
Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Co pan pomyślał, kiedy Péter Magyar wygrał wybory na Węgrzech?
Kazimierz Marcinkiewicz: Wybuch radości Węgrów, którzy czują, że biorą udział w kolejnej rewolucji, jest czymś kapitalnym. Cała Europa ma powody do świętowania, bo odzyskała kraj, który właściwie przestał być członkiem wspólnoty, stając się jedynie „uchem Rosji”. To początek nowej ery w Unii Europejskiej.
Zwycięska partia Tisza zdobyła większość konstytucyjną – coś, co w Polsce w 2023 r. się nie udało. Czy to wystarczy, by szybko zdemontować stary system?
Węgry pod rządami Orbána przestały być krajem demokratycznym. Były zarządzane w sposób mafijny, a nie obywatelski. Mając większość konstytucyjną, sprawa jest prostsza niż w Polsce. Można zmienić ustawę zasadniczą, powołać nowe instytucje i obsadzić je w sposób demokratyczny. Magyar ma ogromną szansę, by dokonać głębokich zmian w krótkim czasie, może nawet w ciągu roku.
To realny termin?
Musi szybko pokazać Węgrom, że życie w ich kraju się poprawia – że odwraca ten wschodni model, który uczynił z Węgier jeden z najbiedniejszych krajów UE. Dla wielu Węgrów upokarzające było to, że Rumuni, kiedyś znacznie biedniejsi, dziś są od nich bogatsi. Orbán utkał pajęczynę, w której oligarchia kwitnie, a zwykli obywatele czują zaduch komuny.
Nie tak łatwo będzie pozbyć się tej pajęczyny.

