
Po pierwszych 45. minutach reprezentacja Polski przegrywała ze Szwecją 1:2. Choć Polacy byli zespołem zdecydowanie lepszym, niestety, gospodarze zadali dwa ciosy, które okazały się wyjątkowo celne – dając komfort gospodarzom.
Na szczęście w drugiej połowie finału baraży o MŚ 2026 po golu Karola Świderskiego, Polacy wyrównali po raz drugi, tym razem na 2:2. Kto jednak wie, co by było, gdyby Polska miała przyznane… aż dwa rzuty karne!
Kontrowersje w meczu Szwecja – Polska. Slavko Vinčić popełnił błędy?
Publikujący na łamach TVP Sport Rafał Rostowski, w przeszłości sędzia międzynarodowy, wskazał na błąd arbitra starcia w Solnie. Okazuje się, że Slavko Vinčić mógł podyktować w pierwszym kwadransie rzut karny dla Polaków.
„W 14. minucie Matty Cash składał się do strzału, ale nie trafił czysto w piłkę i w efekcie ta całkiem przypadkowo uderzyła go w prawą rękę, a po chwili równie przypadkowo – w lewą. Obie ręce Casha znajdowały się w pozycji naturalnej dla sytuacji – naturalnej dla wykonywanych przez niego ruchów. Polak poruszał się zgodnie z koordynacją ruchową, zgodnie z dynamiką ruchu, nie strzelił gola po kontakcie piłki z ręką, więc sędzia Slavko Vincić nie powinien był przerwać gry. Piłka potoczyła się do Roberta Lewandowskiego, który kopnął ją, ale został przy tym sfaulowany w polu karnym przez Carla Starfelta” – czytamy słowa Rostkowskiego na stronie TVP Sport.
Sędzia Vinčić wcześniej przerwał jednak grę – przez co faul na Lewandowskim nie został uwzględniony. Jak jednak widać, skoro przewinienia Casha nie było, to Polakom należał się rzut karny.
Co ciekawe, w drugiej części spotkania również doszło do kontrowersji z perspektywy przyjezdnych. Wydaje się, że w polu karnym faulowany był Jakub Kamiński, który wstawił nogę przed szwedzkiego obrońcę. Ten nie kopnął w piłkę, a w nogę Polaka. Sędzia ze Słowenii nie zdecydował się jednak choćby na sprawdzenie sytuacji za pośrednictwem VAR.
Patent reprezentacji Polski na baraże! Ostatnie lata to prawdziwy popis
W ostatnich latach polscy piłkarze są specjalistami w grze o bilety na duże turnieje, rywalizując poprzez tzw. drugą, barażową szansę.
Ta seria zaczęła się od poprzedniego mundialu, który był rozgrywany w Katarze (2022). Po wykluczeniu z rywalizacji Rosjan, na których trafił polski zespół – ze względu na bestialski atak na Ukrainę – Polska zagrała od razu w finale ze Szwedami. W Chorzowie, po golach Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego – skończyło się na stosunkowo pewnym zwycięstwie 2:0. To był też duży sukces ówczesnego selekcjonera Czesława Michniewicza. Polak został ściągnięty awaryjnie po burzliwym rozstaniu na linii PZPN – Portugalczyk Paulo Sousa.
Dwa lata później podobna historia spotkała zespół dowodzony przez Michała Probierza. Paradoksalnie, wówczas do Polak „sprzątał” po Portugalczyku, kiedy to fatalną kadencję w Polsce zaliczył Fernando Santos. Probierz zdołał doprowadzić zespół do strefy barażowej o Euro 2024. Polacy musieli już jednak przebrnąć przed dwie przeszkody. Zaczęło się od wysokiego zwycięstwa na PGE Narodowym z Estonią (5:1) w półfinale. W barażowym finale Polska po serii rzutów karnych (0:0 w regulaminowym czasie i dogrywce) ograła w Cardiff Walię. Bohaterem spotkania został wówczas bramkarz Wojciech Szczęsny, broniący decydującą „jedenastkę” na korzyść Polaków.
Trzeci raz z rzędu baraże Polacy rozpoczęli pod batutą trenera Jana Urbana. Zaczęło się bardzo obiecująco, bo od cenne zwycięstwa 2:1 nad Albanią na PGE Narodowym. Dzięki wygranej w półfinale, o bezpośredni wyjazd – tym razem na MŚ 2026 – Polakom przyszło się zmierzyć na wyjeździe ze Szwedami.












