-
Polskie służby nie mają pewności, czy Marcin Romanowski rzeczywiście przebywa w Naddniestrzu i podejrzewają próbę wprowadzenia w błąd.
-
List podpisany przez Romanowskiego został nadany w Tyraspolu, jednak szczegóły jego wysyłki oraz wskazany adres wzbudzają wątpliwości służb.
-
Znajomy Romanowskiego uważa, że działania polityka są celowe i że pomagają mu profesjonaliści, wykluczając wsparcie kościoła.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Na początku sierpnia do polskiego sądu trafił list podpisany przez Marcina Romanowskiego, w którym wnioskował on o przyznanie mu listu żelaznego. W piśmie polityk informował, że przebywa obecnie w Naddniestrzu – separatystycznym regionie Mołdawi.
Służby zweryfikowały list i potwierdziły, że rzeczywiście został on nadany w Tyraspolu – stolicy regionu. Również podpis Romanowskiego wydaje się być prawdziwy, a na dokumencie znaleziono ślady biologiczne polityka.
Mimo to, służby nie mają przekonania, że Romanowski rzeczywiście przebywa w Naddniestrzu. Według nich bardzo prawdopodobne jest, że polityk próbuje zmylić tropy.
Romanowski nie przebywa w Naddniestrzu? Służby mają wątpliwości
Według źródeł „Rzeczpospolitej” dotychczas służbom nie udało się potwierdzić, że Romanowski rzeczywiście przebywa w Naddniestrzu. W sprawie pojawiają się liczne wątpliwości. Po pierwsze pismo datowane jest na 12 lipca, a wysłane zostało dopiero 25 lipca, a więc możliwe jest, że ktoś je do Naddniestrza przywiózł specjalnie.
Po drugi pod adresem w Tyraspolu wskazanym przez Romanowskiego znajduje się jedynie pusty plac. Co prawda niedaleko znajduje się polski kościół zakonu sercanów, do których należy ks. Michał Olszewski, który również jest jednym z podejrzanych w sprawie dotyczącej Funduszu Sprawiedliwości, jednak sam zakon zaprzecza, by udzielił politykowi jakiekolwiek wsparcie.
Po trzecie śledczy twierdzą, że wstępne informacje wskazują na to, że Romanowski nie przekraczał w ciągu ostatnich pięciu lat granicy z Mołdawią, ani z państwami sąsiadującymi: Rumunią i Ukrainą, choć informacje te mają być jeszcze weryfikowane przez służby.
Dlatego też służby starają się dokładnie zbadać, czy Romanowski rzeczywiście samodzielnie nadał list w Tyraspolu. Udało się już namierzyć konkretny oddział pocztowy, z które wysłana została przesyłka.
Jakiekolwiek ustalenia są jednak trudne, bowiem Polska nie uznaje Naddniestrza i nie ma możliwości oficjalnej współpracy z tamtejszymi władzami. Dlatego też w sprawę zaangażowana miała zostać Agencja Wywiadu, która próbuje dowiedzieć się czegoś nieoficjalnymi kanałami.
Znajomy Romanowskiego przyznaje: Ktoś mu pomaga
„Rzeczpospolita” dotarła również do wieloletniego znajomego Marcina Romanowskiego. Według niego wszystkie napływające informacje brzmią jak „prowokacja i mistyfikacja”.
– Znając go i jego sposób myślenia stawiam tezę, że wszystko to ma jeden cel, którego nikt teraz nie widzi: skompromitowanie państwa Donalda Tuska – stwierdził w rozmowie z gazetą.
Twierdzi on również, że Romanowskiemu ktoś musi pomagać i nie jest on w stanie sam realizować wszystkich tych działań.
– To wygląda na pracę zespołową, on sam nie byłby w stanie tego wszystkiego zaplanować, by nie pozostawić śladów. Odrzucam pomoc kościoła w jego ukrywaniu, bo to środowisko rozplotkowane, o wielu sprzecznych interesach. To od razu wyszłoby na jaw. Marcinowi pomagają profesjonaliści, nie wykluczam, że ze służb – przyznaje.
-
Tusk potwierdza w sprawie Romanowskiego. „Na 99 proc.”
-
Marcin Romanowski w Naddniestrzu? Władze Mołdawii zabrały głos













