
Był 18 czerwca 1994 r. Sobota. Dochodziła godzina 7 rano. Oficer dyżurny Komendy Rejonowej Policji w Gdyni za nieco ponad godzinę miał kończyć zmianę. O godz. 6.43 zadzwonił jeden z mieszkańców. Powiedział, że w niewielkim Potoku Chylońskim przy ul. św. Mikołaja leżą zwłoki kobiety, a w pobliżu jest sporo krwi. Funkcjonariusz wysłał tam patrol. Okazało się, że informacja była prawdziwa.
Fragment policyjnej notatki: „Wokół miejsca zdarzenia stwierdzono porozrzucane części garderoby, buty damskie. W zaroślach na brzegu przepływającego strumienia stwierdzono częściowo obnażone ciało kobiety”.
Młoda kobieta leżała twarzą do wody, w nienaturalnej pozycji. Twarz zakrwawiona, z widocznymi obrażeniami.
Na szyi srebrny łańcuszek z krzyżykiem, na palcu srebrny pierścionek z symbolem serca. W pobliżu sweter, koszula, bielizna, pończochy, para butów. Była też m.in. paczka papierosów marki „Popularne”, butelki po winie „Anastazja”, „Cedron’ i po wódce „Prymiat”.
Jeszcze wówczas policja nie wiedziała, kim była zamordowana kobieta. Wyglądała na około 30-35 lat. Sekcja zwłok potwierdziła liczne rany tłuczone głowy i złamanie kości nosowych. Prawdopodobnym narzędziem zbrodni był znaleziony na miejscu zakrwawiony kawałek betonu. Przyczyną śmierci było uduszenie.
Kobieta w chwili zgonu była pod wpływem alkoholu. Śmierć nastąpiła ok. 2-3 w nocy. Ofiara została zgwałcona. W pochwie znaleziono ślady spermy.
Policyjny pies powąchał krew i zaprowadził funkcjonariuszy na parter klatki schodowej jednego z bloków przy pobliskiej ulicy Opata Hackiego. Nie wskazał jednak konkretnego lokalu. Mieszkańcy twierdzili, że nie znali zmarłej kobiety i nie wiedzą, kim była.
Miejsce, w którym znaleziono ciało, trudno było uznać za całkowicie odludne, przynajmniej w ciągu dnia. W pobliżu przechodzili Gdynianie idący do pracy w Zakładach Radiowych „Radmor” i piekarni. Rejon słynął też z tego, że przesiadywały tam osoby pijące alkohol. Stąd nie uchodził on również za zbyt bezpieczny.
„Siedziałam w oknie i wypatrywałam córki”
Jeszcze tego samego dnia policja wysłała zdjęcia kobiety do programu informacyjnego „Panorama”, emitowanego w TVP3 Gdańsk.
Po dwóch dniach od odnalezienia ciała na policję zgłosiła się 25-letnia kobieta. Twierdziła, że rozpoznaje ofiarę. Podała dane: 34-letnia Beata Bartoszuk, córka jej sąsiadki. Jeszcze tego samego dnia matka Beaty Bartoszuk potwierdziła tożsamość zmarłej.
W ostatnich latach Beata mieszkała wraz z dzieckiem u rodziców. Mąż, Edward (imię zmienione), mieszkał z kolei u swojej matki. Małżeństwo nie było jednak po rozwodzie, Beata i Edward widywali się niemal codziennie. Wspólne mieszkanie wynajęli innym ludziom. Oboje byli bez pracy, pieniądze się przydawały.
Pobrali się 12 lat wcześniej. Beata na początku pracowała w sklepie, Edward był kierowcą. Później w związku zaczęło się sypać. Edward coraz częściej zaglądał do kieliszka, ze względu na alkohol zwolniono go z pracy. Beata też przestała pracować, bo, jak twierdziła rodzina, miała problemy zdrowotne na tle nerwowym. Również nie unikała alkoholu.
Fragment zeznań matki Beaty Bartoszuk: „Córka piła niewielkie ilości alkoholu dla towarzystwa. Nie zdarzało się, żeby się upijała”.
Inną wersję przedstawiała śledczym teściowa Beaty, matka Edwarda.
Fragment zeznań teściowej: „Przez pewien czas mieszkała z nami, ale raczej nie dbała o dom, nie gotowała, nie sprzątała, przy czym bardzo dużo piła. Dziwnym przy tym wszystkim było dla mnie to, że Edek z Beatą właściwie się nie kłócili. (…) Syn pił dużo mniej niż Beata”.
Fragment zeznań znajomej małżeństwa: „Oboje lubią wypić i za kołnierz nie wylewają”.
Matka Beaty ostatni raz widziała córkę dzień przed odnalezieniem ciała, 17 czerwca po południu. Już wieczorem zaczęła się niepokoić, bo nie zdarzało się, żeby córka nie wracała na noc. Następnego dnia wciąż jej nie było.
Matka Beaty Bartoszuk: „Przez kilka godzin siedziałam w oknie i wypatrywałam córki. (…) Nikogo nie podejrzewam o zabójstwo mojej córki i nie wiem, kto to mógł zrobić”.
„Uderzyłem Beatę w twarz”
Policjanci zatrzymali Edwarda przed barem przy ul. Gniewskiej. Próbowali dociec, co działo się z Beatą w ostatnich godzinach przed śmiercią.
Fragment zeznań Edwarda: „Teście winili mnie za chorobę żony. Żona z synem była właściwie na utrzymaniu swoich rodziców, a ja na utrzymaniu swojej matki. Czasami pracowałem dorywczo, wtedy dawałem żonie część pieniędzy. (…) Spotykaliśmy się z żoną codziennie. Czasami u teściów, u mojej mamy lub umawialiśmy się gdzieś na dworzu. W tym okresie kłóciliśmy się głównie o pieniądze, których zawsze brakowało”.
Pewne jest, że wieczorem, na kilka godzin przed zabójstwem, Beata Bartoszuk była z mężem w mieszkaniu znajomego, Ireneusza Ż. W kilka osób pili tam alkohol.
Fragment zeznań Ireneusza Ż.: „Między małżonkami Bartoszuk kilkukrotnie doszło do scysji. Jak zrozumiałem, powodem tych sprzeczek były sprawy finansowe. Edek miał pretensje do swojej żony, że zabrała mu część pieniędzy, które należały mu się z tytułu wynajmu wspólnego mieszkania”.
Ok. godz. 21 Edward zaczął się zbierać. Beata chciała kontynuować imprezę, a nawet przenocować, jednak żona Ireneusza Ż. się nie zgodziła. Mieszkanie było, bądź co bądź, jednopokojowe.
Beata i Edek opuścili więc mieszkanie Ireneusza razem.
Fragment zeznań Edwarda: „Szliśmy na przystanek przy IV LO. Po drodze Beata krzyczała, że ona chce pić, że niepotrzebnie wyszliśmy. Szliśmy ulicą Ramułta. Wtedy uderzyłem Beatę w twarz, aby się uspokoiła. Trochę to poskutkowało. Doszliśmy do przystanku. Na przystanku Beata nadal dyskutowała na temat picia”.
Mężczyzna twierdził, że zostawił żonę i wrócił do domu piechotą. Zarzekał się, że jej nie zabił.
Edward: „Jak sobie wypiła i była sama, a w dodatku chciała jeszcze wypić, to nie zwracała uwagi, z kim idzie i z kim będzie pić”.
Kierowczyni trolejbusu, która zresztą znała Edwarda z dawnej pracy, zeznała, że 17 czerwca po godz. 21 Edward wsiadł z Beatą i innym mężczyzną do trolejbusu na przystanku na ul. Morskiej. Twierdziła, że cała trójka wysiadła po kilku minutach przy IV LO.
Zorganizowano konfrontację. Edward zapewniał konsekwentnie, że tego wieczoru żadnym trolejbusem z żoną nie jechał.
Z jego zeznań wynikało, że do domu wrócił ok. godz. 21. Potwierdziła to jego matka. Poza tym na miejscu zbrodni nie znaleziono ani jego włosów, ani odcisków palców. Na jego odzieży nie było włosów Beaty. Nie było też jego DNA.
„Mówił, że wyrok na mnie zrobi”
Policjantka, która rozmawiała z gapiami na miejscu zbrodni, dowiedziała się, że zaledwie dzień wcześniej w pobliskim tunelu pod torami młody mężczyzna zaatakował 30-letnią kobietę Elżbietę K. (dane zmienione). Funkcjonariusze o sprawie jeszcze wtedy nie wiedzieli, bo Gdynianka dopiero zamierzała to zgłosić.
Do ataku doszło 17 czerwca w południe.
Fragment zeznań Elżbiety K.: „Zeszłam schodami w dół tunelu i gdzieś w połowie znienacka z tyłu zostałam uderzona w tył głowy i następnie zostałam złapana z tyłu za włosy i przyciśnięta do muru. W tym czasie zauważyłam mężczyznę trzymającego mnie za włosy, który przez cały czas bluźnił, wyzywał mnie od kurew, szmat, mówił, że wyrok na mnie zrobi”.
Mężczyzna miał zdjęte spodnie, ocierał się o kobietę członkiem. Kobieta błagała go, żeby ją puścił, oferowała pieniądze. Gdy powiedziała, że ma dwójkę dzieci, to rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Groził, że będzie je oglądała z nieba.
Napastnik zaczął dusić Elżbietę K. apaszką. Kobiecie udało się wyrwać. Mężczyznę spłoszył znajomy Elżbiety K., który akurat przejeżdżał przez tunel rowerem.
Sprawca miał ok. 30-35 lat i krótkie blond włosy, był barczysty, lewe oko „uciekało” mu na prawo. Na podstawie opisu kobiety wykonano portret pamięciowy.
Według śledczych sprawcą ataku na Elżbietę K. i zabójcą Beaty Bartoszuk mogła być ta sama osoba.
Okazano Elżbiecie K. zdjęcia kilku mężczyzn, m.in. 35-latka, który wykonywał prace na pobliskim torowisku. Kobieta nie rozpoznała wśród nich napastnika.
Dzień później w związku z zabójstwem zatrzymano 36-letniego pracownika stoczni remontowej „Nauta”. Przeszukano jego pokój w hotelu robotniczym, nie znaleziono niczego podejrzanego. Elżbieta K. uznała, że to nie był napastnik.
Policjanci dostali też cynk, że podobny do mężczyzny z portretu pamięciowego jest człowiek, który znalazł się właśnie w izbie wytrzeźwień. Elżbieta K. także go wykluczyła.
Ataki na kobiety w Gdyni
Po kilku dniach kolejne zgłoszenie, tym razem w sprawie incydentu, do którego doszło ok. 3 dni przed zabójstwem. Mieszkankę Gdyni zaczepił obnażony mężczyzna. Wyzwała go od zboczeńców. Zdenerwował się.
Fragment zeznań: „Chwycił mnie za kurtkę na wysokości ramion i ciągnął w stronę drzewka. Mówił coś do siebie, chyba przeklinał. W pewnym momencie pchnął mnie w kierunku drzewka, zapiął sobie spodnie i spokojnie odszedł. Nie wiedziałam, co się stało, dopiero po chwili zobaczyłam mężczyznę idącego w kierunku przystanku SKM”.
Kobiecie pokazano portret pamięciowy przygotowany na podstawie opisu Elżbiety K. Oceniła podobieństwo na ok. 80 proc.
Policja dostała też informację od 26-letniej kobiety o zdarzeniu, do którego doszło kilka tygodni wcześniej. Gdy była na spacerze z psem, zaczął biec w jej stronę nagi mężczyzna. Na początku szedł tuż obok niej. Ostrzegła, że poszczuje go psem. Mężczyzna powiedział, że wobec tego zrobi coś psu.
Fragment zeznań: „W pewnym momencie złapał mnie za ramię i powiedział: 'Stój, nic ci nie zrobię, sobie chcę zrobić'”.
Zaczęła uciekać, co zdenerwowało mężczyznę. Udało jej się zbiec. Nie była w stanie ocenić, czy mężczyzna z portretu pamięciowego to ten sam, który ją zaczepił.
Było też zgłoszenie o mężczyźnie, który na początku lipca przed północą biegł za kobietą idącą ul. Morską. Mężczyzna miał być podobny do tego narysowanego na portrecie pamięciowym.
Ponadto 7 lipca wieczorem inna mieszkanka została zaatakowana przy ul. Śląskiej. Nieznany sprawca chwycił ją z tyłu za szyję, krzycząc: „Mam cię!”. Wyrwała się i uciekła do pracy. Nie zdążyła zobaczyć jego twarzy.
W okolicach czerwca i lipca 1994 r. w Gdyni doszło do co najmniej kilku ataków, których sprawcą potencjalnie mógł być zabójca Beaty Bartoszuk i sprawca napadu na Elżbietę K.
Łącznie w ramach śledztwa wytypowano ponad 30 mężczyzn. Badania DNA wykluczyły jednak ich udział. Angażowano też Elżbietę K., kobieta nie rozpoznała napastnika.
Przesłuchano ponadto dziesiątki świadków, okolicznych mieszkańców, tych, którzy mogli coś zauważyć lub coś usłyszeć. Bez większych rezultatów.
Eksperci o „seryjnym napastniku”
23 grudnia 1994 r. umorzono śledztwo ws. zabójstwa Beaty Bartoszuk i ataku na Elżbietę K. Mimo to ze sprawy całkowicie nie zrezygnowano. W kolejnych latach wciąż typowano i weryfikowano potencjalnych podejrzewanych.
W 2005 r. sprawą zajęło się pomorskie Archiwum X. Zdecydowano wtedy m.in. o wyizolowaniu DNA z butelek, które znaleziono na miejscu zdarzenia. Udało się również uzyskać DNA z nasienia, które pozostawił sprawca.
W 2007 r. Instytut Ekspertyz Sądowych im. Prof. dra Jana Sehna w Krakowie wydał opinię na podstawie analizy akt sprawy.
„Ze względu na przytoczone w aktach przypadki napadów na kobiety, w tym samym okresie i w tym samym mieście, istnieje prawdopodobieństwo, że jest to zbrodnia dokonana przez seryjnego napastnika. Jednak poza przypadkiem będącym przedmiotem niniejszej sprawy, nie stwierdzono innych podobnych zabójstw” – czytamy.
„Wybór ofiary przez sprawcę miał charakter sytuacyjny: okoliczności skłoniły go do odczytania sytuacji jako nadarzającej się okazji do napadu. Sprawca albo uprzednio szedł za upatrzoną ofiarą i zaatakował w miejscu, które uznał za dogodne, gdyż znajdowało się na uboczu, przy małym prawdopodobieństwie pojawienia się przygodnych świadków, albo też w dogodnym miejscu, ukryty w zaroślach, oczekiwał na przechodzącą, samotną kobietę” – wskazano.
Nie wykluczono, że sprawca znał swoją ofiarę. Ponieważ do zabójstwa Beaty Bartoszuk i ataku na Elżbietę K. doszło w pobliżu linii kolejowej, spekulowano, że sprawca mógł mieć jakiś związek z koleją (np. przyjechał pociągiem do Gdyni, pochodził z rodziny kolejarskiej).
„Zabójstwo jest wynikiem działania sprawcy zdezorganizowanego. Oznacza to, że prawdopodobnie cierpi on na zaburzenia psychiczne, utrudniające mu prawidłowe funkcjonowanie w społeczeństwie. Nie musi to oznaczać choroby psychicznej” – napisano.
Eksperci wysnuli też wniosek, że Beata Bartoszuk spędziła wcześniej na tym terenie kilka godzin. Może ktoś zaproponował jej wspólne wypicie alkoholu.
Oceniono, że największe podobieństwo do okoliczności zabójstwa Beaty Bartoszuk wykazują konkretnie trzy inne ataki, w tym na Elżbietę K.
„Sprawca działał najprawdopodobniej pod presją bardzo wysokiej frustracji potrzeby seksualnej. Nasuwa się wniosek, że miał poważne trudności w realizacji tej potrzeby w sposób akceptowany społecznie. Mógł nie mieć stałej partnerki lub pozostawać z nią w dłuższej separacji. (…) Jest wątpliwe, aby w okresie zdarzenia miał stałą pracę zarobkową” – zaznaczono w opinii.
„Zabójstwo Beaty Bartoszuk nosi znamiona potencjalnie seryjnego, jest więc wysoce prawdopodobne, że w późniejszym okresie sprawca powtarzał podobne działania, tj. brutalne gwałty, a może i zabójstwa” – wskazano.
Policja: Być może sprawca wszedł w stan wyciszenia
– „Seryjny sprawca” nie jest pojęciem tożsamym z „seryjnym zabójcą” – podkreśla podinsp. Paweł Mrozowski z Zespołu Przestępstw Niewykrytych Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku.
– Jest wielce prawdopodobne, że za częścią napaści i prób tychże, jakie miały miejsce w połowie 1994 r. w Gdyni, stał jeden i ten sam sprawca. Być może po zabójstwie, będącym niejako punktem kulminacyjnym, wszedł w stan wyciszenia, a później, albo nie atakował już tak brutalnie, albo może trafił do więzienia i nikt go z tym zdarzeniem nie powiązał, albo może zmarł – wyjaśnia funkcjonariusz.
– Niestety w sprawach sprzed lat jest morze możliwości i alternatyw co do dalszych losów sprawcy, co nie ułatwia nam pracy. Jednocześnie należy wykluczyć, aby sprawca zabójstwa Beaty Bartoszuk, to jedna i ta sama osoba, która zabiła w 1995 r. Ewę Miotk w Sierakowicach i Darię Relugę w Sopocie. Poza odmiennym modus operandi, okolicznościami zdarzenia, w tych sprawach występuje różne DNA. Mord na Beacie Bartoszuk wpisuje się w typ zabójstwa na tle seksualnym, natomiast bardzo brutalne obejście się z ofiarą może, aczkolwiek nie musi, identyfikować sprawcę jako osobę chorą psychicznie – zaznacza podinsp. Paweł Mrozowski.
Kto zabił Beatę Bartoszuk?
W ostatnich miesiącach sprawa ponownie trafiła do Archiwum X.
Ustalono, że na jednej z butelek po winie znajdowały się ślady linii papilarnych 38-letniego wówczas mężczyzny. Był notowany za przestępstwa przeciwko mieniu za niepłacenie alimentów. Zmarł w 1998 roku. Policjanci chcą porównać DNA ze spermy sprawcy z DNA pobranym od krewnego mężczyzny.
Może się jednak okazać, że mężczyzna, którego linie papilarne stwierdzono na butelce, wcale nie był zabójcą. Butelka mogła tam przecież znajdować się od wielu dni, jako że było to miejsce, gdzie przebywały osoby spożywające alkohol.
Materiały dotyczące zabójstwa Beaty Bartoszuk zgromadzono w czterech tomach akt, liczących łącznie ok. 700 kart. Funkcjonariusze liczą na to, że sprawa zbrodni w końcu znajdzie swój finał.
Osoby, które mają jakiekolwiek informacje na temat zabójstwa Beaty Bartoszuk, proszone są o kontakt z KWP Gdańsk, 47 741 58 61, 47 74 15 282, email: sekretariat.wds.kwp@gd.policja.gov.pl lub najbliższą jednostką policji.
Za pomoc w przygotowaniu artykułu dziękujemy funkcjonariuszom Archiwum X KWP w Gdańsku. Wypowiedzi świadków pochodzą z akt sprawy.












