
-
Powiatowy Lekarz Weterynarii w Garwolinie nakazał zamknięcie schroniska Happy Dog w Sobolewie i zakazał właścicielowi prowadzenia schronisk.
-
Była wolontariuszka Karolina Pawelczyk-Dróżdż relacjonuje między innymi przepełnienie schroniska, brak odpowiedniej opieki nad zwierzętami i śmierć psów.
-
W 2019 roku kierownik schroniska usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzętami, a obecnie sprawa sądowa zbliża się do końca.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Wolontariusze od lat donosili, że w schronisku dla zwierząt „Happy Dog” (ang. „szczęśliwy pies”) w Sobolewie źle się dzieje. Sprawa zyskała rozpędu i rozgłosu na początku stycznia. Później miłośnicy zwierząt zebrali się przed urzędem gminy i domagali się poprawy warunków życia dla psów w schronisku, z którym gmina ma podpisaną umowę.
Powiatowy Lekarz Weterynarii w Garwolinie nakazał natychmiastowe zamknięcie schroniska w Sobolewie oraz zakazał właścicielowi prowadzenia schronisk dla zwierząt.
Sobolew. Była wolontariuszka: Schronisko stale się przepełniało
W schronisku była wolontariuszką od sierpnia 2016 roku. – Był to pierwszy wolontariat w tym miejscu, mimo że schronisko działało od 2013-2014 roku – wspomina Karolina Pawelczyk-Dróżdż, prezeska fundacji „Złap Dom”. To ona, jako jedna z pierwszych osób, alarmowała w sprawie tragicznych warunków w schronisku w Sobolewie. Dziś jest oskarżycielką posiłkową w sprawie przeciwko właścicielowi, Marianowi D.
Gdy pojawiła się tam po raz pierwszy, schronisko funkcjonowało na mniejszą skalę niż w swoich ostatnich dniach.
– Od początku właściciel robił bardzo dobre wrażenie. Nie było to pierwsze schronisko, w którym pomagałam, więc wydawało mi się, że potrafię ocenić sytuację – opowiada Interii Karolina Pawelczyk-Dróżdż. – Przez kolejne lata widziałam, że właściciel potrafi wywierać na ludziach ogromne wrażenie, szczególnie na tych, którzy nie znają realiów ochrony zwierząt. Miał zdolność przekonywania i budowania narracji o tym, że nie chodzi mu o zarobek, lecz o pomaganie zwierzętom. Na starcie psów było niewiele, kupował im dobrą karmę i roztaczał wizję schroniska prowadzonego z sercem.
Ta wizja bardzo szybko została zweryfikowana przez rzeczywistość. Pawelczyk-Dróżdż przyjeżdżała do Sobolewa co weekend. Zaangażowała też innych doświadczonych wolontariuszy. – Mimo że skupialiśmy się na adopcjach i wiele psów znajdowało domy, schronisko stale się przepełniało – mówi.
Do obsługi miejsca była jedna osoba – starszy pan. – Nie mam zastrzeżeń do niego jako człowieka, ale nie był w stanie opiekować się nawet kilkudziesięcioma psami – opowiada była wolontariuszka z Sobolewa. – Na miejscu brakowało bud, a te, które były, nie były ocieplone. Przyszliśmy tam jesienią, zaraz zaczynała się zima. Budy nie były sprzątane – własnoręcznie zeskrobywaliśmy odchody szpachelkami kupionymi w sklepach budowlanych – mówi o obrazach, które widziała w schronisku.
Brakowało tam także kociarni – koty trzymano w klatkach w starym pojeździe wojskowym. Ostatecznie prowadzona przez nią fundacja zebrała pieniądze na zbudowanie kociarni.
Schronisko w Sobolewie. „Tak wyglądała nasza codzienność”
Jak słyszymy od byłej wolontariuszki, w schronisku psy atakowały się nawzajem. – Właściciel twierdził, że dobiera psy charakterami, że silniejszy nie trafi do słabszego, co nie miało pokrycia w rzeczywistości – mówi Karolina Pawelczyk-Dróżdż. Były psy, które nigdy nie wychodziły z budy, całkowicie załamane psychicznie. Suki rodziły szczenięta, bo nie były kastrowane. Rozprzestrzeniał się parwowirus, a psy masowo umierały. – Wielokrotnie znajdowałyśmy zwierzęta martwe – zagryzione lub zmarłe z innych przyczyn. Psy w złym stanie trafiały tam regularnie i tygodniami nie otrzymywały żadnej pomocy – opowiada.
Wolontariusze starali się znajdować domy dla psów, ale nie byli w stanie zapewnić pomocy wszystkim czworonogom. – Czasem podejmowaliśmy decyzję, by natychmiast zawieźć psa w najgorszym stanie do lecznicy, a dopiero potem zastanawiać się, co dalej. Tak wyglądała nasza codzienność.
Jak wspomina wolontariuszka, Marian D. każdej soboty kupował im pączki, pizzę, robił herbatę. – Za każdym razem odwracał uwagę od realnych problemów, budując w nas poczucie winy, że „on tyle robi”, a my jeszcze czegoś wymagamy – opowiada.
Obiecywał im zmiany, które nie dochodziły do skutku.
Była wolontariuszka z Sobolewa: To był moment graniczny
W sierpniu 2017 roku schronisko w Sobolewie przyjęło 11 psów z interwencji, za które gmina zapłaciła mu około 27,5 tysiąca złotych – słyszymy od Pawelczyk-Dróżdż. Psy te były odebrane właścicielowi. – Żadna realna pomoc weterynaryjna nie została im udzielona. Dwa z tych psów zmarły. Jednego z nich wolontariusze przynieśli pod biuro dyrektora. Ten tylko potrącił go nogą, sprawdzając, czy jeszcze żyje – mówi.
O fatalnym stanie drugiego psa kobieta dowiedziała się od innych wolontariuszy. – Sunia nie była w stanie wstać, przewracała się w budzie. Poleciłam natychmiast ją zabrać do całodobowej lecznicy w Warszawie. Początkowo właściciel się zgodził, po czym cofnął zgodę, twierdząc, że „musi mieć ślad w papierach”. Następnego dnia dowiedziałyśmy się, że pies nie żyje. To był moment graniczny – przyznaje.
Jak później dowiedziała się z akt i ksiąg leczenia, zwierzęta z interwencji nie otrzymały żadnej pomocy – po 14 dniach zostały jedynie zaszczepione na wściekliznę.
Karolina Pawelczyk-Dróżdż oświadczyła, że nie będzie dalej „wyciągać psów z miejsca, w którym nic się nie zmienia”. Pod koniec listopada wolontariusze zostali wyrzuceni ze schroniska.
Schronisko w Sobolewie zamknięte
W lutym 2018 roku wolontariusze złożyli zawiadomienie do prokuratury. Sprawa ciągnęła się latami – początkowo została umorzona. – Składałyśmy zażalenia, wnioski i pisma, po których postępowanie musiało zostać wznowione – mówi Karolina Pawelczyk-Dróżdż.
W 2019 roku kierownik schroniska usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzętami.
Pod koniec stycznia 2025 roku po nagłośnieniu sprawy i protestach miejsce zostało zamknięte, a psy zabrane do innych przytulisk.
Dziś sprawa sądowa zbliża się do końca. Termin rozprawy wyznaczono na 18 lutego.
Chcesz porozmawiać z autorką? Napisz: anna.nicz@firma.interia.pl













