
Stopa zastąpienia, czyli relacja pierwszej emerytury do ostatniej pensji, będzie drastycznie się obniżać. Jasno pokazują to dane przekazane serwisowi Money.pl przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych (ZUS).
Kiepskie prognozy dla przyszłych emerytów
Prognozy instytucji wskazują na spadek z połowy emerytury do pensji (jak to ma miejsce obecnie) do jednej czwartej emerytury (24,5 proc.) wobec przeciętnego wynagrodzenia w końcówce prognozy, czyli w roku 2080. W 2050 roku nastąpi spadek do jednej trzeciej (34,4 proc.). Portal zwraca uwagę, że statystycznego emeryta w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i później czeka więc twarde lądowanie.
Eksperci podkreślają, że takie a nie inne prognozy to efekt m.in.. starzenia się społeczeństwa i zmiany relacji pracujących do liczby emerytów. To także efekt dużej liczby emerytur wypłacanych z niskiej składki – minimalnych czy nieco wyższych od minimalnych.
– Pewnie będzie rosnąć w wypłacanych świadczeniach udział emerytur minimalnych, do których dopłaca budżet oraz świadczeń niższych od emerytur minimalnych, także z tego powodu, że część osób nie będzie miała wymaganego stażu składkowego. Może to dotyczyć osób, które korzystają z preferencji składkowych i płacą składki od podstawy wymiaru niższej niż minimalne wynagrodzenie, albo w ogóle nie podlegają ubezpieczeniom – podkreśla w komentarzu dla portalu Sebastian Gajewski, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej.
Nie będzie tak źle?
Cześć ekspertów patrzy na powyższe liczby bardziej optymistycznie wskazując, że ważna jest nie tyle relacja do pensji, a nominalna wysokość świadczenia, która będzie znacząco wyższa niż obecnie. Przeliczając dane zawarte w prognozie zakładają, że przy przeciętnej emeryturze (zdyskontowanej inflacją na 2024 r.) na poziomie 3100 zł, w 2080 roku będzie to ponad 3800 zł, mimo obniżonej relacji emerytury do pensji, jej siła nabywcza byłaby wyższa wobec dzisiejszych świadczeń.
– Stopa zastąpienia spada głównie dlatego, że żyjemy coraz dłużej, a wynagrodzenia rosną szybciej niż waloryzowane są emerytury. Nie oznacza to, że emerytury realnie maleją, a raczej, że wolniej rosną niż płace, a „stopy zastąpienia się nie je” – liczy się realna siła nabywcza świadczeń, która nieznacznie, ale jednak rośnie. Zwłaszcza jeśli uwzględnimy tzw. 13. i 14. emeryturę, nieuwzględniane w samym wskaźniku – komentuje Paweł Wojciechowski, były minister finansów i główny ekonomista ZUS.
Wiceszef resortu pracy zwraca uwagę, że w polskim systemie, gdzie dla wyliczenia wysokości świadczenia znaczenie ma głównie wysokość odprowadzonych składek oraz średnie dalsze trwanie życia w chwili przejścia na emeryturę, relacja przeciętnej emerytury do przeciętnej pensji nie oddaje prawdy o indywidualnych świadczeniach.












