
Tylko 18 lutego śledzący transpondery amerykańskich samolotów wojskowych entuzjaści naliczyli 46 latających cystern, które obrały kierunek z USA na wschód. Łącznie w bazach na Bliskim Wschodzie i w Europie ma być ich już około setki. A może więcej, bo nie wszystkie muszą lecieć z włączonymi transponderami, pozwalającymi śledzić ich lot.
Określenie liczby latających tankowców jest bardzo ważnym wskaźnikiem przygotowań USA do wojny. Są to maszyny niezbędne do prowadzenia kampanii uderzeń z powietrza, ponieważ większość współczesnych samolotów bojowych ma niewystarczający zasięg, aby móc swobodnie przeprowadzić kilkugodzinną misję bojową nad tak rozległym krajem jak Iran. Co istotne, obecnie tankowców jest już zdecydowanie więcej niż przed czerwcowym uderzeniem na obiekty związane z programem jądrowym Iranu. Tamto trwało jedną noc. Między innymi dlatego można się domyślać, że tym razem Trump ma znacznie większe ambicje.
Prawdziwa podniebna kawalkada
Ku Iranowi lecą nie tylko latające cysterny. Bardzo wymowne są też ruchy latających radarów i stanowisk dowodzenia E-3 Sentry (potocznie często nazywanych AWACS). To kolejny tak zwany mnożnik siły lotnictwa bojowego, obok latających cystern. Zapewniają one mniejszym samolotom bojowym lepsze rozpoznanie oraz koordynację. W ciągu ostatnich 48 godzin z USA na wschód wyruszyło łącznie sześć E-3. Po przystankach w Niemczech i Wielkiej Brytanii wszystkie podążyły do bazy w Arabii Saudyjskiej. Sześć sztuk może wydawać się niewiele, ale to prawie 1/3 całej aktywnej amerykańskiej floty E-3. To największy tego rodzaju ruch od wielu lat. Towarzyszyły im dodatkowo dwa specjalistyczne samoloty E-11 BACN, które są latającymi węzłami łączności. Trzy inne były już w Arabii Saudyjskiej. Amerykanie mają ich łącznie zaledwie osiem. Zauważono też pojedyncze samoloty walki elektronicznej.
Razem z większymi maszynami lecą też mniejsze, bojowe. Cysterny, które wykonują długie loty transkontynentalne, często „ciągną” za sobą po kilku mniejszych towarzyszy, zapewniając im paliwo i wsparcie w trasie. Maszyny bojowe zazwyczaj mają jednak wyłączone transpondery, więc informacje na temat ich ruchów są ograniczone. Pochodzą raczej z nieoficjalnych przecieków do mediów, zdjęć satelitarnych, a także relacji miłośników fotografii lotniczej wyczekujących pod bazami. W ostatnich dobach zaobserwowano loty całej gamy amerykańskich maszyn bojowych: od F-35 z bazy w Wielkiej Brytanii, przez F-22 lecące z USA, po F-15 i F-16 z baz we Włoszech i Wielkiej Brytanii. Amerykański portal Axios pisał w środę, że tylko w ciągu ostatniej doby około 50 maszyn bojowych przerzucono na Bliski Wschód. Większość do baz w Jordanii i Arabii Saudyjskiej. Na tak zwanym teatrze działań jest już około 130 F-15, F-16, F-22 i F-35. Można się spodziewać przylotu jeszcze większej ich liczby w najbliższych dniach.
W tle nieustannie poruszają się ciężkie samoloty transportowe C-5 i C-17. Od pierwszej połowy stycznia, początku tej fazy napięć oraz gromadzenia sił USA w regionie, naliczono już prawie 200 takich lotów. Każdy to kilkadziesiąt ton różnych ładunków. Aktualnie transportowce wykonują po kilkanaście misji na dobę. Wożą zapewne amunicję, części zamienne, ludzi oraz sprzęt do obsługi innych samolotów w wysuniętych bazach, a do tego systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Skala ruchów amerykańskiego lotnictwa w ostatnich dobach jest przez entuzjastów śledzących loty nazywana różnie, ale sprowadza się do określenia „nadzwyczajna”.
Dodatkowo swoje przygotowania prowadzi flota. Jeden zespół lotniskowca atomowego jest w regionie już od połowy stycznia. USS Abraham Lincoln ma na pokładzie około 90 samolotów i śmigłowców, a towarzyszą mu cztery niszczyciele rakietowe oraz prawdopodobnie atomowy okręt podwodny. Dodatkowo w kierunku Bliskiego Wschodu podąża z Karaibów USS Gerald R. Ford. Pod koniec sierpnia ub. roku został wysłany w drugą stronę, aby wziąć udział w operacji przeciw Wenezueli. Okręt włączył swój transponder w środę i objawił się w pobliżu wybrzeża Maroko. Niebawem może przekroczyć Cieśninę Gibraltarską i wejść na Morze Śródziemne. Jeśli utrzymywałby realistyczną prędkość marszową rzędu 20 węzłów, do wybrzeży Izraela dotrze w ciągu niecałych 5 dni. Według amerykańskiego dziennika „New York Times” ma tam początkowo wspierać obronę Izraela przed ewentualnym atakiem odwetowym Iranu.
Co USA zrobią z tą siłą?
Przygotowania Amerykanów są wyraźnie widoczne. Tak jakby sami chcieli, aby je widziano. Może to być element presji na Iran, choć według przecieków z kręgów rządowych USA oraz Izraela wiara w dyplomatyczne rozwiązanie sytuacji ma być już nikła. Znacznie bardziej prawdopodobne są realne przygotowania do wojny i to poważnej, a nie jednej nocy nalotów. Ostateczna decyzja miała jednak jeszcze nie zostać podjęta i brakuje jasności, co właściwie można osiągnąć przy pomocy gromadzonych na Bliskim Wschodzie sił. W ciągu ostatniej doby amerykańskie i izraelskie media napisały o tym cały szereg artykułów.
Według amerykańskiego portalu „Axios” USA są znacznie bliższe wojny z Iranem, niż może się wydawać. Trump ma być zniecierpliwiony brakiem postępów w negocjacjach i twardą postawą Teheranu. Ostatnia runda rozmów w Genewie nie przyniosła nic konkretnego. Prezydent USA ma się skłaniać ku wydaniu rozkazu ataku i może to nastąpić nawet w ciągu najbliższych dni. Poprzednio w połowie stycznia miał z tego zrezygnować, ponieważ wojsko USA nie było wówczas gotowe do poważniejszej operacji. Aktualnie już właściwie jest i Biały Dom ma preferować kampanię na dużą skalę, rozłożoną nawet na kilka tygodni, a nie jedną noc ataków lotniczych. Według rozmówców portalu prawdopodobieństwo wybuchu wojny w najbliższym czasie wynosi 90 procent. Ma się też do niej szykować Izrael, gdzie wojsko i rząd zakładają, że wybuch konfliktu nastąpi w ciągu najbliższych dni. Tel-Awiw ma naciskać, aby operacja przeciw Iranowi miała na celu obalenie reżimu Ajatollahów. Nie jest jasne, jak miałoby do tego dojść, biorąc pod uwagę działania głównie z powietrza.
O praktycznej gotowości Pentagonu do wojny pisał też wspomniany amerykański „NYT”. Ewentualna agresja mogłaby się rozpocząć już w ciągu kilku dni, choć Trump miał jeszcze nie określić w jednoznaczny sposób swoich zamiarów. Według gazety do wojny u boku USA szykuje się izraelskie wojsko, które od połowy stycznia jest w stanie podwyższonej gotowości. Przygotowania mają być „znaczące”. Wiara w osiągnięcie rozwiązania dyplomatycznego ma być w Waszyngtonie bardzo ograniczona. Poważnym źródłem niepewności jest jednak to, co właściwie USA chciałyby osiągnąć nalotami. Oficjalnie nadrzędnym celem pozostaje definitywne rozbicie irańskiego programu jądrowego. Choć dopiero niedawno, po nalotach w czerwcu 2025 roku, Trump i jego współpracownicy ogłaszali, że został on zniszczony.
Wobec rozległych aktualnych przygotowań i tego, jak wątłe okazały się zdolności Iranu do odpierania ataku amerykańsko-izraelskiego w 2025 roku, teraz też można się spodziewać dość jednostronnego starcia. Irańska obrona przestrzeni powietrznej została wówczas zdemolowana i nic nie wskazuje, aby do dzisiaj została odbudowana oraz istotnie wzmocniona. Podobnie jest z odwetowym arsenałem rakietowym, który nie zadał napastnikom dostatecznie bolesnych strat, aby ich odstraszyć. Osiągnięcie dominacji w przestrzeni powietrznej Iranu i zdławienie jego zdolności odwetowych to jednak jedno. Czym innym jest osiągnięcie jakiegoś konkretnego celu politycznego, czyli zmuszenie Iranu do uległości albo do doprowadzenia do upadku reżimu. Historia pokazuje, że bardzo trudno to osiągnąć samymi bombami. Oczywiście Trump może się zadowolić kolejnym przeoraniem irańskiego wojska i Korpusu Strażników Rewolucji oraz jakimiś spektakularnymi atakami na przywódców i program jądrowy. Może to wystarczyć do odtrąbienia wielkiego sukcesu. Jednak tak jak po czerwcowych atakach, nie zmieni to fundamentalnie sytuacji.








![Weta Karola Nawrockiego. Polacy ocenili, o co chodzi prezydentowi [SONDAŻ] Weta Karola Nawrockiego. Polacy ocenili, o co chodzi prezydentowi [SONDAŻ]](https://bi.im-g.pl/im/1e/19/1f/z32611102IER,Karol-Nawrocki.jpg)



