
Thomas Massie od lat mógł być spokojny o swoje miejsce w Kongresie. W czwartym okręgu Kentucky nie miał godnych rywali. W odbywających się co dwa lata wyborach do Izby Reprezentantów od 2012 roku zdobywał pomiędzy 60 a 75 proc. poparcia. Z jednym wyjątkiem. Dwa lata temu demokraci nie zdecydowali się na wystawienie swojego kandydata i Massie zdobył ponad 99 proc. głosów.
Problemem nie były dla niego również prawybory – moment, kiedy wyzwanie mógł mu rzucić ktoś z partyjnych kolegów.
Przez ostatnie kilkanaście lat prawybory w czwartym okręgu albo się nie odbywały, albo Massie zdobywał 70-80 proc. poparcia. Taka dominacja znanego kongresmena z Kentucky utrzymywała się do maja tego roku, kiedy przegrał prawyborczą rywalizację z Edem Gallreinem. Ta przegrana nie była przypadkowa. Wynikała z decyzji, jaką Massie podjął kilka miesięcy wcześniej: by skonfrontować się z prezydentem Trumpem.
Prezydent Trump rzadko stara się przeprowadzać istotne zmiany, wykorzystując Kongres. W Izbie Reprezentantów republikanie mają niewielką przewagę i głosowanie każdorazowo wymaga ogromnych zabiegów o dyscyplinę partyjną. W Senacie brak im 60 głosów, dających legislacyjną swobodę.
Dlatego prezydent rzadko szuka poparcia władzy ustawodawczej, a kiedy to robi – ma to szczególną wagę. Jak w przypadku „Wielkiej, Pięknej Ustawy” (Big Beautiful Bill), pakietu obejmującego obniżkę podatków, dodatkowe środki dla Pentagonu, dofinansowanie służb imigracyjnych (by mogły skuteczniej deportować) czy podniesienie ustawowego limitu zadłużenia. Dla Trumpa była to być może najważniejsza ustawa w drugiej kadencji – ostatni moment, kiedy mógł przekuć aurę sukcesu i skuteczności pierwszych miesięcy prezydentury na sukces w Kongresie. Republikańscy politycy postanowili działać zgodnie z jego życzeniem. Ale nie Massie.
Kongresmen z Kentucky już wcześniej naraził się prezydentowi, a spór wynikał z pryncypialnego podejścia Massiego do kwestii budżetowych. Kilka miesięcy wcześniej sprzeciwiał się na przykład propozycji rezolucji budżetowej, która miała uchronić administrację przed zamknięciem rządu w pierwszych tygodniach prezydentury Trumpa. Od tamtego momentu Trump nie ustawał w atakach na niego w mediach społecznościowych, groził mu również, że pogrąży go w następnych prawyborach. „Prezydent spędził dzień na atakowaniu mnie oraz Kanady. Różnica jest taka, że Kanada w końcu się ugnie” – napisał Massie na platformie X w marcu zeszłego roku.
I rzeczywiście, on sam ugiąć się nie zamierzał. Kiedy Trump ogłaszał kolejne cła, Massie mówił głośno, że są niekonstytucyjne. Zarzut niekonstytucyjności powtórzył również przy innej okazji: kiedy Trump przyłączył się do izraelskiego ataku na Iran w zeszłym roku.
Wreszcie Massie odegrał kluczową rolę w ujawnieniu akt sprawy Epsteina. To on zaproponował petycję zmuszającą kierownictwo Izby do przeprowadzenia głosowania w tej sprawie, a później był jednym z czworga republikanów, dzięki którym ta petycja została przyjęta.
Prezydent Trump zmarginalizował Kongres w tej drugiej kadencji. Nie tylko rzadko się do niego odwoływał, korzystając raczej z prezydenckich rozporządzeń, ale także narzucił mu swoją wolę tam, gdzie poparcie władzy ustawodawczej było niezbędne. Mimo skromnej przewagi w obydwu izbach, był w stanie odnosić sukcesy w kluczowych dla swojej agendy głosowaniach. Jak udało mu się tego dokonać?
Trump pozostaje najpopularniejszym politykiem w republikańskiej bazie wyborczej. Dysponuje też nieporównywalnymi z innymi liderami zdolnościami oddziaływania poprzez media społecznościowe.
Do tego dysponuje zasobami finansowymi i nie chodzi tu o własny majątek. Organizacje powiązane z Trumpem nie zaprzestały gromadzenia pieniędzy po zakończeniu kampanii wyborczej. W lutym amerykańskie media donosiły, że prezydent i jego sojusznicy dysponują blisko 400 milionami dolarów. To wszystko składało się na ogromną polityczną siłę. Trump mógł powiedzieć dowolnemu republikańskiemu politykowi: jeśli okażesz się wobec mnie nielojalny, użyję wszystkich tych zasobów do zniszczenia twojej politycznej kariery w najbliższych prawyborach.
Dla większości republikańskich polityków ta groźba wystarczyła. Inni, którzy decydowali się sprzeciwić Trumpowi w jakiejś kwestii, dość szybko ogłaszali, że nie zamierzają ubiegać się o reelekcję, jak kongresmen Don Bacon z Nebraski.
Jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci na amerykańskiej scenie politycznej, Marjorie Taylor Greene, kiedy z najzagorzalszej zwolenniczki prezydenta stała się jego przeciwniczką, opuściła Izbę Reprezentantów nie czekając nawet na koniec kadencji.

Byli jednak i tacy, którzy uznali, że ich osobista popularność może lokalnie posłużyć jako tarcza przeciwko zemście prezydenta. Zakładali, że są kwestie, w których nawet wyborcy MAGA nie pójdą za Trumpem – jak unikanie transparentności w sprawie Epsteina albo kolejna wojna na Bliskim Wschodzie. Może zakładali, że pomimo sprzeciwu w wybranych kwestiach ochroni ich pełne poparcie dla prezydenta w innych. Tak się jednak nie stało.
Indiana, Luizjana, Kentucky
Wybory połówkowe, zaplanowane na listopad, mogą być dla republikanów trudne. Notowania prezydenta są kiepskie, wielu wyborców jest niezadowolonych z rosnących kosztów życia, brutalnej akcji deportacyjnej czy operacji militarnej w Iranie. Dlatego partia Donald Trumpa postanowiła zawczasu ograniczyć straty w Izbie Reprezentantów, zmieniając granice okręgów wyborczych. To praktyka znana od dekad w amerykańskiej polityce jako gerrymandering.
W jednym przypadku prezydent i jego ludzie ponieśli klęskę: w Indianie, gdzie o zmianie granic okręgów miał zdecydować lokalny senat, a republikanie mają w nim większość, lokalni politycy wyrazili sprzeciw.
Skutkiem tego było bezprecedensowe zaangażowanie prezydenta w miejscowe prawybory. Siedmioro spośród niepokornych senatorów z Indiany doświadczyło politycznej kampanii, jakiej nie widzieli nigdy wcześniej – przeciwko nim zainwestowano miliony dolarów. Efekt? Pięciu przegrało (wśród nich senatorowie zasiadający w legislaturze stanowej od nawet dwóch dekad), zaledwie dwóm udało się obronić.
Nie udało się obronić również senatorowi Billowi Cassidy’emu z Luizjany. Cassidy znalazł się na kursie kolizyjnym z Trumpem jeszcze w 2021 roku, kiedy podczas impeachmentu prezydenta po wydarzeniach na Kapitolu 6 stycznia zagłosował za jego usunięciem z urzędu. Później starał się naprawić wzajemne relacje, ale bez powodzenia. Pamiętliwość Trumpa dosięgnęła go podczas tegorocznych prawyborów. Mimo że Cassidy miał w Luizjanie mocną pozycję (od 2009 reprezentował stan w Izbie Reprezentantów, a od 2015 w Senacie), w walce o partyjną nominację zajął dopiero trzecie miejsce.

Szczególną pozycję na liście wrogów Trumpa zajmował jednak Thomas Massie, od czasu zniknięcia Marjorie Taylor Greene jego najbardziej wyrazisty republikański oponent w Kongresie. Dopiero wyeliminowanie kongresmena z Kentucky domyka cykl działań odwetowych prezydenta i wysyła jednoznaczny sygnał do pozostałych: w Partii Republikańskiej nie ma dziś miejsca dla polityków kwestionujących wolę prezydenta. Programem politycznym Eda Gallreina, pogromcy Massiego, jest przede wszystkim całkowite poparcie dla Trumpa.

Bliski Wschód w centrum kampanii?
Ubocznym skutkiem prawyborów w Kentucky może być intensyfikacja podziałów w Partii Republikańskiej, jeśli chodzi o poparcie dla Izraela. Głębokie napięcia w tej sprawie istniały dotąd przede wszystkim u demokratów, gdzie impulsem była sytuacja w Gazie. Ale wśród republikanów opozycja wobec działań Izraela i poparcia Waszyngtony dla Tel Awiwu również narasta, zwłaszcza wśród młodych wyborców.
Proizraelskie lobby w USA nie kryło swojej opozycji wobec Massiego w parwyborach – jego brak poparcia dla wojny w Iranie i sprzeciw wobec pomocy militarnej dla Izraela był wystarczającym powodem. Sam Massie przedstawiał z kolei swojego oponenta jako „izraelskiego” kandydata, a po przegranych prawyborach żartował, że chciał już wcześniej pogratulować mu zwycięstwa, ale trudno było go znaleźć w Tel Awiwie.
Jego postawa znalazła oddźwięk w części elektoratu. Wygrał prawybory wśród wszystkich grup wiekowych wyborców, poza najstarszymi (65+) – co pokazuje zarówno jak silną pozycję mają starsi wyborcy w prawyborach, jak i rozczarowanie młodszych wyborców Trumpem, a być może również ich sprzeciw wobec poparcia dla Izraela. To ostatnie zdają się potwierdzać memy zdobywające milionowe zasięgi, które zalały media społecznościowe już po prawyborach, a które nieodmiennie prezentowały zwycięstwo Gallreina jako sukces Izraela w amerykańskiej polityce.
Jeśli zatem wojna z Iranem będzie trwała, a pytania o rolę Izraela w sprowokowaniu tego konfliktu będą się nasilały, kwestia poparcia dla bliskowschodniego sojusznika może się znaleźć w centrum kampanii wyborczej.
Od miesięcy pojawiają się medialne doniesienia o spadającej popularności Trumpa. Tempo zmian, jakie chciał wprowadzać w USA, wyhamowało. Wiele jego inicjatyw spotkało się z oporem amerykańskich sądów albo rozbiło się o geopolityczne realia. Skomplikowana koalicja, która dała mu sukces w 2024 roku, zaczyna trzeszczeć w szwach. Jak zatem tłumaczyć tą niebywałą skuteczność w dyscyplinowaniu własnej partii?
Kluczem są prawybory. Uczestniczy w nich mniej więcej 20 proc. spośród tych wyborców, którzy ostatecznie zagłosują w listopadzie. Nie trzeba dodawać, że w tej grupie znajdują się ci najbardziej zainteresowani polityką, najbardziej zaangażowani w życie swojej partii, często też bardziej radykalni niż reszta elektoratu. Kto chce wygrać w prawyborach, musi zdobyć poparcie najtwardszej bazy wyborczej. A w tej republikańskiej Trump wciąż ma się świetnie, nawet jeśli chodzi o wojnę z Iranem.
Nie należy jednak mylić skuteczności Trumpa wśród najwierniejszego elektoratu z jego polityczną siłą w ogóle. Zaangażowanie się prezydenta w promowanie najbardziej lojalnych kandydatów może się okazać przeciwskuteczne jesienią. W 2022 roku (poprzednich wyborach połówkowych) radykałowie spod znaku MAGA radzili sobie gorzej od pozostałych republikanów.
Co jednak, jeśli prezydent straci kontrolę nad Kongresem znacznie wcześniej? Politycy, którym rzucił kłody pod nogi, nie będą mieli już nic do stracenia.
Doskonale pokazało to głosowanie nad rezolucją zobowiązująca Trumpa do zakończenia wojny w Iranie albo pozyskania zgody Kongresu do jej prowadzenia. Próby jej przegłosowania podejmowano od miesięcy – bezskutecznie. Aż do tego tygodnia, kiedy okazało się, że senator Cassidy z Luizjany nie widzi już powodów by się powstrzymywać. Rezolucja przeszła.













