
Wszystko jest już jasne. W niedzielnym referendum mieszkańcy Krakowa odwołali prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Z oficjalnych danych przedstawionych w poniedziałkowy poranek wynika, że frekwencja wyniosła niespełna 30 proc., a do odwołania włodarza stolicy Małopolski wymagane było blisko 27 proc. W konsekwencji wczorajszego głosowania Miszalski po zaledwie dwóch latach urzędowania będzie musiał odejść, a na przełomie sierpnia i września odbędą się przedterminowe wybory prezydenta miasta.
Krakowskie referendum często porównywano do tego warszawskiego z 2013 roku (z inicjatywy burmistrza Ursynowa Piotra Guziała bez powodzenia próbowano odwołać ówczesną prezydent stolicy Hannę Gronkiewicz-Waltz), ale biorąc pod uwagę jego finał więcej podobieństw mamy z sytuacją w innym dużym mieście. Mowa o Łodzi, gdzie na początku 2010 roku odbyło się referendum nad odwołaniem prezydenta Jerzego Kropiwnickiego.
Miszalski jak Kropiwnicki? Są różnice
Inicjatorami głosowania byli lokalni politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W ich ocenie Kropiwnicki był „złym gospodarzem”, a jego rządy „ośmieszały miasto” i doprowadziły m.in. do: fatalnego stanu ulic i chaosu komunikacyjnego, nieodpowiedzialnego wydawania pieniędzy na chybione inwestycje i liczne podróże zagraniczne, a także upadku Teatru Nowego.
W zorganizowanym w styczniu 2010 roku referendum za odwołaniem Kropiwnickiego opowiedziało się 127 874 łodzian, a przeciw było niespełna 5000. By głosowanie było skuteczne do urn musiało pójść co najmniej 115 443 uprawnionych osób.
Tak jak teraz doszło zatem do odwołania prezydenta dużego miasta. Różnice polegały na tym, że Kropiwnicki był silnie kojarzony z prawicą i nie odwołano go w pierwszym okresie sprawowania urzędu, a w schyłkowej fazie drugiej kadencji. Przypomnijmy, że Kropiwnicki wygrał pierwsze bezpośrednie wybory na prezydenta Łodzi w 2002 roku, a cztery lata później zdołał wywalczyć reelekcję pokonując popularnego obecnie senatora Krzysztofa Kwiatkowskiego.
Choć Kropiwnicki nie krył frustracji z takiego a nie innego wyniku referendum, mógł odchodzić jako polityk spełniony. Prezydentura Łodzi była ukoronowaniem jego wieloletniej politycznej kariery. Był ważnym działaczem “Solidarności” (zaliczał się do grona związkowców przeciwnych obradom Okrągłego Stołu), a po przemianach pełnił m.in. stanowisko ministra pracy w rządzie Jana Olszewskiego, czy ministra rozwoju regionalnego i budownictwa w gabinecie Jerzego Buzka. Po prezydenturze był m.in. członkiem Rady Polityki Pieniężnej, a w 2022 roku został doradcą prezesa NBP Adama Glapińskiego ds. obserwacji i analizy światowego rynku ropy naftowej i gazu ziemnego.
Być może nie wszyscy wiedzą, że to Kropiwnickiego zawdzięczamy przywrócenie dnia wolnego od pracy w Święto Trzech Króli. Był on bowiem inicjatorem projektu obywatelskiego w tej sprawie.
Kaczyński rozgoryczony referendum
Interesująco wygląda dziś lektura komentarzy po tamtym referendum. Środowiska, którym raczej nie w smak wynik krakowskiego głosowania nie kryły wówczas entuzjazmu, z kolei osoby będące w dobrych humorach po odwołaniu Miszalskiego nie kryły wówczas rozgoryczenia. Prezes PiS Jarosław Kaczyński nawoływał wręcz do dyskusji na temat mechanizmu referendum.
– Tych, którzy nie poszli, było dużo więcej. W tym sensie prezydent Kropiwnicki wygrał, a mimo wszystko został odwołany. Jest w tym mechanizmie coś chorego – mówił wówczas Kaczyński, cytowany przez Interię.
Prezes PiS zwracał uwagę, że bywają sytuacje, że samorządowcy z zarzutami nie są odwoływani, a taki los spotyka osoby mające poparcie dużej części mieszkańców.
W odróżnieniu od obecnej sytuacji po łódzkim referendum nie było konieczności rozpisywania przedterminowych wyborów, co miało związek z faktem, iż w niedługim czasie kończyła się kadencja ówczesnych samorządowców. Po wyborach zorganizowanych jesienią 2010 roku, w Łodzi nastała trwająca do dziś era Hanny Zdanowskiej.

