
Narracja o zagrożeniu dla Ameryki Północnej ze strony Chin i Rosji z powodu słabej obrony Grenlandii jest oficjalnym głównym argumentem Donalda Trumpa, mającym zmuszać go do tego, co robi. Czyli wywierania ostrej presji na Danię, włącznie z groźbami militarnymi, aby Grenlandię oddała USA.
Hipokryzja fundamentalnego argumentu Amerykanów jest potrójna. Po pierwsze sami od dekad tylko redukowali swoje zdolności do działania w Arktyce i dopiero w ostatnich kilku latach zaczęli temu realnie przeciwdziałać, choć powoli. Po drugie nie ma żadnych dowodów na jakąś wzmożoną aktywność Chińczyków i Rosjan na wodach okalających Grenlandię. Po trzecie współpracujące państwa NATO dominują nad północnym Atlantykiem i tą częścią Arktyki. Rozbijanie Sojuszu to niszczy.
Słabość na własne życzenie
Amerykanie mogą mieć na Grenlandii praktycznie tyle wojska, ile by chcieli. Zapewnia im to umowa z Danią z 1951 roku. Kopenhaga nigdy nie czyniła wojsku USA specjalnych problemów, a nawet pomagała mu tuszować poważne wpadki na wyspie. Nie zmieniło się to w ostatnich latach. Zmieniło się natomiast to, że poczynają już od przełomu lat 60. i 70. Amerykanie sami zaczęli redukować swoją obecność na Grenlandii. W szczytowym okresie mieli na niej około 10 tysięcy żołnierzy i liczne bazy, ponieważ to nad Arktyką miały lecieć ku USA radzieckie bombowce strategiczne. Od lat 60. to zagrożenie zostało zastąpione przez lecące kosmosem rakiety międzykontynentalne, więc argument za utrzymywaniem istotnych sił w bardzo mało przyjaznym klimacie Grenlandii stracił sens. Aktualnie w jednej bazie Pituffik Amerykanie mają około 150 ludzi, którzy obsługują głównie wielki radar wczesnego ostrzegania przed owymi rakietami, oraz systemy łączności z satelitami. Z własnego wyboru. Gdyby chcieli, to w samej bazie Pituffik jest miejsce na kilka razy większą obsadę. Nie mają jednak realnej potrzeby.
Analogicznie jeszcze pod koniec zimnej wojny zaczęła się atrofia zdolności Amerykanów do działania na trudnych wodach arktycznych. Bo to nie jest tak, że wokół Grenlandii mogą normalnie pływać zwykłe okręty wojenne. Znaczna powierzchnia tego akwenu zamarza na wiele miesięcy. Do ciągłego patrolowania Arktyki potrzeba lodołamaczy. Tych Amerykanie mają obecnie sztuk 2.5. Pół, ponieważ najstarszy i największy z nich USCGC (skrót od określenia jednostki patrolowej Straży Wybrzeża USA) Polar Star, jest w służbie od połowy lat 70 i ostatnie dwie dekady spędza w znacznej części w stoczni na naprawach i remontach. Jego bliźniak USCGC Polar Sea od 2010 roku jest nieaktywny po rozległej awarii silników. Służy jako zapas części zamiennych. Do tego mają większy rozmiarami lodołamacz USCGC Healy z końca lat 90., ale o niższej klasie lodowej, czyli zdolny pływać w cieńszym lodzie niż starsi bracia. Trzecia jednostka to kupiony doraźnie w 2024 roku cywilny statek do obsługi platform wiertniczych na wodach okalających Alaskę, USCGC Storis.
Doraźny zakup był konieczny, ponieważ z powodu dekad ignorowania tematu, zdolność Straży Wybrzeża USA (USCG) do operowania w Arktyce spadła do krytycznie niskiego poziomu. Flota wojenna (US Navy) tym tematem się nie zajmuje, poza wysyłaniem atomowych okrętów podwodnych na patrole pod lodem. Ich głównym zadaniem jest śledzenie i ewentualne niszczenie swoich rosyjskich odpowiedników. Patrole na powierzchni i dbanie o to, co się dzieje w strefie wyłączności ekonomicznej, to zadanie USCG. Ta natomiast w ostatniej dekadzie momentami nie miała nawet jednego lodołamacza, kiedy akurat USCGC Polar Star i Healy się zsynchronizowały z awariami oraz pobytami w stoczniach.
O potrzebie zbudowania nowych lodołamaczy było wiadomo od dawna. W 2010 roku oficjalnie opisano to w analizach, ale dopiero w 2017 roku program Polar Security Cutter ruszył na dobre i otrzymał realne finansowanie. Planowane są 3 bardzo duże lodołamacze, największe w historii USA. Na 2 już podpisano kontrakty. Jednak prace idą jak po grudzie i zamiast wstępnie planowanego początku służby pierwszego w 2024 roku, aktualnie mowa o 2030 roku. Główny problem jest taki, że Amerykanie utracili zdolność do budowy dużych lodołamaczy i muszą się uczyć od nowa. Jednocześnie w 2025 roku zaczęto pośpiesznie program zakupu do 11 mniejszych takich jednostek nazwanych Arctic Security Cutter. W ostatnich dniach ubiegłego roku podpisano kontrakt z Finami, którzy na budowie lodołamaczy się znają. 4 pierwsze mają powstać w Finlandii, reszta w USA. Pierwszy ma zostać zbudowany może do 2028 roku, jednak to tylko wstępne założenie.
Nie ta Arktyka
Wymownym faktem mówiącym o spojrzeniu USA na Arktykę jest to, gdzie wszystkie aktualne lodołamacze USCG mają swój port macierzysty. Seattle w stanie Waszyngton. Zachodnie, pacyficzne wybrzeże USA. Stamtąd bliżej do tak naprawdę głównego obszaru zainteresowania USA w Arktyce, czyli wód okalających Alaskę. Bo tak naprawdę wokół Grenlandii nie ma tłumów chińskich i rosyjskich okrętów, jak to lubią powtarzać Trump i jego zwolennicy. Warto się przyjrzeć na przykład alarmistycznie zatytułowanemu raportowi Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego z jesieni 2025 roku, który powielały amerykańskie media. Niestety już zniknął z oficjalnej strony. Stwierdzono w nim, że aktywność Chin w Arktyce zwiększyła się w sposób „bezprecedensowy” i „rekordowa” liczba chińskich jednostek działa w tym regionie, co uzasadnia działania Białego Domu. Faktyczne dane były takie, że w 2025 roku zaobserwowano łącznie 5 chińskich cywilnych statków badawczych na wodach arktycznych w pobliżu Alaski. Obserwowały je wspólnie samoloty amerykańskie i kanadyjskie. Rok wcześniej były to 3. W żadnym z komunikatów nie pojawiła się informacja, aby Chińczycy zbliżyli się do Grenlandii. Byli około 3 tysięcy kilometrów dalej, po drugiej stronie Morza Arktycznego.
Fakt jest bowiem taki, że do Grenlandii Chińczykom bardzo daleko. Zwłaszcza ich flocie wojennej. Najkrótsza droga wiedzie obok Alaski i przez cieśninę Beringa (gdzie lotnictwo i flota USA panują), potem bardzo trudnymi do nawigacji wodami Morza Arktycznego. Wyprawa wymagająca ciężkiego lodołamacza albo bardzo korzystnej pogody. Chińczycy nie mają ani jednej takiej jednostki. Wszystkie ich cywilne lodołamacze badawcze nadają się tylko do wypadów arktycznych w cienkim lodzie. Nie do stałego operowania w Arktyce. W planach jest budowa cywilnego ciężkiego lodołamacza, ale bez konkretów. Flota mogłaby próbować wysyłać pod lody Arktyki w rejonie Alaski atomowe okręty podwodne, ale Amerykanie mają w tym zakresie taką przewagę techniczną i doświadczenia (na przykład znajomość kształtu dna jest bezcenna i to pewnie badają między innymi cywilne chińskie lodołamacze), że byłoby to bez mała działanie samobójcze. Wyprawa dookoła świata (koszmar logistyczny z uwagi na brak pewnych przyjaznych portów) i podejście do Grenlandii od południa z Atlantyku to kolejna wyprawa wodami zdominowanymi przez floty NATO.
Rosyjskie nic nowego
Znacznie większe zdolności do operowania w pobliżu Grenlandii mają Rosjanie. Jednak tylko teoretycznie. Po pierwsze ich Flota Północna stacjonująca na wybrzeżach Morza Arktycznego, jest priorytetowo skupiona na kontroli Morza Barentsa i Karskiego. Według ich doktryny mają one stanowić „bastion”, w którym skrywają się atomowe okręty podwodne z rakietami balistycznymi. Jeden z dwóch kluczowych elementów triady jądrowej Rosji. Drugim zadaniem Floty Północnej jest próba zwalczania sił NATO na północnym Atlantyku. Głównie przy pomocy atomowych okrętów podwodnych, ponieważ flota nawodna Rosjan jest w kiepskim stanie i nie stanowi realnego zagrożenia. O pomysłach na atakowanie Grenlandii, czy położonych daleko za nią USA, nigdy nie było mowy. Flota Północna nie ma do tego absolutnie sił. Aktualnie posiada 1 średni okręt desantowy i 2 małe, które nie nadają się do długotrwałego operowania w Arktyce i mogą przewieźć bardzo skromny desant liczący łącznie około 500 ludzi oraz kilkadziesiąt pojazdów. Abstrahując od tego, po co miałby on być wysadzany na niemal całkowicie bezludnym wschodnim wybrzeżu Grenlandii? Nie bez powodu przez dekady zimnej wojny, kiedy siły zbrojne ZSRR były znacznie większym wyzwaniem, nikt tak naprawdę nie planował żadnej bitwy o tę wyspę. Szykowano się do walki z radziecką flotą próbującą przebijać się na północny Atlantyk i atakować konwoje na trasie USA-Europa, ewentualnie wykonującą desanty na północy Norwegii. Nawet bitwa o znacznie łatwiej osiągalną Islandię była traktowana w kategoriach fantastyki.
Oczywiście Rosjanie mają największą flotę cywilnych ciężkich lodołamaczy z napędem jądrowym, którą ciągle modernizują. Budują obecnie długą serię (7 zamówionych) nowych jednostek projektu 22220. Ich głównym zadaniem jest umożliwianie żeglugi statków transportujących surowce wzdłuż północnych wybrzeży Rosji. W przyszłości być może też zwiększonego ruchu na trasie Azja-Europa przez tak zwaną Drogę Północną, czyli wzdłuż tychże arktycznych brzegów Rosji. Ma temu pomóc ocieplający się klimat. Jednak pomimo wielu deklaracji i planów na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, ruch na niej pozostaje skromny. W rekordowym 2024 roku przewieziono nią, nie licząc wewnętrznego transportu rosyjskiego, 3 miliony ton ładunku, podczas gdy roczny przeładunek portów UE, licząc tylko jednostki oceaniczne, to ponad miliard ton. Po prostu tradycyjna trasa przez Ocean Indyjski jest znacznie pewniejsza, bo nie wymaga nadzwyczajnych przygotowań na spotkanie z lodem czy ciężką pogodą. Podobnie wygląda realizacja nagłaśnianych propagandowo planów eksploatacji złóż surowców w Arktyce. Po agresji na Ukrainę i zerwaniu współpracy z gospodarkami zachodnimi są one faktycznie zawieszone.
Wszystko to sprowadza się do tego, że okolice Grenlandii nie są pełne Chińczyków i Rosjan. Wszelkie próby wejścia tych pierwszych komercyjnie na wyspę, celem głównie budowy kopalń, zostały zablokowane przez Danię pod naciskiem USA już lata temu. Nie widać realnego ryzyka zmiany tego stanu rzeczy w dającej się przewidzieć przyszłości. Bezpieczeństwo USA z tego kierunku trudno uznać za zagrożone. Co więcej, aktualne działania Białego Domu sytuację mogą tylko pogorszyć, bo rozbijają jedność NATO, które ma pewną dominację w tym regionie. Są więc właściwie kontrskuteczne.












