Prawdziwy terminator ma koła albo gąsienice. Ukraiński front się robotyzuje

Skala tego zjawiska jest trudna do jednoznacznego określenia, ale to już nie jest faza eksperymentów i frontowych samoróbek jak rok temu. Tak jak w powietrzu 1-2 lata temu, robotyzacja na ziemi wyraźnie przyśpieszyła. Drony lądowe są już produkowane w dużych seriach, zaczyna się standaryzacja i powszechne użycie. Nagrania z działań na froncie z ich udziałem to już nie nowinki, ale właściwie codzienność.

Lądowi robo-wojownicy

Temat ten poruszył w poniedziałek Wołodymyr Zełenski podczas swojego wystąpienia z okazji Dnia Pracownika Przemysłu Zbrojeniowego. Prezydent wykorzystuje tę okazję, aby podkreślić osiągnięcia ukraińskie w dziedzinie produkcji i rozwoju uzbrojenia, wybierając obszary, które pozwalają osiągnąć jak najlepszy efekt promocyjny. W tym roku były to właśnie między innymi drony lądowe. – Nasze robotyczne systemy lądowe wykonały ponad 22 tysiące misji na froncie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Ujmując to inaczej, ponad 22 tysiące razy uchroniono ludzkie życie, kiedy robot wyruszył do najniebezpieczniejszej strefy zamiast żołnierza – mówił Zełenski. Stwierdził też, że „po raz pierwszy w historii tej wojny, wroga pozycja została zajęta wyłącznie przez systemy bezzałogowe, powietrzne i lądowe”. – Okupanci się poddali, a operacja odbyła się bez udziału naszej piechoty i strat po naszej stronie – stwierdził prezydent.

Podawane przez niego liczby zgadzają się z tym, które niedawno publikował ukraiński Sztab Generalny. Według nich od stycznia do końca marca drony lądowe wykonały ponad 24,4 tysiąca misji. W samym marcu „ponad 9 tysięcy”, czyli około 300 dziennie. Oznacza to znaczący wzrost na przestrzeni zaledwie 5 miesięcy, bo jeszcze w listopadzie miało to być 2,9 tysiąca. Nie jest jednak jasne, o jakim robotycznym ataku zakończonym poddaniem się Rosjan mówił Zełenski. Pierwsze potwierdzone przypadki użycia robota do szturmu na pozycję rosyjską to jeszcze sierpień 2024 roku w ramach ofensywy w obwodzie kurskim. Ukraiński pododdział sił specjalnych użył wówczas drona z karabinem maszynowym do zaatakowania grupy Rosjan ukrywających się w zagajniku przy zaminowanej drodze. Robot nie przetrwał starcia i nie jest jasne, czy jego ogień był celny. Jednocześnie Rosjanie byli jednak ostrzeliwani z moździerza i w końcu wycofali się ze swojej pozycji, co ogólnie pozwoliło określić Ukraińcom atak jako „udany”.

Do miana pierwszego udanego ataku robotów kończącego się pojmaniem Rosjan aspiruje 3. Samodzielny Korpus Szturmowy, który w lipcu 2025 roku zaatakował wyjątkowo uporczywie broniącą się grupę Rosjan lądowymi dronami-kamikadze, czyli znanymi już od prawie stu lat minami samojezdnymi. Pierwsza wybiła dziurę do wnętrza ziemianki, w której schronili się żołnierze. Kiedy druga wtoczyła się do środka, Rosjanie się jej poddali, nie chcąc ryzykować tego, co stanie się po detonacji kolejnych 30 kg materiałów wybuchowych. Jest możliwe, że prezydent nawiązywał do styczniowego wydarzenia z rejonu Hulajpola, które zaowocowało bardzo dobrym nagraniem poddawania się Rosjan robotowi. Widać na nim trzech rosyjskich żołnierzy, którzy najpewniej zostali wcześniej zaatakowani przez jakiegoś drona latającego. Jeden jest ranny, a jego towarzysze wyraźnie trwożnie spoglądają w niebo. Poddają się jednak dronowi lądowemu. Te mają najczęściej zamontowane głośniki, aby móc za ich pośrednictwem przekazywać komendy. Dalsze szczegóły wydarzenia nie są znane.

Do tego rodzaju działań szturmowych drony lądowe są najczęściej uzbrojone w karabin maszynowy. Do w miarę stabilnego prowadzenia ognia muszą mieć odpowiednie rozmiary oraz masę. Nie są to więc maszyny ani szybkie, ani zwinne. Nie odnalazłyby się więc w realiach bardziej dynamicznej wojny niż ta obecna w Ukrainie, która jest bardzo statyczna. Ich silną stroną jest raczej odporność na ostrzał i brak takich ludzkich słabości jak strach czy zmęczenie. Starcie z przeciwnikiem stojącym na otwartej przestrzeni i będącym pozornie niewrażliwym na kule, jednocześnie prowadzącym spokojnie ogień z karabinu maszynowego w twoim kierunku, ma być bardzo deprymujące. No i przede wszystkim, drony można wysyłać tam, gdzie ludzi szkoda ze względu na duże ryzyko śmierci lub odniesienia ran.

Kręgosłup i krwioobieg wojny

Jednak bezpośrednia walka to nie jest to, do czego lądowe bezzałogowce są najczęściej używane. Mają inne zadania które, choć może są mniej spektakularne, mają ogromne znaczenie. To logistyka i ewakuacja rannych. Codzienna konieczność, bez której nie da się prowadzić wojny, a która stała się bardzo niebezpieczna ze względu na rozwój dronów latających. Zarówno rozpoznawczych, jak i uderzeniowych. Aktualnie około 15-20 kilometrów za linią kontaktu rozciąga się tak zwana strefa śmierci, gdzie jakikolwiek ruch oznacza wystawienie się na poważne ryzyko. Dostarczanie zaopatrzenia na wysunięte pozycje, rotowanie ich obsad czy ewakuacja rannych, to obecnie zadania bardzo trudne. W początkowym okresie używano do tego głównie samochodów terenowych. Potem zaczęto szerzej stosować mniej rzucające się w oczy quady z przyczepkami. Teraz nawet one są często za duże i w wielu miejscach dotarcie na wysunięte pozycje to długa wyprawa piesza, najlepiej nocami czy we mgle, co jest nadal bardzo ryzykownym zadaniem.

Dlatego już od dobrze ponad roku zaczęto stosować drony. Na początku na większą skalę te powietrzne, których na froncie było znacznie więcej. Zamiast granatów zaczęto pod nie podwieszać małe pakunki z wodą, jedzeniem i amunicją, które zrzucano na własne pozycje. Kiedy teraz czasem pojawiają się informacje o ukraińskich żołnierzach trzymających jedną pozycję miesiącami bez zmiany, to właśnie dzięki takim dostawom zaopatrzenia. Problem tego rozwiązania jest taki, że drony latające mają mały udźwig – góra kilka kilogramów lub kilkanaście-kilkadziesiąt w przypadku tych największych. To ciągle mało, kiedy trzeba zaopatrywać kilku ludzi siedzących w ziemiance. Oznacza to częste loty oznaczające ryzyko utraty maszyny, ale też wykrycia jej operatorów.

Nagranie misji zaopatrzeniowych ukraińskich dronów jeszcze z lata 2025 roku.

I tutaj przebojem wdzierają się właśnie drony lądowe. Ich standardowy udźwig to zazwyczaj rejon do 250 kilogramów. Baterie wystarczają na kilka godzin jazdy, do nawet 8. Łączność jest zapewniana przez system satelitarny Starlink albo klasyczną radiową. W przypadku tej ostatniej często pomagają drony latające służące jako stacje przekaźnikowe, które znacznie wydłużają zasięg. Czasem używane są też rozwijane światłowody ciągnące się za robotem. Jeden udany kurs takiej maszyny to wiele dni zapasów na wysuniętej pozycji. Używane są nawet do transportu drewna używanego do budowy umocnionych pozycji. Ukraińscy żołnierze rozmawiający na początku kwietnia z dziennikarzem brytyjskiego „The Guardian” szacowali, że obecnie do 90 procent logistyki na tych ostatnich kilkunastu kilometrach przed pozycjami wroga to drony.

Maszyny okazały się też świetnym narzędziem ewakuacji rannych. Klasycznie jest to operacja wymagająca narażenia kilku innych osób, które muszą pomagać rannemu, a przez to wystawiają się na łatwiejsze wykrycie i cios z powietrza. Dlatego ewakuacja medyczna to jedna z tych sytuacji, kiedy jeszcze względnie często na front są kierowane pojazdy opancerzone, dające szansę szybko wywieźć rannego i wytrzymać ciosy dronów. Drony logistyczne oferują wygodną alternatywę. Likwidują ryzyko dla ludzi oraz cennych pojazdów, a przy tym są dość odporne na ataki latających dronów. Miejsca i udźwigu starcza na 1-2 osoby. Po dostarczeniu zapasów na pierwszą linię mogą zabrać ich z powrotem. Dla ochrony ewakuowanych montowane są specjalne osłony przypominające metalową trumnę. Opisy takich ewakuacji i ich nagrania stały się też już czymś częstym.

Ewakuacja pod ostrzałem na dronie. Nagranie z jesieni 2025 roku. Wówczas była to jeszcze względna nowość.

Dodatkowym zadaniem dronów jest układanie min. Najprostsze mogą przewieźć ich po kilka, które na komendę operatora zsuwają się na ziemię. Najczęściej są to standardowe miny przeciwpancerne Tm-62. Obie strony ustawiają w ten sposób zapory minowe praktycznie na linii frontu, starając się zablokować potencjalne trasy ataku przeciwnika.

Wojna robotów to jeszcze nie teraz

Lądowym dronom oczywiście ciągle daleko do wizji rodem z filmów science fiction. To ciągle dość proste i niezgrabne maszyny, które właściwie nie są w stanie poruszać się w terenie. Muszą korzystać z dróg czy choćby ścieżek, bo poza nimi ryzyko utknięcia lub wywrotki jest zbyt duże. Świadomość operatora i czas jego reakcji są słabe, bo widzi świat przez prostą kamerę z często rwącym się sygnałem. Zdolności do unikania ciosów właściwie nie ma. We wspomnianym tekście „Guardiana” jeden z żołnierzy deklarował, że jego oddział traci co czwartego drona lądowego wysłanego na misję logistyczną. Obie strony intensywnie polują na nie przy pomocy dronów powietrznych. Jednak pomimo takich ograniczeń i takiego poziomu strat, ich użycie gwałtownie rośnie. Jasno to pokazuje, że jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż narażanie ludzi. Zwłaszcza po stronie ukraińskiej, gdzie znacznie większa waga jest przykładana do oszczędzania tak zwanej siły żywej.

Można się więc spodziewać tylko coraz szerszego użycia dronów lądowych i ich ciągłego rozwoju. Mnogość ich wariantów można zobaczyć samemu na stronie zakupowej ukraińskiej inicjatywy Brave1. Jednostki wojska Ukrainy mogą tam wymieniać punkty przyznawane za sukcesy w walce na broń i wyposażenie. Drugą kategorią w katalogu, po dronach powietrznych, są już te lądowe. Do wyboru i do koloru 10 stron z różnymi modelami. Ceny od 3,9 miliona hrywien (około 320 tysięcy złotych) za największe po najmniejsze za 100 tysięcy hrywien (8,2 tysiąca złotych).

Jednocześnie część ukraińskich komentatorów przestrzega, aby nie przesadzać z optymistyczną oceną możliwości tych maszyn. Zwłaszcza w zadaniach bojowych. Na razie drony nie są w stanie całkowicie zastąpić ludzi w walce. Mogą ich wspierać i być używane w najbardziej ryzykownych miejscach, ale nie umożliwiają im całkowitego zniknięcia z frontu. Do wojny robotów ma być jeszcze daleko.

Udział
Exit mobile version