Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Horrendalne zarobki lekarzy, kolejki do specjalistów i kontrowersyjne wyceny procedur medycznych to problemy, z którymi od lat nie radzi sobie żaden minister zdrowia. Dlaczego?


Bernadeta Krynicka: Afera w Szpitalu Południowym w Warszawie skupia jak w soczewce narastające kłopoty. To efekt nieprzejrzystych zasad finansowania, głębokiego niedoboru kadr oraz niewystarczającego nadzoru nad wydatkowaniem środków publicznych. Pacjenci mają prawo oczekiwać transparentności od ludzi zarządzających ich pieniędzmi.


Pracując w szpitalu w latach 90. widziała już pani te problemy?


Kiedyś nie słyszało się o tak gigantycznych kolejkach. Nie było jeszcze Kas Chorych i NFZ, szpital nie musiał się wtedy martwić o rygorystyczne limity środków. Dziś, choć mamy niż demograficzny, więc pacjentów powinno być mniej, kolejki dramatycznie się wydłużają. To chore, że pacjent, który dostaje skierowanie na całodobowy holter EKG albo doppler naczyń kończyn dolnych, dostaje termin na luty 2027 roku. Przecież przy zaburzeniach krążenia to bezpośrednie zagrożenie życia.


Więc gdzie leży błąd? W ludziach czy systemie?


W dużej mierze wszystko zależy od szefa danej placówki. Przeżyłam wielu dyrektorów i wiem, że wybitna jednostka potrafi wyprowadzić szpital z długów – tak jak Krzysztof Bałata, który zarządzał szpitalem w Łomży w latach 2013-2017. To był najlepszy okres dla tej placówki: spłata zadłużenia, remonty, rozwój. Ale przy obecnym sposobie finansowania, gdzie procedury są niedoszacowane, a NFZ nie płaci na czas, szukanie winy tylko w dyrektorach czy personelu jest nieuczciwe.


Ministerstwo widzi problem w wysokich zarobkach lekarzy, dlatego chce wprowadzić uczciwą – jak mówiła Jolanta Sobierańska-Grenda – stawkę, czyli 240 zł za godzinę.


Problem jest gdzie indziej. Publiczne wydatki na zdrowie w Polsce to marne 5-5, proc. PKB. Dla porównania: Niemcy przeznaczają 12-13 proc., a Czechy 8-9 proc. Jesteśmy po prostu dramatycznie niedofinansowani.

Udział
Exit mobile version