
-
Podpisy pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego przekroczyły 73 tysiące, chociaż wymagane było 58 tysięcy.
-
Aleksander Miszalski zmienił toni zaczął składać obietnice oraz zapowiedział korekty swoich wcześniejszych decyzji po rosnącej liczbie podpisów.
-
Część zapowiadanych przez prezydenta zmian i decyzji wymaga potwierdzenia przez radę miasta.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
W najbliższy piątek, 27 lutego, minie dokładnie miesiąc od rozpoczęcia akcji zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum w Krakowie. Choć przepisy wymagają zgromadzenia około 58 tys. głosów w ciągu 60 dni, organizatorzy już teraz mogą mówić o sukcesie. Pod wnioskiem podpisało się ponad 73 tys. osób. Mimo że tempo zbiórki nieznacznie spadło, zainteresowanie mieszkańców pozostaje wysokie, a kolejne podpisy wciąż spływają do organizatorów. Ich cel to 100 tys. podpisów.
Rosnąca liczba podpisów pod wnioskiem o referendum wyraźnie wpływa na postawę Aleksandra Miszalskiego. Internauci ironizują pod wpisami prezydenta, licytując się, co ogłosi po przekroczeniu kolejnych progów. Padają nawet żarty, że przy 100 tys. sam zacznie zbierać podpisy pod własnym odwołaniem.
Ta zmiana to nie tylko wrażenie internautów. Interia przeanalizowała aktywność prezydenta Krakowa z ostatnich trzech tygodni. Wniosek jest jeden: im więcej głosów przeciwko niemu, tym więcej hojnych obietnic i zmian stylu wypowiedzi. Szkopuł w tym, że „nowe otwarcie” kończy się w wielu przypadkach na Facebooku. W oficjalnych urzędowych dokumentach, uchwałach i materiałach sesyjnych próżno szukać realizacji tych zapowiedzi.
Kraków. „Polityczne referendum nienawiści”
Gdy pod koniec stycznia zarejestrowano komitet referendalny, prezydent Miszalski przekonywał, że sami Krakowianie nazywają tę inicjatywę „politycznym referendum nienawiści”. Sugerował, że za akcją stoją wyłącznie „przegrani ostatnich wyborów” oraz środowiska skrajnej prawicy, dla których referendum ma być jedynie polityczną „dogrywką”. „Nie mogą pogodzić się z przegraną, o moim odwołaniu mówili jeszcze przed zaprzysiężeniem” – pisał prezydent.
Podczas konferencji prasowej poszedł o krok dalej i zadał retoryczne pytanie: „Skąd ci biedni obywatele mają setki tysięcy, a może miliony złotych na kampanię hejtu, którą obserwujemy? Kto to finansuje?”.
Kwestia finansów rzeczywiście stała się tematem przewodnim debaty o referendum, ale uderzyła w samego Miszalskiego. Zaledwie kilkanaście godzin po starcie zbiórki podpisów. Interia ujawniła, że miasto zamierza przeznaczyć ponad 1,5 mln zł na druk urzędowej gazety. Nakład ma wynieść 220 tys. egzemplarzy, z czego 200 tys. ma trafić bezpośrednio do skrzynek pocztowych mieszkańców, co wywołało falę krytyki.
Jednocześnie teoria o „politycznej dogrywce” zaczęła pękać w starciu z rzeczywistością. Skala niezadowolenia mieszkańców okazała się autentyczna i masowa: 5 tys. podpisów w pierwszych godzinach i aż 20 tys. w cztery dni. Do wolontariuszy ustawiały się kolejki, których nie dało się wytłumaczyć wyłącznie partyjną mobilizacją.
Aleksander Miszalski reaguje – wizjami przyszłości
Zaledwie dwa dni po starcie zbiórki podpisów magistrat przeszedł do medialnej ofensywy. Na specjalnej konferencji Aleksander Miszalski wraz z zastępcami roztaczali wizję Krakowa jutra: budowa metra, inwestycji osiedlowych oraz inicjatywy „Da się!”. Rok 2026 ma być dla mieszkańców czasem nowych projektów i kończeniem wielkich inwestycji.
Kiedy prezydent kreślił optymistyczne plany, jego zaplecze polityczne postawiło na zniechęcanie obywateli do udziału w inicjatywie referendalnej. Radny Koalicji Obywatelskiej Bartłomiej Kocurek ostrzegał w sieci przed podawaniem numeru PESEL „ankieterom”, sugerując ryzyko wyłudzeń. Wpis opatrzył grafiką przedstawiającą postać z wampirzymi zębami, łudząco podobną do jednego z organizatorów referendum, Wojciecha Jakubowskiego. Gdy w dyskusję włączył się przedsiębiorca Mariusz Szczygieł, radny życzył mu „spadającej sprzedaży”.
W podobnym tonie wypowiadał się Bogusław Kośmider, polityk Koalicji Obywatelskiej i prezes miejskiej spółki KHK. Polityk grzmiał o „obrzydliwych atakach” i zapowiadał procesy. Straszył „spoconych i przerażonych młodych ludzi” upublicznieniem ich danych. Kiedy partyjny kolega Aleksandra Miszalskiego pisał te słowa, pod wnioskiem o referendum było podpisanych ponad 20 tys. osób.
Referendum w Krakowie 2026. Zmiana narracji
Przekroczenie progu 35 tys. podpisów stało się dla Aleksandra Miszalskiego sygnałem do zmiany strategii komunikacyjnej. 9 lutego w mediach społecznościowych prezydenta pojawił się hasztag #Zrobione, inaugurujący kampanię sukcesów. Kluczowym elementem nowej narracji stała się grafika informująca o przeznaczeniu 500 mln zł na inwestycje w ramach „Paktu dla Krakowskich Osiedli”.
Choć przekaz sugeruje, że środki na nowe chodniki, oświetlenie i ławki zostały już „przeznaczone”, to urzędowa rzeczywistość wygląda inaczej. Analiza archiwalnych komunikatów miasta i miejskich jednostek wskazuje, że 500 mln zł to kwota rozpisana aż do końca 2028 r. Większość wymienionych inwestycji znajduje się nadal w fazie planów.
Aleksander Miszalski zmienia zdanie. Wielka korekta strefy
11 lutego, dokładnie w dniu ogłoszenia zebrania 45 tys. podpisów, prezydent Miszalski ogłosił „wielką korektę” w sprawie Strefy Czystego Transportu. Jeszcze w połowie stycznia, w rozmowie z Interią, twierdził, że „na razie tego nie przewiduje”.
Zmianie towarzyszyło personalne trzęsienie ziemi. Stanowisko stracił Łukasz Franek, wieloletni dyrektor Zarządu Transportu Publicznego i główny architekt krakowskiej strefy.
– Tam, gdzie popełniamy błędy i mieszkańcy je zgłaszają, trzeba umieć się do nich przyznać i je korygować – powiedział prezydent tuż po zwolnieniu dyrektora Franka.
Chęć „wyjścia naprzeciw uwagom mieszkańców” kontrastuje z niedawną postawą Miszalskiego w mediach społecznościowych. Jeszcze niedawno lekceważył głosy krytyczne wobec konsultacji społecznych, porównując osoby chcące zmienić kształt SCT do uczniów piszących rozprawkę „nie na temat”.
Prezydent zapowiedział także przygotowanie pilnego raportu na temat strefy w ciągu dwóch tygodni. Jeśli wierzyć zapowiedzi, dokument powinien być gotowy i zaprezentowany w środę.
Polityczny barometr Krakowa
Licznik podpisów pod wnioskiem o odwołanie Aleksandra Miszalskiego stał się swoistym barometrem politycznym Krakowa. Po przekroczeniu progu 50 tysięcy głosów prezydent porzucił ostrzejszą retorykę na rzecz deklaracji o „szacunku dla krytycznych opinii”. Kolejne tysiące podpisów przynosiły konkretne ustępstwa: najpierw ogłoszono, że trasa S7 nie przetnie Krakowa, a przy 60 tysiącach prezydent zapowiedział powrót do darmowego parkowania w niedziele w ścisłym centrum dla mieszkańców.
Choć opłaty weszły w życie 31 stycznia, to już 19 lutego Miszalski uznał, że „poszliśmy o jeden krok za daleko”. Na nagły zwrot prezydenta zareagowała radna Koalicji Obywatelskiej Agnieszka Łętocha. Publicznie wypomniała prezydentowi, że kiedy kilka tygodni temu sprzeciwiła się wprowadzeniu opłat w niedzielę, została ukarana obcięciem środków na jej poprawkę dotyczącą remontu ulicy Emaus.
„Skoro kierunek się zmienia, mam nadzieję, że konsekwencje również” – napisała radna, wzywając do naprawienia budżetowej „kary”.
Mimo medialnych zapowiedzi prezydenta sprawa wciąż wisi w próżni. Aby parkowanie w niedziele znów było bezpłatne, potrzebna jest uchwała Rady Miasta. Tymczasem w porządku obrad środowej sesji próżno szukać projektu w tej sprawie.
Gdy liczba podpisów pod wnioskiem o referendum przekroczyła 70 tysięcy, prezydent Aleksander Miszalski ogłosił kolejny odwrót. Tym razem w sprawie biletów komunikacji miejskiej. Choć jeszcze na początku lutego twardo bronił podwyżki do 119 zł, nazywając ją „trudną, ale konieczną decyzją”, pod presją mieszkańców „skorygował” stanowisko do kwoty 99 zł.
We wtorek, 24 lutego, prezydent poszedł o krok dalej, publikując grafikę z hasłem „liczą się fakty”, na której Kraków widnieje jako jedno z najtańszych miast z biletem za 99 zł. Problem w tym, że… tak nie jest. Obecnie obowiązująca stawka, która wejdzie w życie 2 marca, to wciąż 119 zł. Aby obietnica prezydenta stała się rzeczywistością, musi ją przegłosować rada miasta, a w harmonogramie środowej sesji projektu takiej uchwały po prostu nie ma.
Podobnie wygląda sytuacja na Kazimierzu. Choć Miszalski pojawił się na proteście przeciwko przebudowie kamienic przy ul. św. Józefa i Bożego Ciała na hotel i obiecał zmiany w planie zagospodarowania, w porządku obrad rady wciąż brakuje konkretów.
Krakowskie referendum. Co dalej?
Sukces zbiórki podpisów (obecnie ponad 73 tys.) sprawił, że referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego stało się niemal pewne. Pod presją społeczną sam prezydent przeszedł gwałtowną metamorfozę: od „referendum nienawiści” na początku, przez dymisję kluczowego urzędnika, aż po serię obietnic wycofania się z kontrowersyjnych reform.
Do zakończenia zbiórki został ponad miesiąc. Cel organizatorów referendum to 100 tys. podpisów. Jeśli obecna dynamika się utrzyma, to wiele wskazuje na to, że zostanie on osiągnięty.
Jeśli dojdzie do referendum, odbędzie się ono przed wakacjami.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl













