20 września wybiorą swoje parlamenty Berlin i Meklemburgia-Pomorze Przednie. Oba głosowania nie stworzą jednak spójnego obrazu: różnią się kandydaci, problemy i elektorat. W Berlinie zagłosują także 16 i 17-latkowie.
Niemcy – wybory 2026. Dwie kampanie, dwa różne ryzyka
AfD wchodzi w obie kampanie z energią zwycięzcy. A zwycięstwo ma własną siłę przyciągania.
– Wyborcy lubią być po stronie triumfatorów. Niechętnie oddają głos na partię, przy której podejrzewają, że znajdą się po stronie przegranych – tłumaczy w rozmowie z Interią Julia Reuschenbach, politolożka z Uniwersytetu Hamburskiego zajmująca się partiami, wyborami i komunikacją polityczną.
Ten mechanizm może pomóc AfD zwłaszcza w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, gdzie partia już przed ostatnią prostą kampanii miała bardzo silną pozycję. Reuschenbach nie przesądza jednak wyniku. Jej zdaniem premier Manuela Schwesig (SPD) wciąż może wygrać, ale tylko pod warunkiem, że nie porzuci dotychczasowej strategii i nie zamieni ostatnich dni w jeden długi wiec przeciwko AfD.
– SPD powinna pozostać przy kampanii o sprawach ważnych dla mieszkańców landu, zamiast mówić wyłącznie: przeciw AfD, przeciw prawicy – ocenia politolożka.
To rada także dla pozostałych ugrupowań. Samo ostrzeganie przed AfD może umocnić ją w roli partii, wokół której kręci się cała polityka.
W Berlinie natomiast sukces AfD może zmobilizować również jej przeciwników, a najwięcej w takim scenariuszu zyskałaby Lewica – dla części wyborców najbardziej wiarygodna siła sprzeciwu wobec prawicy. Pod presją znalazłyby się wtedy SPD, Zieloni i CDU.
Stolica nie kończy się jednak na dzielnicach Mitte i Kreuzberg. Reuschenbach zwraca uwagę na młodych mieszkańców wschodnich peryferyjnych części miasta, do których AfD również potrafi dotrzeć. Wybory pokażą więc, kto skuteczniej uruchomi emocje po obu stronach.
Pytania o strategię zapory ogniowej wobec AfD
W CDU powraca spór o Brandmauer – „zaporę ogniową”, która ma wykluczać koalicje i uzależnianie większości od AfD. Reuschenbach widzi ją jako zabezpieczenie demokratycznych instytucji przed siłami, które mogą wykorzystać procedury demokracji do osłabiania jej od środka.
Chodzi o to, by nie oddawać ugrupowaniom ekstremistycznym stanowisk i dostępu do zasobów państwa. Dlatego, zdaniem politolożki, rezygnacja z tej zasady właśnie teraz byłaby dla CDU niebezpieczna i strategicznie niezrozumiała.
– AfD nigdy nie ukrywała, że chce zniszczyć CDU. Nie chodzi jej o budowanie większości na prawo od centrum. Jej celem jest wyparcie CDU ze sceny partyjnej i zajęcie jej miejsca – mówi Reuschenbach.
Do dziś AfD tego celu nie osiągnęła. Tym bardziej ryzykowne byłoby, gdyby chadecja sama otworzyła jej drzwi.
– Nie potrafię zrozumieć, co strategicznie miałoby przemawiać za tym, żeby partia otwierała drzwi komuś, kto wchodzi z deklaracją: chcę cię zniszczyć. Nie widzę za tym żadnych argumentów – podkreśla politolożka.
Reuschenbach dostrzega jednak błąd popełniany przez obrońców zapory ogniowej. Przez ostatnie lata pozwolili oni, by zakaz współpracy z AfD został przedstawiony jako wykluczanie jej wyborców. To nie jest to samo. Granica ma dotyczyć partii i dostępu do władzy, a nie ludzi, z którymi inne ugrupowania powinny rozmawiać i o których głosy muszą zabiegać.
Na poziomie gmin wspólne głosowania z AfD już się zdarzają. Reuschenbach widzi jednak zasadniczą różnicę między decyzją o panelach na dachu przedszkola albo o budowie obwodnicy a oddaniem partii wpływu na budżet, edukację i instytucje. Lokalna arytmetyka nie może być biletem do trwałej współpracy przy władzy – uważa rozmówczyni Interii.
Gdyby CDU próbowała przekonywać, że współpraca jest dopuszczalna w jednym parlamencie, ale już nie w Bundestagu, AfD natychmiast wykorzystałaby tę sprzeczność. Zdaniem Reuschenbach robiłaby to bez przerwy, ponownie narzucając innym temat i język debaty. Zamiast odzyskać ster, chadecja oddałaby go rywalowi.
Niemcy. Partie środka wciąż grają na zero z tyłu
Samo utrzymanie zapory nie wystarczy. CDU i SPD reagują na AfD, ale zbyt rzadko opowiadają o własnym planie dla Niemiec. Ich kampanie przypominają ciężkie statki, które zaczynają skręt wtedy, gdy mniejsze łodzie są już daleko przed nimi.
– Problem nie polega na tym, czy partia publikuje dwa filmy na Instagramie, czy 10. Problem brzmi: co właściwie chce opowiedzieć wyborcom? – mówi Reuschenbach.
Jej zdaniem polityka centrum została zepchnięta do obrony. Partie mówią, czego się boją i których obietnic AfD nie będzie mogła spełnić. To może być prawdziwe, ale nie odpowiada na pytanie: po co wyborcy mają poprzeć kosztowne reformy i do jakich Niemiec mają one prowadzić.
Reuschenbach porównuje tę strategię do drużyny, która pilnuje wyłącznie własnej bramki.
– Można grać tak, żeby nie stracić gola. Ale celem polityki musi być strzelanie własnych goli, podkreśla.
Socjaldemokraci mogą teraz próbować wykorzystać osłabienie większego partnera i ponownie otwierać spory o reformy. Z partyjnego punktu widzenia byłoby to zrozumiałe. Dla koalicji – groźne, bo wspólny kurs znów zamieniłby się w serię wzajemnych blokad.
Niegłosujący nie są własnością AfD
Najdłuższa walka rozegra się w dzielnicach, do których partie zaglądają dopiero przed wyborami. Niegłosujący nie tworzą jednego obozu, lecz częściej są wśród nich ludzie z niższym wykształceniem, małymi dochodami lub barierą językową oraz mieszkańcy miejsc ze słabym transportem i usługami publicznymi.
AfD łączy tam prostą opowieść z fizyczną obecnością. Organizuje lokalne wydarzenia i rodzinne festyny, a ludziom mówi: nie musicie się zmieniać, to system, elity, migranci albo Unia Europejska odpowiadają za wasze położenie. Dla kogoś, kto przez lata czuł się niewidzialny, taki język może brzmieć jak zaproszenie do rozmowy.
Reuschenbach zastrzega jednak, że niegłosujący wcale nie muszą ostatecznie wybrać prawicowych populistów. W wyborach federalnych w 2021 roku SPD potrafiła zmobilizować ponad pół miliona osób, które wcześniej nie chodziły do urn.
Warunek jest prosty do opisania i trudny do spełnienia: trzeba wracać także wtedy, gdy kamery już odjechały.
– Człowiek, który od lat nie głosuje, nie pójdzie nagle do urn tylko dlatego, że ktoś raz zapukał do jego drzwi. Musi mieć poczucie, że naprawdę się nim interesujecie, a nie że stał się ważny dopiero wtedy, gdy znów potrzebujecie jego głosu – mówi politolożka.
To właśnie tutaj inne partie mogą odebrać AfD inicjatywę: nie jednym spotem, lecz stałą obecnością między wyborami. Kto pojawia się wyłącznie w kampanii, sam potwierdza opowieść o elitach pamiętających o obywatelach raz na kilka lat.
Friedrich Merz zostanie. Ale padają pytania o 2029
Każdy kolejny słaby wynik CDU będzie wracał do Berlina jako pytanie o Friedricha Merza. Reuschenbach dostrzega rosnącą grupę działaczy i członków chadecji, którzy wątpią, czy obecny kanclerz i przewodniczący partii potrafi jeszcze przeprowadzić polityczny restart. Nie spodziewa się jednak jego szybkiej dymisji.
Natychmiastowa wymiana szefa rządu uruchomiłaby lawinę. SPD musiałaby pomóc wybrać nowego kanclerza z CDU, a więc własnymi głosami wzmocnić konkurenta. Zdaniem Reuschenbach AfD zażądałaby przedterminowych wyborów i przekonywała, że sama zmiana nazwiska nie daje rządowi nowego mandatu.
– Nikt nie jest zainteresowany przedterminowymi wyborami federalnymi – ocenia Reuschenbach.
– Kiedy państwo wchodzi w tryb nowych wyborów, staje się politycznie niezdolne do działania – dodaje.
Jednym z najczęściej wymienianych potencjalnych następców Merza jest Hendrik Wüst, premier Nadrenii Północnej-Westfalii. Dla Reuschenbach to atut CDU: utrzymuje koalicję z Zielonymi, dociera poza twardy elektorat chadecji i dotychczas trzyma AfD w ryzach, choć partia także tam rośnie.
– Nie spodziewam się teraz zmiany kanclerza. Rząd będzie raczej próbował utrzymać koalicję przez najbliższe półtora roku, przeprowadzić reformy i przynajmniej częściowo wyjść z kryzysu. Spodziewam się za to debaty o kandydaturze na kanclerza w 2029 roku, przewiduje Reuschenbach.
Z Berlina dla Interii Tomasz Lejman


