
Od ponad tygodnia centrum życia wielu mieszkańców Izraela przeniosło się do domowych schronów. „Mamad” – bezpieczne pomieszczenie – według prawa musi być w każdym izraelskim budynku. To nakazuje też zdrowy rozsądek.
Michaelis, Moran, jej mąż Jonatan i córka Mayan nie śpią już we własnych łóżkach. Żeby w nocy nie biegać między pokojami a schronem – wszyscy przenoszą się na noc do schronu. Syreny alarmowe wyją codziennie, ale poniedziałek był sądnym dniem dla Jodfat. Takiej intensywności alarmów nie było od początku wojny.
Boją się, ale popierają
Moran – jak większość Izraelczyków żydowskiego pochodzenia – jest za wojną. – Niech trwa tyle, ile potrzeba. Ile można żyć w strachu – mówi Interii mieszkanka Jodfat.
Ale co z dziećmi? – pytam. Ile one mogą wytrzymać w takim trybie?
– Jeśli teraz pocierpimy dłużej, to może w przyszłości nie będą musiały przeżywać tego, co jest naszym doświadczenie na przestrzeni wielu lat. Tłumaczę im, że że źli ludzie nie chcą, żebyśmy istnieli. Że jak są syreny, to natychmiast trzeba biec do schronu. I mówię im, że ja i tato też się boimy – dodaje Moran.
Naomi Schwed mieszka z rodziną w środkowej części Izraela. To tam najczęściej słychać alarmy. Tak jak i wszystkie mamy – najbardziej boi się o własne dzieci. Ale tak jak i większość moich żydowskich rozmówców – nie chce, aby wojna po raz kolejny skończyła się „na pół gwizdka”.
– Mam nadzieję, że to jest już ta wojna nad wojnami. Mam nadzieję, że to jest ta wojna, która zakończy konflikt w rejonie całego Bliskiego Wschodu. Konflikt podsycany i finansowany przez reżim irański – mówi Interii mieszkanka Modi’in, zaklętego w połowie między świętą Jerozolimą i bardziej zsekularyzowanym Tel Awiwem.
Naomi – który w Polsce jest Zuzanną – w Izraelu mieszka ponad dekady. Nie kryje swoich konserwatywnych poglądów. Jak sama mówi, od operacji w Gazie w Polsce straciła wielu znajomych. Zyskała też nowych. To, co łączy ją z Moran z Jodfat, to nadzieja, że jej dzieci nie będą musiały mieszkać w schronach.
– Ten konflikt w szerokiej perspektywie będzie trwał dłużej, jeżeli za każdym razem będziemy zatrzymywać się w 85 proc. walki. Uważam, że cały czas się to zdarza. Tak samo zdarzyło się w Gazie, tak samo było, jak rozbrajaliśmy Hezbollah na północy. Mam wrażenie, że często jest tak, że presja Zachodu zatrzymuje nas w momencie, kiedy ta druga strona po raz kolejny ma możliwość odbudowania swego potencjału zagrożenia dla nas – mówi Interii Naomi.
Myśliwiec, Superman czy irańska rakieta
Powiedzieć, że ludzie w Izraelu są teraz jak napięte struny smyczka, to nic nie powiedzieć. Przestrzeń powietrzna nad większością Izraela jest zamknięta, więc kiedy słychać zbliżający się świst, szyja kręci się na wszystkie strony. To myśliwiec czy rakieta?
Rakiety sygnalizują alarmy, ale jest ich tyle, że same władze Izraela ostrzegają – nie zawsze zdążą uruchomić się alarmy.
To chmura czy ślad po zestrzelonej rakiecie? Takie pytania zadajemy dziś sobie wszyscy, patrząc w przeraźliwie słoneczne błękitne niebo, które nijak nie koresponduje z zagrożeniem.
Kiedy stoję z Ibrahimem na jerozolimskiej starówce, ten żartuje jak w popularnej kreskówce – czy to samolot, rakieta, a może Superman?
Ibrahim ma sklepik z dewocjonaliami na jerozolimskiej starówce. Będzie mnie przekonywać, że jestem pierwszym klientem od tygodnia. Może to trik marketingowy, a może prawda. Bo starówka jest tak pusta, że wygląda, jakby zaczęła się apokalipsa.
Archanioł Michał cię obroni
Anton Razzouk jest w Księdze Rekordów Guinessa. No, może nie dokładnie on, ale cała jego rodzina i… najstarszy na świecie salon tatuażu. Ten znajduje się przy bramie Jaffy. To tatuażysta w 28. pokoleniu. Dowiaduję się, że jest coś takiego jak „chrześcijańskie tatuaże”.
– Oczywiście, że to zgodne z religią. Przychodzi tu wielu księży – przekonuje mnie Anton. Sam na przedramieniu ma wytatuowanego Michała Archanioła krzyżem przebijającego smoka. Na ochronę.
– Jest tak cicho, że słychać krople deszczu rozbijające się o bruk. Apokaliptyczna atmosfera – mówi Interii, a mnie przeszywają ciarki, kiedy wspominam, że Naomi z Modi’in mówi o „wojnie nad wojnami”.
Anton ma koptyjskie pochodzenie. Jego rodzina tatuowała archaniołów na kończynach pątników już w XIII wieku w Egipcie. Od pół tysiąclecia robią to w Jerozolimie. Anton nie chce wdawać się w rozmowę na polityczne tematy, ale w wojnę widzi przez pryzmat cierpienia i zniszczeń.
A co mówią przeciwnicy wojny?
– Nigdy w historii przemoc ani wojny nie rozwiązywały problemów. Zwłaszcza jeśli nie ma planu na to, co wydarzy się następnego dnia – przekonuje mój sąsiad z Jodfat-Assaf. Mieszkam na piętrze w domu, gdzie parter zajmuje on i jego rodzina. Jest zdecydowanym przeciwnikiem tej wojny.
– Nie widzę, żeby był plan, co dalej. Widzę tylko dwie osoby, takie jak Binjamin Netanjahu i Donald Trump, które mają własne wewnętrzne problemy w swoich krajach. I budują wokół nas strach. A w chwili, gdy się boimy, nie możemy naprawdę walczyć o demokrację, o wolność, o nasze prawa. Jak o nie walczyć, kiedy żyjemy w lęku o nasze dzieci – mówi Interii Assaf.
Assaf jest nauczycielem. Bije z niego spokój, ale i upór w poglądach. Pracuje z dziećmi specjalnej troski, z problemami psychicznymi.
Też od prawie dwóch tygodni ze swoją rodziną biega do schronu. Stara się jednak, żeby informacje z mediów „nie wchodziły za bardzo do głowy”. – Staramy się nie słuchać wiadomości. Nie mamy telewizji – dodaje jego córka Emma.
– Świat zapomniał już o Gazie – smutno konstatuje jerozolimski taksówkarz, Arab. Czy wierzy, że w Izraelu po tej wojnie będzie bezpieczniej? – Nie wierzę. Myślę, że otwieramy puszkę Pandory. Tak, tym razem wiele państw arabskich znalazło się pod irańskim ostrzałem i teraz mają więcej, nazwijmy to, sympatii wobec Izraela – mówi.
Nie chce podać nawet swego imienia, kiedy dowiaduje się, że jestem dziennikarzem. Boi się nie wojny, ale izraelskich władz. Że jego krytyczny komentarz może mu zaszkodzić.
Na koniec stara się mnie przekonać, że to „czasy ostateczne”. Ja go przekonuję, że każdy duży konflikt to pożywka dla teorii spiskowych. Nie ma lepszego miejsca od Jerozolimy na teorie o końcu świata.
11 dnia wojny nikt z moich rozmówców w Izraelu nie wie, co jest za zakrętem. Izrael rozpoczął wojnę, bo chciał wyeliminować zagrożenie związane z irańskim programem jądrowym.
Ale miała być też rewolucja. Irańczycy mieli sięgnąć po swoją wolność. Na razie pomimo najintensywniejszego dnia ostrzałów, jakim był poniedziałek na ulicach Irańczycy świętowali wybór Chameneiego numer dwa.
Z Jodfat w Północnym Izraelu, korespondent Interii i Polskiego Radia Tomasz Sajewicz













