
– Ujmując sprawę politycznie: Polska jako największe państwo NATO w regionie, który jest zagrożony przez Rosję, i lider wschodniej flanki Sojuszu musi znaleźć sojuszników – mówi Interii osoba z obozu władzy bardzo dobrze zorientowana w sprawach międzynarodowych. – Musimy dogadać się z państwami nordyckimi, z Bałtami i państwami wschodniej flanki. To jest format, który już jakiś czas temu zaczął żyć na poziomie rządowym: państwa nordyckie, Bałtowie, Polska. Teraz jeszcze dochodzą do tego Niemcy – słyszymy od naszego źródła.
Wspomniany format, o którym coraz częściej mówi się jako „sojuszu północnym”, nie jest nowością. Od momentu agresji Rosji na Ukrainę Polska zacieśnia współpracę właśnie z państwami nordyckimi i bałtyckimi, a także partnerami na wschodniej flance NATO. Powód jest oczywisty: to właśnie partnerzy z regionu dużo lepiej od „starej Unii” rozumieli i rozumieją zagrożenie ze strony Rosji. To te kraje są również same bezpośrednio zagrożone przez Kreml, co sprawia, że w ich przypadku nie kończy się na pustych deklaracjach.
Teraz wspomniany format pojawia się jako potencjalne remedium na coraz mocniej zauważalny problem – Polska wypada z europejskiej ekstraklasy, która bierze udział w rozmowach pokojowych na temat Ukrainy albo – jak w ostatnich dniach – wypracowuje odpowiedzi na dziwne i niebezpieczne propozycje płynące zza Atlantyku.
Co gorsze dla Polski, nie jest to sytuacja ani nowa, ani jednorazowa. Nasi rozmówcy z obozu władzy przyznają, że problemy zaczęły się, gdy wiosną tego roku niemal natychmiast wypisaliśmy się z „koalicji chętnych” – odmawiając wysłania polskich żołnierzy do Ukrainy w celu zapewnienia przestrzegania ustaleń przyszłego pokoju z Rosją.
Powód – jak twierdzą nasze źródła – był wówczas oczywisty: niechęć do antagonizowania wyborców na finiszu kampanii prezydenckiej. Rzecz w tym, że już po wyborach polski rząd nie skorygował swojego stanowiska w sprawie. Część naszych rozmówców otwarcie przyznaje, że trudno im to wyjaśnić, bo dyplomatyczna skuteczność nakazywałaby przynajmniej utrzymywanie niejednoznacznego stanowiska w tej kwestii.
Później sytuacja Polski uległa dodatkowemu pogorszeniu w połowie sierpnia, gdy delegacja czołowych państw unijnych udała się do Białego Domu, gdzie z Donaldem Trumpem rozmawiała o możliwościach zakończenia wojny. Media i komentatorzy nie tylko w Polsce zwracali wówczas uwagę na brak naszego kraju przy stole, podczas gdy znalazła się przy nim Finlandia i mający świetne relacje z amerykańskim prezydentem fiński prezydent Alexander Stubb.
W ostatnich dniach Polski zabrakło również w Genewie, gdzie Francja, Niemcy i Wielka Brytania wraz z Ukrainą i czołowymi decydentami z instytucji europejskich wypracowywały odpowiedź na amerykańsko-rosyjską wersję planu pokojowego. Tego samego, w którego dziewiątym punkcie Polska została wymieniona z nazwy jako kraj, w którym stacjonować będą europejskie myśliwce. I to mimo tego, że nikt wcześniej takiej zapisu z polskim rządem nie konsultował.
„Sojusz północny” wyciągnie Polskę z kłopotów?
Nie chodzi więc już tylko o kwestie geopolitycznego prestiżu czy politycznego wizerunku. W koalicji rządzącej coraz głośniej mówi się, że sprawy przybrały niedobry i potencjalnie niebezpieczny dla Polski obrót. Skoro samodzielnie Polska jest w stanie tylko reagować post factum bądź brać udział w zakulisowych rozmowach w szerszym gronie, coraz głośniej mówi się o zagraniu kartą lidera regionu.
Musimy dogadać się z państwami nordyckimi, z Bałtami i państwami wschodniej flanki. To jest format, który już jakiś czas temu zaczął żyć na poziomie rządowym: państwa nordyckie, Bałtowie, Polska
– Z punktu widzenia krajów, które rozumieją rosyjskie zagrożenie, Polska jest liderem i jesteśmy w stanie w tym formacie nordycko-bałtycko-polskim pozyskać sojuszników, dzięki którym będziemy w stanie siedzieć przy tym stole, przy którym decydować będą się kwestie pokoju w Ukrainie – mówi źródło Interii z kręgów dyplomatycznych w koalicji rządzącej. – Nikt w tym gronie nie ma wątpliwości, że Polska jest liderem regionu w temacie bezpieczeństwa – podkreśla.
– Musi być jasne, że nie ma mowy, że coś ma się dziać na terytorium Polski bez wiedzy i zgody Polski. To jest oczywiste – kontynuuje nasz rozmówca. I dodaje: – Poza tym, ponieważ my na wschodniej flance lepiej rozumiemy zagrożenie ze strony Rosji powinniśmy solidarnie się pewnych rzeczy domagać.
Chodzi, rzecz jasna, o obecność przy kluczowych rozmowach na temat zakończenia wojny. Chociaż nikt w obozie władzy nie mówi tego jeszcze wprost nawet w rozmowach nieoficjalnych, to między wierszami daje się zauważyć, że kolejnym narzędziem w walce o polskie interesy mogłoby być zdecydowanie mocniejsze postawienie sprawy niezastępowalności Polski w kwestii pomocy Zachodu dla Ukrainy.
– Ukraina i prezydent Zełenski nie powinni mieć wątpliwości, że Polska jest ważna i potrzebna w tym procesie – słyszymy od jednego z dobrze zorientowanych parlamentarzystów. – Muszą zdać sobie sprawę z tego, jak ważni jesteśmy w tej układance – zaznacza polityk.











