medal tego samego koloru w MŚ. Trochę jednak czasu minęło od 2014 roku, a to były ostatnie igrzyska z medalami dla polskich panczenów.
I przyznam, że nie mam z tego powodu jakiejś satysfakcji.
Moja funkcja polega na tym, żeby postarać się przybliżyć naszą reprezentację do medali olimpijskich. Które, mam nadzieję, finalnie zdobędziemy we Włoszech. W Pekinie byliśmy już bardzo blisko. To też był dla mnie pierwszy czteroletni cykl olimpijski w nowej roli, jako działacza – mówiąc brzydko. Dlatego obecnie zależy mi, żeby jak najbardziej skrócić ten okres wyczekiwania na kolejne sukcesy olimpijskie dla Polski. Ten czas 12 lat przerwy powinien się zakończyć w Mediolanie.
Co więcej, medal na ZIO 2014 zdobyła również pana żona. Srebrny w drużynie, wówczas jako Katarzyna Woźniak, obecnie Niedźwiedzka. Czyli co, olimpijski duch unosi się w waszym domu?
Na pewno jesteśmy spełnieni, bo zdobyliśmy to, co najcenniejsze w karierze sportowca, czyli medale olimpijskie. Ale ja marzę też o medalu będąc już po tej „drugiej stronie”. To byłoby dla mnie piękne dopełnienie tej łyżwiarskiej, czy generalnie sportowej kariery.
Natalia Czerwonka była w drużynie, która z szanowną małżonką zdobyła srebro ZIO 2014. I nadal jeździ, a za chwilę pojedzie na swoje piąte igrzyska. Pani Katarzyna nie zazdrości, nie ciągnie do panczenów?
Nie, żona jest pochłonięta rodziną i pracą nomen omen w PKOl. Mamy dwójkę pięknych dzieci, cieszymy się tym każdego dnia i tutaj się spełniamy też jako rodzice. Ta kariera była na tyle bogata w jakieś dobre wyniki, że raczej oboje byśmy już nie wrócili na lód.
Zresztą, ja na co dzień tego lodu mam bardzo dużo. Jeżdżę z synem, powoli uczę go jeździć na łyżwach. Bo chciałbym, żeby potrafił to robić. Nie wiem, czy będzie z niego łyżwiarz…
…z uśmiechem dodam, że patrząc na rodziców, to chyba nie ma wyjścia?
Te geny faktycznie wskazywałby, że tak powinno być! (śmiech)
Ja osobiście bardzo bym chciał, bo uważam, że sport generalnie to jest świetna sprawa. Uczy wielu życiowych kwestii, które później przydają się już w takim normalnym życiu. Sam z tego też korzystam na co dzień. Sport dał mi bardzo wiele.
Dlatego też mam nadzieję, że syn polubi sport. Jak nie łyżwy, to jakiś inny.
Dopytam jeszcze o wywołaną postać Natalii Czerwonki. Jej powrót, biorąc pod uwagę m.in. poważny wypadek, to też inspirująca historia olimpijska – wykraczająca poza łyżwiarski świat.
Zgadzam się, to właśnie mają w sobie sportowcy. Jeśli te wypadki czy urazy nie są na tyle trudne, żeby zakończyć karierę, to zawsze zawodnik chce jak najszybciej wrócić do tego swojego najlepszego poziomu. Dokładnie tak zrobiła Natalia. W międzyczasie jeszcze znajdując miejsce na epizod trenerski, dobrze radząc sobie w roli szkoleniowej. Będąc trenerem asystentem w short tracku.
Najwyraźniej jednak serce zabiło mocniej do zawodów, rywalizacji, emocji związanych ze startami. Natalia wróciła i zrobiła to skutecznie, bo wybiera się na piąte igrzyska w karierze. Coś, co mało ludzi ma na swoim koncie. A dodatkowo faktycznie Natalia ma już medal olimpijski, to samo w mistrzostwach świata, więc tę motywację powrotu tym bardziej warto docenić. Piękna kariera i tylko pozazdrościć. Jeśli ktoś ma w sobie na tyle determinacji, chęci sprawdzenia się, to czemu nie próbować dalej?
Short track podczas ZIO 2022 przeszedł chyba najbardziej szalony czas w dziejach polskich łyżew na igrzyskach. COVID-19, łzy smutku i szczęścia, ostatecznie stracone szanse na – wydawało się – będący tak blisko medal Natalii Maliszewskiej. We Włoszech apetyty chyba nie będą już tak rozbudzone?
Short track ma za sobą dosyć trudne kwalifikacje olimpijskie. Trudne były ostateczne rozstrzygnięcia tych startów, bo na pewno nie poszły one po naszej myśli. Liczę, że na styczniowych mistrzostwach Europy zawodnicy odnajdą to najlepsze ściganie, które pokazywali choćby podczas mistrzostw świata w zeszłym roku. Wtedy skończyło się na trzech medalach MŚ w short tracku dla Polski.
W dalszym ciągu mamy na igrzyskach sztafetę mieszaną, będzie też Natalia Maliszewska. Ona cztery lata temu regularnie wygrywała czy stawała na podium Pucharów Świata. W tym sezonie się tego nie udało osiągnąć. Natomiast to jest zawodniczka, która potrafi sobie radzić ze stresem i przygotować się do imprezy głównej. Więc na pewno te szanse jak najbardziej są. Jeśli miałbym jednak tak sprawiedliwie popatrzeć, to cztery lata temu Natalia była w lepszej dyspozycji. Jej wyniki były powtarzalne i widać to było. Ale tezą, która może być lekko w kontrze są wspomniane MŚ. Natalia zdobyła na nich medal, w sezonie przedolimpijskim. Tego nie zrobiła przed igrzyskami w Pekinie.
Więc polski short track nadal jest w grze. Zespół musi uwierzyć w to, co potrafią i co pokazywali przez ostatnie lata. Bo tych medali dla Polski było naprawdę sporo i mam nadzieję, że podczas ME wrócą na tor do olimpijskiego podium.
A gdzie szukać największych szans medalowych w łyżwiarstwie szybkim?
Zachęcam do kibicowania całej reprezentacji, bo olimpijski start ma w sobie coś niezwykłego i zdarza się sporo niespodzianek. Emocje będą jednak zapewne wzbudzać starty, w których faktycznie mamy szanse na medalowe sukcesy. Trzymajmy kciuki za wszystkie sporty i okazje do oglądania reprezentantek i reprezentantów Polski.
W przypadku łyżwiarstwa szybkiego dla nas „biegi o medale” to będą biegi na 500 metrów kobiet i mężczyzn, 1000 metrów mężczyzn i 10 kilometrów.
Czyli pełen rozstrzał, od sprintu do długiego dystansu (śmiech).
Oczywiście dodatkowo te biegi z udziałem Natalii Czerwonki, zapewne jej pożegnalne z igrzyskami olimpijskimi, to również warto zobaczyć – czyli 1000 i 1500 metrów.
W plebiscycie „Przeglądu Sportowego” za rok 2025 na ostatnim miejscu wśród 25. nominowanych znalazł się Władimir Semirunnij. Czyli jedna z naszych największych nadziei na medal olimpijski. Mam taką teorię, że właśnie on zdobywa medal dla Polski we Włoszech i w kolejnej edycji głosowania jest już w czołówce. Taki scenariusz brzmi chyba nieźle?
Nie miałbym nic przeciwko, choć liczę na to, że większa liczba łyżwiarzy czy przedstawicieli sportów zimowych znajdzie się nie tylko w 25., a w najlepszej dziesiątce plebiscytu za rok 2026. To by oznaczało, że igrzyska były dla nas szczególnie udane.
Co do miejsca Władimira, podchodziliśmy do tego głosowania ze spokojem. Przyznam, że nie koncentrowaliśmy się zbytnio na tym plebiscycie, równolegle mieliśmy przecież mistrzostwa Europy. Władimir zastanawiał się, czy nie pojechać w sobotę na Galę Mistrzów Sportu, po zdobyciu złotego medalu na 5000 m. Widział jednak swoją szansę również w rywalizacji na 1500 m, zresztą dobrze to rozczytał, sięgając po srebro w niedzielę. Myślę, że to jest na ten moment dla nas cenniejsze.
Wolimy wykonać taką pracę, jak wykonała choćby Klaudia Zwolińska. Zdobyć te główne medale, na czele z olimpijskimi, a później się będziemy zastanawiać nad plebiscytami, nad tym kto i w jaki sposób to doceni.
To na koniec krótkie pytanie, kto zdaniem szefa misji olimpijskiej ZIO 2026 może sprawić niespodziankę – może nawet medalową – dla reprezentacji Polski?
Na pewno są dwie kategorie tych potencjalnych medali. Pierwsza to faworyci, którzy pokazują się regularnie z dobrej strony. Ale faktycznie, są też niespodzianki, które znamy choćby z letnich igrzysk. Łącznie z tymi z tymi złotymi.
Wszyscy czekają na „przebudzenie” skoczków, może zaskoczą na igrzyskach. Do tego saneczki lub biathlon. Trudno przecież wskazywać na Olę Król-Walas, jako potencjalną niespodziankę, skoro niedawno zdobyła kolejny medal w snowboardzie. Biathlon całkiem solidnie startuje w ostatnich latach. Przy dobrym strzelaniu, niezłym biegu, Polska może sprawić miłą niespodziankę.
Na igrzyskach wszystko może się wydarzyć. Mam nadzieję, że polski kibic będzie miał powody do zadowolenia w trakcie olimpijskich zmagań.













