
– Po alkoholu zawsze jestem agresywny – powiedział warszawskim policjantom 48-letni Krzysztof. Chwilę wcześniej mężczyzna wszedł do autobusu, ale kiedy zorientował się, że jedzie w przeciwnym kierunku, wyszedł i ze złości uszkodził zaparkowany samochód. Badania wykazały, że miał 2 promile alkoholu we krwi.
Tyle samo pokazał alkomat w przypadku 29-letniego Kamila, który w Śródmieściu wszedł do sklepu monopolowego i chciał wedrzeć się za ladę, aby wziąć alkohol. Kiedy w obronie ekspedientki stanął klient, mężczyzna chciał uderzyć go butelką w głowę. Napastnika obezwładnili policjanci.
Trzej koledzy – Piotr, Konrad i drugi Piotr – ukradli ze sklepu piwo, kiedy ochroniarz chciał ich powstrzymać, zaczęli grozić mu śmiercią. Sprawcy zostali zatrzymani przez mokotowskich policjantów. Wszyscy byli pijani.
Inna historia. Mężczyzna przyszedł do sklepu monopolowego kupić alkohol. Sprzedawczyni uznała, że jest pijany i odmówiła sprzedaży. Mężczyzna opuścił sklep, a po chwili wrócił z młotkiem w dłoni, porozbijał szyby w lodówkach i uciekł.
To tylko mały wycinek z warszawskich kronik policyjnych ostatnich lat. Rocznie to tysiące interwencji. Łączy je: alkohol, agresja i chęć zakupu kolejnych wysokoprocentowych trunków.
Nocna prohibicja. Warszawa dołącza do wspólnego frontu
W Warszawie alkohol powyżej 4,5 proc. można kupić w około 6 tysiącach miejsc. Ponad połowa to sklepy, reszta restauracje. Stolicę według oficjalnych danych zamieszkuje blisko 1,9 mln ludzi. Statystycznie na 300 mieszkańców wypada jeden punkt, gdzie można kupić alkohol. Największe zagęszczenie sklepów z alkoholem jest w centrum.
Od 1 czerwca Warszawa dołączyła do ogólnopolskiego frontu trzeźwości i wprowadziła nocny zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach w godzinach nocnych. Stolica poszła śladem blisko dwustu innych polskich gmin, które już wcześniej powiedziały pas.
Zakaz sprzedaży alkoholu będzie obowiązywać we wszystkich dzielnicach stolicy w godzinach 22 – 6, z wyłączeniem sklepów w strefie wolnocłowej Lotniska Chopina.
Zanim jednak władze stolicy i miejscy radni zdecydowali o zakazie, nie obyło się bez politycznych turbulencji i chaosu decyzyjnego. Warszawscy radni KO wbrew prezydentowi Rafałowi Trzaskowskiemu długo nie chcieli się na nocną prohibicję zgodzić.
O tym, że nocna sprzedaż alkoholu jest problemem, część mieszkańców mówiła od dawna. Aż 60 proc. Warszawiaków była za nocną prohibicją – tak wynikało z badań „Barometru Warszawskiego” z 2023 r.
Polityczny bój o prohibicję
Wprowadzenie zakazu stało się także tematem ostatniej kampanii samorządowej w Warszawie. Startująca z poparciem Lewicy Magdalena Biejat deklarowała jasno, że jeśli wygra wybory, prohibicja zostanie wprowadzona. – Jeśli większość Warszawiaków będzie chciała takiego rozwiązania, będziemy się zastanawiali nad wprowadzeniem – ripostował w Radiu Zet Rafał Trzaskowski.
Po wygranych wyborach Trzaskowski zdecydował o przeprowadzeniu konsultacji społecznych. Mieszkańcy złożyli rekordową liczbę 8384 ankiet – nigdy wcześniej w Warszawie nie było takiego przypadku. Jednak zamiast szybkich zmian, doszło do politycznych przepychanek. Choć prezydent przygotował własny projekt uchwały zakazującej sprzedaży alkoholu, to podczas sesji, na której miało odbyć się głosowanie, ostatecznie wycofał dokument.
Powód był prozaiczny, Trzaskowskiego nie poparli partyjni koledzy zasiadający w radzie miasta. Kompromisem było wprowadzenie zakazu w Śródmieściu i na Pradze.
W proteście wiceprezydent Warszawy Jacek Wiśnicki podał się do dymisji. Stanowisko stracił także komendant stołeczny policji, inspektor Dariusz Walichnowski. Zaledwie kilka dni przed głosowaniem, podczas posiedzenia komisji bezpieczeństwa, Walichnowski mówił radnym wprost, że nocne interwencje wobec pijanych osób całkowicie paraliżują pracę policji.
Kilkanaście godzin po zakończeniu sesji do MSWiA wpłynął wniosek o odwołanie z funkcji komendanta. Wobec Walichnowskiego pojawiły się zarzuty, że „nie umiał rozwiązywać problemów stolicy”.
Ostatecznie zakaz sprzedaży alkoholu w nocy udało się przegłosować w połowie marca.
Co ciekawe, niektórzy przeciwnicy wprowadzenia nocnego zakazu argumentowali, że wydawane koncesje dają miastu milionowy zarobek. Sprawdziliśmy – w 2024 r. warszawscy urzędnicy zarobili w ten sposób nieco ponad 70 mln zł.
Szkopuł w tym, że te pieniądze nie zostały przeznaczone na inwestycje czy poprawę miejskiej komunikacji, ale na walkę z alkoholem i narkomanią. 70,6 mln zł przeznaczono na program profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych. Na program w zakresie przeciwdziałania narkomani urzędnicy wydadzą 1,8 mln zł.
Dla porównania w budżecie na 2025 r. na warszawskie programy zdrowotne oraz programy dotyczące uzależnień zaplanowano blisko 118 mln zł. Z czego 74 mln zł pochłonęły programy dotyczące uzależnień od alkoholu.
Tymczasem dostępne dane pokazują, że ograniczenie sprzedaży alkoholu przynosi wymierne korzyści.
Pierwszego lipca minął rok, odkąd w Krakowie zaczęła obowiązywać nocna prohibicja. Tylko od lipca do grudnia 2023 r. policyjne interwencje w godzinach zakazu sprzedaży alkoholu spadły o 47 proc., a strażników miejskich o 28 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2022 r.
Po wprowadzeniu zakazu sprzedaży alkoholu tylko w pierwszym półroczu liczba osób trafiająca na izbę wytrzeźwień spadła o 9,3 proc.
Podobne doświadczenia ma Wrocław. Miasto co prawda dopiero pod koniec zeszłego roku wprowadziło nocny zakaz sprzedaży alkoholu na terenie całego miasta (także na stacjach benzynowych), ale już wcześniej – od 2024 r. – obowiązywał on na dziewięciu osiedlach. Dostępne dane pokazują, że w tych rejonach Wrocławia liczba policyjnych interwencji spadła o 6,7 proc. rok do roku.
Na osiedlach, gdzie ograniczenie sprzedaży alkoholu działało najwcześniej, odnotowano spadek liczby interwencji policji (6,7 proc.) i straży miejskiej (15,14 proc.) rok do roku.
Obecnie w Polsce około 200 gmin wprowadziło w różnych formach zakaz sprzedaży alkoholu. Od dziś dobry przykład będzie też płynął ze stolicy.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl

