Mężczyźni umierali szybciej, w strefie wokół Czarnobyla zostały głównie babuszki. Polak je wszystkie zna i odwiedza

Pamiętasz swój pierwszy raz w strefie? 

W 2013 roku pojechałem z czystej ciekawości. Z takich samych powodów, z jakich ludzie zazwyczaj chcą tam się znaleźć. Byłem zwyczajnie ciekaw, jak może wyglądać miejsce po katastrofie. Miejsce, z którego człowiek zniknął. Które jest odbierane człowiekowi przez naturę, albo raczej gdzie natura wraca na swoje pierwotne miejsce. Nie planowałem żyć tak, jak żyję teraz, czyli w pewnym sensie z tego miejsca. To była wypadkowa tego, jak na mnie zadziałał pierwszy wyjazd. 

A jak zadziałał? 

Zrozumiałem przede wszystkim to, że my ludzie nie jesteśmy niepokonani. Wydawało mi się, że XXI wiek, że jesteśmy tak wysoko rozwinięci, że takie rzeczy jak Czarnobyl to śpiewka przeszłości. A tam przyszło uświadomienie, że ta przeszłość wcale nie była tak dawno temu. I że jeden ludzki błąd może doprowadzić do tego, że w naszym mieście też życie nagle zostanie przerwane, a za 30 lat jacyś eksploratorzy będą wchodzić do naszego mieszkania tak, jak my wchodzimy do tych mieszkań tam. 

To wystarczyło, żeby przestawić ci życie zawodowe? 

Tak. To może źle zabrzmi, że swoje życie zawodowe oparłem na tym miejscu, ale tak to wygląda. Pierwszy raz tak bardzo podziałało na mnie jakieś miejsce, że chciałem tam wracać. Jeszcze więcej, jeszcze częściej. Zacząłem być chory na punkcie Czarnobyla. Odkrywania go. Zostałem organizatorem wyjazdów, potem pomocy humanitarnej. Założyłem stronę „Napromieniowani.pl”, gdzie staramy się edukować na temat energetyki jądrowej, zagrożeń radiacyjnych, obalać mity i dokumentować strefę. Czarnobyl przestawił moje życie kompletnie. Wszystko, co do tej pory robiłem, poszło w odstawkę. My w naszej ekipie mówimy, że możesz wyjechać ze strefy, ale strefa nie wyjedzie z ciebie – i u mnie dosłownie tak się stało. 

Od początku interesowali cię mieszkający tam ludzie? 

Nie. W temat samosiołów, jak potocznie określa się mieszkańców strefy zamkniętej, zostałem wepchnięty trochę przez przypadek. Interesowało mnie miejsce, nie ludzie. Jeździłem tam po to, żeby poznawać historię katastrofy, energetyki jądrowej, radioaktywności jako zjawiska fizycznego, dokumentować budynki, eksplorować. Na samosiołów natrafiłem tak naprawdę dopiero po trzech latach jeżdżenia tam. 

Nie byłeś świadom, że ktoś tam jeszcze mieszka? 

To znaczy wiedziałem, że tam są ludzie. Tylko po prostu się nimi nie interesowałem. Pierwsze spotkania z tymi prawdziwymi samosiołami były i niespodziewane i tak po ludzku trudne. Zaczęło się od dwóch postaci: babuszki Olgi Juszczenko i dziadka Fiodora Struka. W obu przypadkach byli ostatnimi żyjącymi mieszkańcami swoich wiosek. Cała wieś opuszczona, a żyje tylko jedna osoba.  

Na Olgę natrafiliśmy przypadkowo. Mieliśmy eksplorować wioskę. Nie wiedzieliśmy, że ktoś tam mieszka, a tu nagle widzimy na drodze ledwo idącą i zgiętą w pół babuszkę. Miała objawy udaru słonecznego. Słabła, traciła przytomność, wymiotowała. Chciała iść powiadomić leśników z Puszczy Czarnobylskiej, osiem kilometrów w jedną stronę. W takim stanie za nic by tam nie doszła. To było moje zderzenie z rzeczywistością, że ci ludzie są zostawieni sami sobie. Sytuacja absurdalna: babuszka, zgarbiona w pół, 76. lat wtedy mniej więcej, żyjąca sama w wiosce, bez prądu, bez bieżącej wody. I kiedy potrzebuje pomocy, nie ma nic, dosłownie nic.

I co z nią zrobiliście? 

Wróciliśmy z nią do jej chaty, bo było ewidentne, że nigdzie indziej nie dojdzie. Ona tak naprawdę przeżyła tylko dlatego, że nas spotkała. I to spotkała zupełnym przypadkiem. Tylko dlatego, że obraliśmy akurat tę drogę, a nie inną. Jakbyśmy przyszli w to konkretne miejsce kilka minut później, minęlibyśmy się i nigdy byśmy nie wiedzieli o swoim istnieniu.  No ale na siebie trafiliśmy. Tam nie ma wszędzie zasięgu, więc poszliśmy z telefonem łapać sygnał. Udało się na kawałku otwartego pola, dosłownie w jednym punkcie była jedna kreska. Udało nam się dodzwonić do służb. Ambulans przyjechał po dwóch godzinach. Sama jazda z Czarnobyla to 40 minut, więc wyszło na to, że zbierali się dobrze ponad godzinę, bo wątpię, żeby mieli nawał roboty i byli zajęci. To był kolejny moment, który uświadomił mi, że ci ludzie są zupełnie sami. Na szczęście babuszkę Olgę udało się uratować. Spędziła kilka tygodni w szpitalu, potem wróciła do swojej chaty. Jeszcze dwa lata ją odwiedzaliśmy, ale kiedy przyjechaliśmy z kolejnymi zapasami po zimie w 2018 roku, to chata była już pusta. Z tego, co mi opowiadano, zabrano ją ze strefy, bo podupadła nagle na zdrowiu. Podobno żyła potem jeszcze u syna w Kijowie i tam zmarła. 

A Fiodor? 

Byłem w innej wiosce. Znowu przyjechałem po to, żeby eksplorować. Patrzę, idzie jakaś postać. To samo, tylko w innym miejscu. Nie babuszka, a dziadek. Stary, w brudnych łachmanach. Niósł dwa baniaki żółtej, mętnej wody, którą nabrał z jakiegoś lokalnego bajora. Powiedział, że na herbatę. Pomogłem mu to nieść. Weszliśmy do jego drewnianej chaty i można powiedzieć, że zderzyłem się z powietrzem. Wszystko było czarne od sadzy. Do oczu od razu napłynęły łzy, jakbyś wszedł w ognisko. Na środku izby miał starą prostą stalową „kozę”, kompletnie nieszczelną. 

Czyli miał szczęście, że jeszcze żył?

On kiepsko sobie radził. Chyba nie był pełnosprawny. Prawdopodobnie nie umiał pisać i czytać. Miał bardzo niski zasób słownictwa. Póki żyła jego mama, też samosiołka, to jakoś sobie radzili. Jak ona zmarła, został sam. Takie duże dziecko. Nie potrafił naprawić kozy albo nie rozumiał zagrożenia. Ja patrzę na to i myślę: on się tu albo spali, albo się zaczadzi. W pierwszym odruchu pomyślałem jednak, że skoro przez tyle lat nic się nie stało, to i przez te dwa następne tygodnie przeżyje. Akurat kończyła mi się przepustka na pobyt w strefie i za tyle planowałem wracać. Stwierdziłem, że mu pomogę następnym razem, jak będę miał więcej czasu.  

I jak się domyślam, akurat coś musiało się stać? 

Wróciliśmy po tych dwóch tygodniach z tobołami jedzenia, bo był bardzo wychudzony. Idziemy przez wioskę, a trzeba było iść kilka minut, bo nie dało się tam dojechać. Z daleka czułem smród spalenizny. Od razu miałem przeczucie, co się stało. No i oczywiście nie ma chaty. Zostały jakieś szczątki, popiół i kawałki starego wiejskiego pieca chlebowego. 

Zginął?

Stanąłem nad tym i pomyślałem: trzeba było coś zrobić wtedy, od razu. Przy babuszce Oldze zadziałaliśmy, przeżyła, wyzdrowiała. Tutaj temat odłożyłem i człowiek zginął. No ale nie. Nagle pojawił się w drzwiach sąsiedniej chaty z wielce zdziwioną miną, że widzi żywego człowieka. Okazało się, że zdążył uciec, jak się zaczęło palić i schował się w chacie obok, gdzie wcześniej mieszkali inni samosiołowie. Rok wcześniej ich wywieziono. Tam był dach, sprawny piec. To był listopad, mógł tam napalić, żeby się ogrzać. Nie miał jednak nic do jedzenia. Do tego dziurawe buty i kurtkę na deszcz, ale nie na zimę. A szła zima. My byliśmy przygotowani, żeby mu pomóc na tydzień, dwa jedzeniem, a nie na to, że człowiek straci dach nad głową. Dwa razy go potem odwiedziliśmy jeszcze. Przywoziliśmy mu jedzenie, trochę ubrań i takiego podstawowego wyposażenia, żeby go w tej chacie urządzić, na przykład garnki. Kiedy przyjechaliśmy piąty raz, to chata była pusta. Wszystko zostawione na miejscu. Na stole resztki śniadania. Jakby wstał, wyszedł i zniknął. Policja go szukała, ale nigdy nie znaleziono śladu. Przypuszczam, że gdzieś dalej się zapuścił, coś mu się stało i koniec. W tej okolicy żyła wataha wilków. Po spotkaniu z nią to i z łosia mało co zostaje. 9 lat minęło i ciała nie znaleziono. 

To był spotkania, przez które zająłeś się samosiołami na poważnie? 

Tak. To było dla mnie przełomowe. Wcześniej wiedziałem, że są tacy ludzie, ale do nich nie jeździłem. Szkoda mi było czasu, bo interesowały mnie miejsca. Przeszłość. Te dwie sytuacje to było jednak takie dostanie z liścia w twarz. Co więcej, uświadomiłem sobie, że to nie są jakieś pojedyncze przypadki. 

Ilu ich wtedy było? 

Wtedy, tę dekadę temu oficjalnie mówiło się o 90–100 osobach. Obecnie ma to być około 50, ale to są nieaktualne dane. Przeglądałem tę listę i widziałem nazwiska, co do których jestem pewien, że ci ludzie już zmarli. Według mojej wiedzy we wsiach żyje teraz raptem 11 osób. Wszystkie znamy i regularnie odwiedzamy. Do tego około 20 kolejnych mieszka w mieście Czarnobyl, gdzie czasowo przebywają też różni pracownicy strefy. Bo oni tam nie mieszkają na stałe. Przed wojną to było około 2 tysięcy ludzi. Przed katastrofą 13 tysięcy. Teraz jest ich tam pewnie góra kilkaset. Pracownicy elektrowni, strażacy, leśnicy, policjanci, lekarze i tak dalej. Ci absolutnie niezbędni. 

Tych utrzymuje państwo, ale samosioły z czego żyją? Przecież to starzy ludzie, których oficjalnie chyba nie powinno tam być? Emerytury dostają? 

Wiesz, w ostatnich latach istnienia i w czasie rozpadu Związku Radzieckiego był bałagan. Ludzi wysiedlono, ale z czasem nastąpiło zluzowanie kontroli i zaczęli nielegalnie wracać. Skoro sąsiadka wróciła, sąsiad wrócił, to myśleli: zaraz będzie znowu życie. Najwięcej ludzi przyszło około roku po katastrofie. Nie wiadomo tak naprawdę ilu. Nikt tego nie liczył, byli tam nielegalnie. Są różne szacunki, ale moim zdaniem najbardziej wiarygodne są te mówiące o 1600 osób. Część samosiołów szybko zrozumiała, że życia jednak nie będzie: sklepu nie ma, trzeba mieć przepustki, wyganiają nas. Większość znów wyjechała. Zostali najbardziej uparci. Ich milicja próbowała wyrzucać po kilka razy, w końcu machnęła ręką. Potem tworzyła się Ukraina. Lata 90. były bardzo trudne, chaos i pieniędzy brakowało na wszystko. Nowe państwo miało inne zmartwienia. Dopiero pod koniec lat 90., ktoś stwierdził, że trzeba zrobić porządek z tymi ludźmi. Zgodnie z prawem powinni ich wyrzucić, ale oni żyli tam już po kilkanaście lat. Starych ludzi po takim czasie trudno było przekonać argumentem „skażenie radioaktywne”. Stworzono więc status samosioła. Dano im specjalne stałe przepustki. Tylko tym, którzy już tam żyli. Później każdemu innemu kto by chciał wrócić, kategorycznie odmawiano. 

Ale to państwo coś im wobec tego daje, czy są zupełnie poza nawiasem? 

Administracja strefy przywozi im emerytury. Do czasu wojny był sklep obwoźny w busie. Przyjeżdżał, otwierały się drzwi, można było coś kupić na zamówienie. Teraz nie ma nawet tego. Poczta w Czarnobylu nie działa, więc gdyby nie to, że urzędnicy biorą auto i z własnej inicjatywy jeżdżą po wioskach, to by samosioły zostały bez pieniędzy. Poza tym policjanci dość regularnie odwiedzają i sprawdzają. Strażacy czy leśnicy jak mają po drodze, to podrzucą jakieś zakupy, jak babuszka poprosi. Tylko to wszystko z ludzkiej dobroci. Państwo jako takie daje niewiele, bo w końcu wrócili na własne ryzyko i wbrew zakazom. 

A takich ludzi jak wy, wolontariuszy, to ile tam się zjawia? 

Z takich co regularnie się pojawiają, znają właściwie wszystkich samosiołów i ich odwiedzają, to właściwie tylko my. To znaczy nie wszystkich za każdym razem. Nasza pomoc jest finansowana zbiórkami i się nie przelewa, więc musimy regularnie wybierać tych, którzy najbardziej potrzebują pomocy. I to tylko tych żyjących na wioskach. Ci w mieście Czarnobyl to mają jednak te 3 działające sklepiki, jakieś żywe dusze wokół, to dadzą radę. Przed wojną to czasem inni ludzie z pomocą raz czy dwa razy na rok zajechali. Teraz już prawie nikt. Tylko my zostaliśmy i pojedynczy ludzie działający w sposób nieregularny. Dajemy radę pojechać kilka razy w roku. Formalnie strefa jest zamknięta z powodu wojny, ale mamy już taką relację z administracją strefy, że dostajemy specjalne przepustki. Zazwyczaj na kilka dni. Nie puszczają nas samopas, zawsze musi z nami jeździć policjant. Nie mamy z tym problemu, autentycznie nam pomagają i nas wspierają w tym, co robimy. 

Co właściwie im przywozicie? 

Najwięcej to jedzenia. Każda babuszka dostaje 20–30, czasem 40 kilo, w zależności od zbiórki. Wielki wór żywności na miesiąc albo i więcej. Zasada jest taka, że wartość tego, co przywozimy, ma przekraczać wartość ich miesięcznej emerytury. Najlepiej dwukrotnie czy trzykrotnie. To jest autentyczna pomoc. Jak jesteśmy w stanie, to pomagamy też coś zrobić na miejscu. Oczywiście, jeśli ściana się wali, to nie poradzimy, ale jeśli coś da się ogarnąć w parę godzin, to tak. Najczęściej to są proste prace: drewno porąbać, wodę ze studni nanosić, coś drobnego naprawić. Dla nas to lekka robota, ale dla osoby w wieku 80–90 lat noszenie dwóch wiader wody to wysiłek. 

Oni was proszą o tę pomoc? 

Właśnie nie. Tyle lat żyją sami, że dopiero gdy widzą, że już naprawdę nie dadzą rady, to proszą. Często musimy się domyślać. Widzimy, że babuszka chodzi w podartej kurtce, to już nie pytam, czy potrzebuje nowej. Wiem, że powie: „nie, dziecko, nie rób sobie problemu”. Po prostu przywożę kurtkę następnym razem. 

Właściwie ciągle mówisz „babuszki”. To znaczy, mężczyzn już tam nie ma? 

One dominują, jakieś 90 procent. Choć to nie jest tak, że po katastrofie wracały tylko kobiety. Wracali i jedni, i drudzy. Mężczyźni po prostu poumierali wcześniej. Wielu z nich było likwidatorami, bezpośrednio po awarii usuwali jej skutki. Przyjmowali więc często większe dawki promieniowania. Mąż pani Marii, jednej z babuszek, zmarł pięć lat po katastrofie. Był jednym z tych, którzy biegali z łopatą po dachu elektrowni. Zbierali radioaktywne gruzy i wsypywali je z powrotem tam, gdzie kiedyś był reaktor. Dostał potężną dawkę, skończyło się nowotworem.

A jak jest z promieniowaniem tam, gdzie samosioły mieszkają dzisiaj?  

Oni generalnie żyją w najczystszych rejonach strefy, bo ta jest skażona bardzo nierównomiernie. W okolicach elektrowni mamy rejony mocno dotknięte. Na przykład Czerwony Las. Jedno z najbardziej skażonych miejsc, gdzie teraz można być tylko krótko, a mieszkanie przez 30 lat pewnie by się źle skończyło. 

To, czemu inni ludzie nie mogą tam wracać? 

Bo to nie jest takie proste. To, że stojąc tam z ręcznym dozymetrem, widzimy zazwyczaj wartości takie jak w Polsce, to nie znaczy, że w gruncie nic nie ma. Mogą być śladowe ilości cezu?137, strontu?90, plutonu i innych szkodliwych pierwiastków. Jeśli człowiek zaczyna tam mieszkać, to robi to, co zawsze robią ludzie na wsi: na wiosnę zaczyna uprawiać ziemię, a potem jeść co wyhodował. I to może mieć w sobie te pierwiastki. Kto w 1986 roku miał zagwarantować, jaki skutek będzie miało życie tam przez następne 20–30 lat? Teraz widzimy, że oni przeżyli, ale wtedy nikt nie wiedział, jak to się rozwinie. Co więcej, może być tak, że ci, którzy żyją dziś, to są szczęściarze, a część innych umarła właśnie przez skażenie. Tego już nie wiemy. Z badań prowadzonych w latach 90. wynikało, że wśród samosiołów jest wysoka zachorowalność na nowotwory. Problem w tym, że tych badań nikt później nie powtarzał. Nie wiemy, czy to był przypadek, bo grupa była mała, czy jednak jakaś stała tendencja. Moim zdaniem obie wersje są prawdopodobne: i ta, że promieniowanie tam, gdzie żyją, nie stanowi dziś dla nich dużego zagrożenia, i ta, że przeżyli do dzisiaj przede wszystkim ci najwytrwalsi albo ci, którzy mieli po prostu najwięcej szczęścia – przyjęli mniejsze dawki, mieli lepsze geny. Każdy organizm reaguje inaczej. 

Wspomniałeś o Czerwonym Lesie. Na początku wojny gorącym tematem było to, że Rosjanie się tam okopali.  

Byłem przy tych okopach. Okopali się przy rozwidleniu dróg, mieli ich pewnie pilnować, bo to był ważny szlak zaopatrzeniowy dla wojsk idących na Kijów. Promieniowanie tam jest niskie. To sam skraj Czerwonego Lasu. Niestworzone historie, jakimi to obrosło, są właśnie takie. Niestworzone. 

Rosjanie robili tam coś więcej w tej strefie? Wpłynęli jakoś na życie samosiołów?

Byli pięć tygodni pod okupacją. W mieście Czarnobyl rosyjscy żołnierze odwiedzali staruszków, ale ogólnie to nic złego im nie zrobili. Jednej babuszce zabrali telefon, bo miała jakiś nowszy. Jednego dziadka gdzieś wywieźli. Do tych żyjących na wsi, o których opowiadałem, to nie dotarli. Samosioły widziały tylko nad głowami rakiety, drony i śmigłowce. Przez pięć tygodni żyli głównie z tego, co im przywieźliśmy tuż przed wojną. Bo byłem wtedy i w styczniu i jeszcze w lutym przed inwazją. 

Rosjanie się wycofali, ale granica została tuż obok. Mogliby wyjechać, ale oni wciąż tam są. Co właściwie ich tam trzyma? 

Bo to jest ich miejsce. Część została z uporu, część dlatego, że nie ma dokąd pójść, część dlatego, że nie wyobraża sobie umrzeć w obcym mieszkaniu. Dom jest tam, gdzie się urodzili oni, ich mamy, babki i prababki. Podejrzewam, że gdyby im kiedyś powiedziano, że za 40 lat będą ostatnimi mieszkańcami tej wioski, nie zdecydowaliby się wrócić. Jednak wtedy nikt im tego nie powiedział. Teraz już za późno. 

Udział