
W Berlinie coraz mniej mówi się dziś o szybkim odbiciu, a coraz więcej o ostrożności. Niemiecki rząd obniżył prognozę wzrostu gospodarczego na ten rok o połowę. To ważny sygnał, bo jeszcze niedawno politycy liczyli, że po trudnych miesiącach gospodarka zacznie powoli wracać do formy.
Tak się jednak nie dzieje. Wojna z Iranem, droższa energia i niepewność na świecie sprawiają, że firmy trudniej planują przyszłość, a zwykli ludzie coraz uważniej patrzą na swoje wydatki. Dla wielu rodzin to nie jest abstrakcyjna ekonomia, tylko pytanie, ile zostanie w portfelu po opłaceniu rachunków.
Firmy coraz mniej wierzą w poprawę
Nastroje pokazuje najnowsze badanie instytutu ifo, który w Niemczech działa trochę jak gospodarczy sejsmograf: co miesiąc sprawdza, co firmy myślą o obecnej sytuacji i czego boją się w najbliższej przyszłości. Tym razem sygnał jest wyraźnie ostrzegawczy. Nastroje wśród przedsiębiorców znów się pogorszyły.
To ważne, bo kiedy przedsiębiorcy tracą pewność, zaczynają hamować. Odkładają inwestycje, ostrożniej zatrudniają, wolniej podejmują decyzje. W praktyce oznacza to mniej nowych projektów, mniej zamówień i mniej impulsów dla całej gospodarki.
Największy problem polega na tym, że gorszy nastrój nie dotyczy jednej branży. Ostrożniejsze są firmy przemysłowe, handlowe, usługowe i budowlane. To pokazuje, że nie chodzi o chwilowy kłopot jednego sektora, ale o szersze poczucie niepewności.
Ludzie boją się cen i odkładają zakupy
Drugi ważny sygnał płynie od konsumentów. NIM/GfK regularnie bada, czy Niemcy chcą wydawać pieniądze, czy raczej wolą je zatrzymać na trudniejsze czasy. To jeden z najważniejszych barometrów nastrojów zwykłych gospodarstw domowych.
Z najnowszego badania wynika, że nastroje kupujących znów się pogorszyły. Szczególnie mocno spadła wiara w poprawę własnych dochodów – do najniższego poziomu od lutego 2023 roku.
Oznacza to prostą rzecz: wielu Niemców boi się, że mimo pracy i pensji ich życie znów stanie się droższe. Rosną obawy, że energia, paliwo i codzienne zakupy będą kosztować więcej. A kiedy ludzie spodziewają się wyższych cen, przestają wydawać pieniądze na rzeczy, które mogą poczekać.
Nowy samochód? Może za rok. Remont mieszkania? Lepiej odłożyć. Droższy sprzęt do domu? Nie teraz. Takie decyzje podejmowane w milionach gospodarstw domowych szybko stają się problemem całej gospodarki.
Sklepy i usługi czują ostrożność klientów
To, że konsumenci zaciskają pasa, uderza później w:
-
sklepy,
-
restauracje,
-
producentów
-
i usługodawców.
Jeśli ludzie mniej kupują, firmy mają mniej zamówień. Jeśli firmy mają mniej zamówień, ostrożniej inwestują. I tak powstaje błędne koło, z którego trudno szybko wyjść. Dlatego słabe nastroje konsumentów są dla Niemiec tak groźne.
Niemiecka gospodarka przez lata opierała się głównie na przemyśle i eksporcie, ale bez krajowej konsumpcji trudno mówić o prawdziwym odbiciu. Zwłaszcza teraz, gdy także sprzedaż za granicę nie daje tak mocnego wsparcia jak kiedyś.
Eksport już nie ratuje sytuacji
Niemcy nadal są potęgą eksportową, ale dziś nie wystarczy już powiedzieć: sprzedamy więcej za granicę i gospodarka ruszy. Z najnowszych danych ifo wynika, że nastroje eksporterów lekko się poprawiły, ale nie na tyle, by mówić o przełomie. W praktyce wygląda to tak, jakby niemiecki eksport stał w miejscu.
Część firm widzi szansę, część obawia się spadku zamówień, a całość nie daje gospodarce takiego impulsu, jakiego Berlin bardzo dziś potrzebuje.
Niektóre branże radzą sobie lepiej – m.in. motoryzacja, elektronika czy producenci żywności i napojów. Ale sytuacja sektorów energochłonnych pozostaje trudna. Droga energia, niepewna sytuacja międzynarodowa i ostrożność klientów sprawiają, że przedsiębiorcy wolą nie ryzykować.
Problemem są nie tylko pieniądze
Najważniejsze w tych danych nie są same liczby. Ważniejsze jest to, co za nimi stoi: pogarszający się nastrój. Firmy boją się inwestować. Ludzie boją się wydawać. Rząd boi się obiecywać szybkie odbicie. To właśnie brak wiary w poprawę może być dziś największym problemem Niemiec.
Gospodarka często działa trochę jak samospełniająca się przepowiednia. Jeśli wszyscy zaczynają czekać na gorsze czasy, to sami pomagają je wywołać. Na razie Niemcy nie są w gospodarczym załamaniu. Ale są w stanie zawieszenia. Za słabe, by mówić o prawdziwym odbiciu. Za duże i za silne, by mówić o katastrofie.
I właśnie dlatego sytuacja jest tak niepokojąca: największa gospodarka Europy nie runęła, ale coraz wyraźniej stoi w miejscu.
Z Berlina dla Interii Tomasz Lejman

