Zaskakujące rozstrzygnięcie zapadło w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa w czwartek, 22 października. Sędzia Monika Louklińska ogłosiła wyrok, który nie spełnił oczekiwań żadnej ze stron. Jak ustaliła Gazeta.pl, sędzia warunkowo umorzyła postępowanie, argumentując działania Czarneckiego nieznaczną szkodliwością społeczną czynu. Prokuratura żądała dla oskarżonego kary jednego roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na okres dwóch lat, 15 tysięcy złotych grzywny, przeproszenia pokrzywdzonego na piśmie i podania wyroku do publicznej wiadomości. Oskarżyciel publiczny wnioskował także o zadośćuczynienie dla ofiary w kwocie 20 tysięcy złotych. Obrońcy w mowach końcowych domagali się uniewinnienia Czarneckiego. On sam do skrzywdzenia kolegi nigdy się zresztą nie przyznał.  

Sylwester z Czarneckim 

To mógł być jeden z tych drętwych sylwestrów, których już na Trzech Króli się nie pamięta. Przemysław Czarnecki i jego żona witali 2019 rok we własnym mieszkaniu na Wilanowie. Gościł u nich tylko przyjaciel rodziny Krzysztof, ojciec chrzestny ich córki. Dziewczynki nie było tej nocy z rodzicami, spędzała czas u dziadków. Impreza była zakrapiana, ale Czarneckiemu ponoć nawet alkohol nie był w stanie poprawić nastroju. Między nim a żoną, atmosfera tej nocy była napięta. Czarnecki stał się mrukliwy, a jego życiowa wybranka chętniej wybierała towarzystwo Krzysztofa K. Rozmawiali, żartowali, wychodzili razem palić papierosy na balkonie.  

Czarnecki położył się spać wcześniej niż tych dwoje, ale przebudził się około ósmej rano. Wersje późniejszych zdarzeń różnią się w zależności od tego, kto opowiada. Według jego żony było tak: Przemysław Czarnecki wszedł do pokoju, zobaczył kobietę i przyjaciela siedzących blisko siebie, na rozłożonej kanapie, oglądali coś wspólnie na telefonie i śmiali się. Krzysztof K.był w piżamie, bo szykował się do spania. Na ich widok Czarnecki się wściekł i kazał obojgu „wypier***”, a chwilę później wrócił z kuchni z nożami w obu rękach i wymachiwał w kierunku żony oraz przyjaciela. Krzysztof K. osłaniał się rękoma, Czarnecki mocno ranił go w lewą dłoń. 

Krwawy wtorek 

Dokładnie o godzinie 8:14, we wtorek 1 stycznia 2019 roku operator numeru alarmowego odbiera połączenie z numeru żony Czarneckiego. Kobieta jest zdenerwowana. Informuje, że jej mąż ranił nożem kolegę i leje się krew. Na miejsce skierowany zostaje patrol policji oraz pogotowie. W międzyczasie na numer alarmowy dzwoni sam Czarnecki. On z kolei twierdzi, że jego żona i kolega są agresywni, nie chcą opuścić mieszkania, więc ze strachu zamknął się w toalecie, w której oczekiwał przyjazdu policji. Połączenie z numeru Czarneckiego wykonane zostało o 8:23. W tym czasie jego żona opatrywała Krzysztofa K. Mężczyzna mocno krwawił, został karetką przetransportowany do Szpitala Czerniakowskiego i trafił na stół operacyjny.  W szpitalu spędził trzy dni. Miał przecięte ścięgna, jego dłoń – pomimo starań lekarzy – nie wróciła do pełnej sprawności. 

Czarnecki w chwili przyjazdu służb był trzeźwy, poddał się badaniu alkomatem na miejscu zdarzenia. „Zauważyłem, że na narożniku leży żona z Krzysztofem i się miziają. Jego ręka na jej piersi, a ona do niego przytulona” – miał zeznać w czasie śledztwa Czarnecki. Tak cytowały go media. Polityk przekonywał śledczych, że choć ten widok go zirytował, nie rzucił się na kolegę z nożem. Sugerował, że Krzysztof mógł zranić się o stłuczoną szklankę.  

Samoobrona 

Narzędzia sylwestrowej „zbrodni” nie znaleziono. Policja szukała zakrwawionego noża lub noży, a te w mieszkaniu Czarneckiego były czyste. Zabezpieczono ich w tej sprawie aż dwanaście. Mimo to wersja pokrzywdzonego była dla prokuratury bardziej wiarygodna niż wyjaśnienia posła PiS. Opinia biegłego, który analizował obrażenia Krzysztofa K., wskazywała, że mają one charakter obronny i mogły powstać podczas osłaniania się rękami przed ciosem. Wykluczono, by powstały od nadziania się na tłuczone szkło, bo mają równe brzegi. Mało prawdopodobne, by mężczyzna ranił się sam. 

Prokuratura wystąpiła do Marszałka Sejmu RP z wnioskiem o wyrażenie zgody na pociągnięcie posła PiS do odpowiedzialności karnej. On sam 16 stycznia 2020 roku złożył oświadczenie zawierające zgodę na wyciągnięcie wobec niego konsekwencji. Czarnecki usłyszał zarzut z artykułu 157 Kodeksu karnego, dotyczący naruszenia czynności narządu ciała powyżej 7 dni.  

Po sześciu latach od skierowania aktu oskarżenia, Czarneckiemu się w pewnym sensie upiekło. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa uznał, że były poseł jest winny, ale warunkowo umorzył postępowanie „tytułem trzech lat próby”. Jedyną „karą” będzie konieczność zadośćuczynienia pokrzywdzonemu w kwocie 25 tysięcy złotych i pokrycie blisko 5 tysięcy złotych kosztów sądowych. Taki wyrok oznacza to, że w świetle prawa, choć popełnił przestępstwo, pozostaje osobą niekaraną. Na ogłoszeniu wyroku Czarneckiego nie było. Rozstrzygnięcie nie jest prawomocne, a strony postępowania mogą się od niego odwołać. 

Udział