Rosyjskie satelity wykonały zagadkowy manewr. Polsko-fiński kosmiczny radar z licznym towarzystwem

Rosyjskie wojsko od lat eksperymentuje z niewielkimi satelitami nazywanymi „inspekcyjnymi”, czyli takimi, które mogą zbliżać się do interesujących satelitów przeciwnika i obserwować je z bliska. Nigdy jednak nie doszło do prób bezpośredniego szkodzenia. Co najwyżej miało dochodzić do zakłócania łączności z ziemią.

Zobacz wideo Archiwalne nagranie startu rosyjskiej rakiety Sojuz z satelitami wojskowymi

Goście z Rosji na orbicie

W tym konkretnym przypadku chodzi o satelitę oznaczonego ICEYE X-36, którego wystrzelono w kosmos z USA w 2024 roku na rakiecie Falcon 9 firmy SpaceX. Urządzenie trafiło na tak zwaną orbitę polarną, czyli okrąża Ziemię, przelatując blisko obu biegunów. Dokładniej na orbicie o nachyleniu 97’8 stopnia. To standard dla wielu satelitów obserwacyjnych, a takim jest X-36. To niewielkie urządzenie o masie około 90 kilogramów, które jest wyposażone w radar, który pozwala wykonywać dokładne zdjęcia powierzchni Ziemi niezależnie od pory dnia i pogody.

Według Grega Gillingera, byłego oficera lotnictwa wojskowego USA specjalizującego się w zwiadzie, w tym operacjach kosmicznych, X-36 zyskał na przestrzeni trzeciego tygodnia maja kilku towarzyszy. To rosyjskie satelity Kosmos o numerach od 2610 do 2614. Nazwa „Kosmos” wywodzi się z początków radzieckiego programu kosmicznego, kiedy ZSRR zaczął tak określać obiekty, których przeznaczenia nie chciał ujawniać. Większość w ten sposób oznaczonych satelitów to te wojskowe lub zwiadowcze. Te konkretne „Kosmosy” trafiły na orbitę w połowie kwietnia tego roku na rakiecie Sojuz 2.1b wystrzelonej z wojskowego kosmodromu Plesieck. Oficjalnie nic na ich temat nie powiedziano. Nieoficjalnie można zakładać, że są to satelity wojskowe.

Kosmos 2610-14 zostały umieszczone początkowo na orbicie o nachyleniu 97 stopni. Poczynając od 14 maja, zaczęły jednak ją zmieniać na taką samą, na jakiej jest X-36. Pozornie różnica niewielka, z 97 stopni na 97’8, ale dla stosunkowo niewielkich satelitów, ważących najpewniej po kilkaset kilogramów, jest to istotny wysiłek, oznaczający zużycie równie istotnych zapasów paliwa, których nie mogą uzupełnić. Tego rodzaju manewrów nie są w stanie wykonywać standardowe satelity zwiadowcze czy komunikacyjne.

Według analizy Amerykanina w efekcie tej operacji rosyjskie urządzenia znalazły się na tyle blisko X-36, że po kolejnych drobnych korektach swoich orbit, będą na wyciągnięcie ręki. Przynajmniej w realiach kosmosu, co oznacza od 500 metrów do 22 kilometrów. To stwarza możliwość prowadzenia działań wymierzonych w satelitę Iceye. Takich jak fotografowanie jej i obserwacja, przechwytywanie sygnałów wysyłanych przez nią na Ziemię czy wręcz ich zakłócanie. Teoretycznie również fizycznego ataku, ale coś takiego jeszcze się nie zdarzyło. Choć spekulacji jest wiele – m.in. o zdolności rosyjskich satelitów wojskowych do taranowania swoich celów lub niszczenia ich przy pomocy uwolnionych urządzeń podobnych do rakiet.

Zapytaliśmy Iceye o komentarz w tej sprawie, ale firma odparła, że aktualnie nie chce go udzielać.

Dla Rosji to wrogi element

Faktycznie na razie nie stało się nic, co by pozwalało stwierdzić, że Rosjanie na pewno celują w X-36. Orbita, na której się on znajduje – obecnie w rosyjskim towarzystwie – jest dość zatłoczona i powszechnie używana przez różne satelity rozpoznania obrazowego. Gillinger nie napisał jednak, aby rosyjskie urządzenia były równie blisko jakichś innych zachodnich obiektów. Nawet jeśli Rosjanie nie mają zamiaru robić nic konkretnego z X-36, to i tak wysłali już wymowny sygnał przy pomocy byłego amerykańskiego wojskowego.

Nie da się bowiem zaprzeczyć, że Rosja traktuje konstelację firmy Iceye jako wrogą. Ma ku temu powody. Fińsko-polska firma jest jednym z kluczowych dostawców zwiadu satelitarnego dla Ukrainy i staje się też coraz ważniejszym graczem w państwach NATO. Dane z radarów satelitów takich jak X-36 dzień w dzień pomagają Ukraińcom na przykład wykrywać stanowiska rosyjskich systemów przeciwlotniczych. A oni następnie kierują na nie ataki dronów albo tak programują trasy lotów innych, aby te miały większą szansę dotrzeć do na przykład rafinerii. Zastosowań jest mnóstwo i dostęp do konstelacji liczącej kilkadziesiąt urządzeń, jest ogromnie ważny dla Ukrainy. Swoje własne satelity od Iceye kupiło też między innymi polskie wojsko. Cztery urządzenia są już na orbicie.

Rosja od początku wojny już kilka razy deklarowała i sugerowała, że uważa satelity należące do firm cywilnych, ale świadczące usługi wojsku Ukrainy, za legalne cele. W praktyce nigdy jednak nie zrealizowała swoich gróźb. Po pierwsze, są one jednak własnością państw NATO, więc byłaby to istotna eskalacja oraz ryzyko. Po drugie, właściwie wszystkie współczesne komercyjne satelity rozpoznania obrazowego są konstrukcjami niewielkimi, relatywnie tanimi i umieszczanymi na orbicie w dużych ilościach. W ten sposób zapewniają możliwość częstego wykonywania zdjęć tego samego miejsca na Ziemi i szybkiego wykonania zdjęcia konkretnego obszaru. Zniszczenie nawet jednego takiego satelity, za cenę specjalistycznego antysatelity, byłoby kiepskim interesem. W kolejce pozostanie bowiem kilkadziesiąt podobnych, jeśli nie więcej.

Kosmiczne zbrojenia w pełni

Niezależnie od tego, takie państwa jak USA, Francja, Kanada czy Wielka Brytania zarzucały już Rosji rozwijanie i testowanie specjalistycznych satelitów bojowych. O pierwszych poważnych oskarżeniach tego rodzaju pisaliśmy już kilka lat temu, jeszcze przed wojną. Scenariusz przypominał to, co się dzieje teraz. Rosyjskie urządzenia wojskowe wykonywały nietypowe i duże manewry, w wyniku których ustawiały się w pobliżu satelitów zwiadowczych lub łączności. Obserwowano też próby wypuszczania z nich mniejszych subsatelitów, które interpretowano jako pociski do niszczenia innych satelitów. Pojawiały się też doniesienia o próbach zakłócania łączności, oślepiania przy pomocy laserów, czy po prostu przechwytywania łączności lub fotografowania z bliska tajnych urządzeń zwiadowczych.

Większość tego rodzaju aktywności pozostaje jednak tajemnicą. Kosmos ma to do siebie, że łatwo zauważyć, iż coś tam jest, ale znacznie trudniej dowiedzieć się, co tam robi. Tempo militaryzacji orbity ma być jednak znaczące.

We wrześniu 2025 roku kanadyjski generał Christopher Horner, dowódca 3. Dywizji lotnictwa Kanady odpowiedzialnej za działania w kosmosie powiedział, że nad nami jest już około 200 „broni antysatelitarnych”. Państwa zachodnie, mające znacznie bardziej wydolne i zaawansowane niż Rosja przemysły kosmiczne, nie są tutaj święte i też rozwijają oraz testują tego rodzaju sprzęt. Na przykład w kwietniu na orbitę geostacjonarną (obiekty na niej umieszczone w praktyce mogą wisieć ciągle nad tym samym punktem na równiku, co czyni ją ogromnie ważną dla satelitów łączności) dotarł Kosmos 2589. Wystrzelony pół roku wcześniej przez kilka miesięcy wykonywał manewry z Kosmos 2590, jasno wskazujące na wojskowe zastosowanie. Potem wyruszył na orbitę geostacjonarną. Tam czekał już na niego jeden z dużych amerykańskich satelitów „inspekcyjnych” programu GSSAP (w praktyce to amerykańscy strażnicy orbity geostacjonarnej o utajnionych zdolnościach), który szybko ustawił się obok przybysza, zbliżając się do niego na minimalnie kilkanaście kilometrów. Najpewniej najpierw szczegółowo sprawdzając, czym dokładnie jest i co może. A przy tym, wysyłając wymowny sygnał do Moskwy.

Tego rodzaju spotkania ciągle ograniczają się do wzajemnych tańców na orbicie, obserwacji, podsłuchiwania i okazyjnego zakłócania. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że w przypadku otwartej wojny mocarstw, kosmos natychmiast stałby się areną walki. Teraz trwa tylko szykowanie się do niej. Odwiedziny Iceye X-36 jak najbardziej się w to wpisują.

Ze względu na coraz gorszą dla siebie sytuację na froncie i w gospodarce, Kreml sprawia wrażenie coraz bardziej zdesperowanego. O jego najnowszych groźbach względem Kijowa – pisze Wiktoria Bielaszyn. „Z komunikatu, który ukazał się w poniedziałek (25.05) na oficjalnej stronie resortu, wynika, że dla Rosjan celem ostrzałów i bombardowań są też ukraińskie zakłady zbrojeniowe oraz 'stanowiska dowodzenia’. 'Apelujemy o niezbliżanie się do obiektów infrastruktury wojskowej i administracyjnej reżimu Zełenskiego’ – apelują Rosjanie do mieszkańców Kijowa, a obcokrajowcom i dyplomatom radzą wyjechać” – czytamy na Wyborcza.pl.

Udział
Exit mobile version