Ta misja kosztowała trzy samoloty i kilka śmigłowców. Ratując pilota, zagrali va banque

Trudno bowiem o lepszy scenariusz dla filmu wojennego. Ranny lotnik ukrywający się w górach kilkaset kilometrów w głąb wrogiego kraju. Ogromna operacja ratunkowa z udziałem ponad setki samolotów, śmigłowców, dronów i kilkuset żołnierzy. Brawurowy rajd w głąb kraju przeciwnika, prowizoryczne lądowisko, utknięte kluczowe samoloty, mające służyć do ewakuacji i ryzykowne decyzje w ostatniej chwili ratujące całą operację.

Po wszystkim zostały liczne wraki maszyn, ale nie stracono ani jednego żołnierza. Koniec końców, amerykańskie siły specjalne po raz kolejny pokazały, dlaczego są uznawane za najlepsze na świecie.

Klasyczny wstęp

Cała ta operacja rozegrała się na przestrzeni weekendu, kiedy większość Polaków świętowała Wielkanoc. W piątek rano amerykański myśliwiec bombardujący F-15E został trafiony nad prowincją Isfahan w centralnym Iranie. Około 400 kilometrów od granicy z Irakiem. Musiał atakować coś z małej wysokości, ponieważ trafiony został rakietą odpalaną z ramienia, tak zwanym MANPADS, które mają krótki zasięg. Uszkodzenia były na tyle poważne, że dwuosobowa załoga, pilot i operator uzbrojenia, natychmiast się katapultowała. Oznaczało to również natychmiastowe uruchomienie machiny odpowiadającej za misje CSAR, czyli Combat Search and Rescue (ang. Bojowe Poszukiwanie i Ratownictwo). Ich celem jest odnalezienie i ewakuowanie żołnierzy, którzy z jakichś powodów znajdą się w sposób nieplanowany za liniami wroga. W tym wypadku obu lotników, którzy byli cenni nie tylko z racji swoich umiejętności i doświadczenia, ale mieli też ogromne znaczenie propagandowe dla obu stron konfliktu. Do tego dochodzi mocno zakorzenione w wojsku USA motto „Nikogo nie zostawimy w tyle”, które oznacza, że w takiej sytuacji cały system uczyni wszystko, co tylko możliwe, aby uratować swoich, a w najgorszym wypadku ewakuować nawet ciała. To istotny element budowania morale sił zbrojnych.

Ze względu na znaczenie misji CSAR, Amerykanie mają rozbudowane siły zdolne je wykonywać. Podstawowym są wyspecjalizowane dywizjony w USAF (lotnictwo wojskowe USA), używające przede wszystkim zmodyfikowanych średnich samolotów transportowych C-130 Hercules, oznaczonych HC-130 Combat King, oraz również zmodyfikowanych śmigłowców UH-60 Blackhawk oznaczonych HH-60 Pavehawk. Standardowy zespół do przeprowadzenia misji CSAR na dużej odległości to 1 taki samolot i 2 śmigłowce. Ten pierwszy pełni funkcję latającego stanowiska łączności, dowodzenia i obserwacji oraz latającej cysterny, która może uzupełniać w locie paliwo śmigłowcom. Te mają przede wszystkim za zadanie wylądować i uratować lotnika czy innego żołnierza. Do tego ewentualnie osłaniać się nawzajem ogniem, gdyby na ziemi był przeciwnik próbujący przeszkodzić.

Dokładnie taki zespół pojawił się nad Iranem niedługo po zestrzeleniu F-15 w rejonie Isfahan. Irańczycy zaczęli wrzucać jego nagrania do sieci w piątek przed południem.

Amerykanie lecieli na małej wysokości, ponosząc znaczne ryzyko. Skoro Irańczykom udało się zestrzelić znacznie szybszy i bardziej zwrotny myśliwiec, to tym bardziej mogliby trafić znacznie większego i nieruchawego HC-130, do tego lecącego nisko i powoli w towarzystwie HH-60. Tak się jednak nie stało, co najpewniej było efektem szczęścia, dobrego planowania trasy lotu z dala od znanych zagrożeń, oraz szczelnej obstawy. Cywile na ziemi nagrywali doskonale widoczny zespół ratunkowy, ale na pewno wyżej była niewidoczna osłona w postaci samolotów i dronów wypatrujących potencjalnych zagrożeń i gotowa je zawczasu eliminować. Jedna z zapewniających osłonę maszyn szturmowych A-10 Thunderbolt II została w trakcie operacji trafiona. Pilot zdołał dolecieć ciężko uszkodzoną maszyną nad Irak, gdzie katapultował się i został uratowany.

Nagrany zespół HC-130 i HH-60 miał z powodzeniem uratować pilota zestrzelonego F-15. Jego pozycja miała być od razu znana i najwyraźniej było to miejsce, gdzie śmigłowce mogły wylądować. Piloci maszyn bojowych mają w specjalnych zasobnikach ratunkowych między innymi specjalistyczne małe radio, które umożliwia podstawową komunikację i nadawanie w zaszyfrowany sposób pozycji, określanej przy pomocy satelitów. Podczas ratowania pilota śmigłowce dostały się pod ostrzał Irańczyków. Część załogi drugiej maszyny, najpewniej osłaniającej tą podejmującą lotnika z ziemi, została ranna. Cały zespół zdołał jednak wylecieć z Iranu.

Wyższy poziom komplikacji

Znacznie większym wyzwaniem okazało się uratowanie drugiego lotnika, operatora uzbrojenia. Katapultowanie się z myśliwca to bardzo gwałtowne przeżycie i został w jego trakcie ranny. Choć nie ma pewności jak. Donald Trump twierdził, że bardzo krwawił, ale agencja „Reuters” pisała o zwichniętej kostce. Operator wylądował oddzielnie od pilota i z jakiegoś powodu nie zdołał tak jak on skutecznie nadawać informacji o swojej lokalizacji. Być może poszukujący go Irańczycy byli za blisko, więc skupił się na ucieczce. Miał wejść na skalisty grzbiet górski wysoki na około 2 kilometry, położony na południe od Isfahanu, gdzie ukrył się w rozpadlinie i dopiero wtedy zaczął nadawać swoją pozycję. Został namierzony 14 godzin po zestrzeleniu.

Przez większość soboty Amerykanie mieli ustalać, czy sygnał jest na pewno nadawany przez lotnika i czy jest on sam, a nie na przykład w rękach Irańczyków szykujących zasadzkę na siły ratunkowe. Kluczową rolę miała w tym odegrać agencja wywiadowcza CIA, która wykorzystała jakiś specjalny i nienazwany system, aby zweryfikować status poszukiwanego. Jednocześnie planowano i przygotowywano operację wydostania go. Najwyraźniej użycie standardowych metod nie było możliwe. Być może lotnik zaszył się w takim miejscu, gdzie HH-60 nie były w stanie wylądować. Być może użycie ich uznano za zbyt ryzykowne wobec tego, ile czasu minęło od początku operacji i zaalarmowania Irańczyków. Zadanie zlecono więc mieszanej grupie oddziałów sił specjalnych. Postanowiono użyć dwóch zmodyfikowanych Herkulesów (nie ma pewności czy wspomnianych HC-130, czy MC-130 używanych przez siły specjalne), które miały dostarczyć w pobliże miejsca ukrycia lotnika kilka małych i zwinnych śmigłowców MH-6 Little Bird, używanych przez komandosów do dostawania się szybko w trudnodostępne miejsca. Razem zespół do ewakuacji jednego zaginionego liczył około setki żołnierzy.

Prowizoryczne lądowisko dla samolotów wyznaczono pośród pól około 15 kilometrów na wschód od grzbietu górskiego, gdzie ukrywał się lotnik. USAF ma do takich zadań specjalny zespół tak zwanych „kontrolerów” lub „przecieraczy szlaku”, których zadaniem jest najczęściej skoczyć ze spadochronem, zbadać wstępnie wybraną okolicę, wybrać optymalne miejsce i wyznaczyć prowizoryczne lądowisko, a potem kierować ruchem na nim. Wszystko wskazuje na to, że w tej konkretnej sytuacji wybrany teren nie był najlepszy. Choć na zdjęciach satelitarnych widać coś, co mogło kiedyś służyć za proste lądowisko dla samolotów rolniczych. Herkulesy owszem wylądowały, ale według „NYT” finalnie jeden lub oba zagrzebały się w piaszczystej glebie. Wytrzymałość gruntu to jeden z kluczowych czynników w takich sytuacjach. Musi on wytrzymać nacisk maszyny ważącej z ładunkiem kilkadziesiąt ton. Ten akurat nie wytrzymał. Śmigłowce rozładowano i z powodzeniem bez specjalnych przygód, przywiozły rannego lotnika na miejsce ewakuacji. Nie było jednak jak jej przeprowadzić.

Cała operacja odbywała się po zmroku. Wokół lądowiska działały z powietrza siły osłonowe. Miały między innymi zbombardować szereg dróg prowadzących do rejonu operacji, aby utrudnić dotarcie na miejsce irańskiemu wojsku. Kratery widać na zdjęciach satelitarnych.

Do tego intensywnie miano zagłuszać jakąkolwiek łączność, do czego są odpowiednie samoloty. Tej samej nocy zaatakowano też podziemne stanowisko dowodzenia Korpusu Strażników Rewolucji w pobliżu Teheranu, co być może było elementem dezorganizowania Irańczyków, aby nie mogli skutecznie zaatakować komandosów wykonujących brawurową akcję 400 kilometrów w głąb Iranu.

Próby odkopania Herkulesów miały trwać wiele godzin w nocy z soboty na niedzielę. Nie powiodły się. Zapadła decyzja o porzuceniu sprzętu i ewakuacji ludzi trzema mniejszymi maszynami. Najprawdopodobniej były to C-295, które wykorzystuje między innymi polskie wojsko. USAF ma 6 takich maszyn w swojej specjalnej wersji, które mają za zadanie właśnie to, czyli dostarczać i ewakuować siły specjalne z małych prowizorycznych lądowisk. W identyfikacji ponownie pomogli irańscy cywile, którzy w niedzielę rano wrzucili do sieci nagrania szarego C-295 lecącego na małej wysokości nad ich krajem.

Według „NYT” trzy samoloty zabrały około setki ludzi zaangażowanych w operację i samego uratowanego lotnika. Świtem wszystkie z powodzeniem wystartowały i odleciały do Kuwejtu. Na miejscu pozostawiono zagrzebane Herkulesy i przywiezione przez nie śmigłowce, bo maszyny przeprowadzające ewakuację były za małe, aby je zabrać. Porzucony sprzęt został zniszczony, aby nie wpadł w ręce Irańczyków. W irańskich mediach państwowych w niedzielę przed południem pokazano najpierw zdjęcia dwóch C-130 stojących na ziemi, wykonane z dużego dystansu. Potem już zdjęcia szczątków wykonane z bliska. Te wykonane przez reportera reżimowej agencji MENA są w galerii na początku tekstu.

Kosztowny, ale sukces

Koniec końców siły specjalne USA przeprowadziły kolejną w tym roku błyskotliwą operację za liniami wroga. Po porwaniu dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro w styczniu. Przeprowadzić tak złożoną misję ratunkową 400 kilometrów w głąb Iranu, około 50 kilometrów na południe od 3. największego miasta kraju i do tego ważnego ze względu na rozmieszczenie tam szeregu obiektów programu jądrowego, to nie byle osiągnięcie. Do tego bez strat w ludziach. Utrata 1 A-10, dwóch CH/MH-130 i nieustalonej liczby MH-6 (podawane wartości wahają się od 2 do 4), to owszem niemały koszt. Jednak z punktu widzenia Waszyngtonu na pewno opłacalny biorąc pod uwagę, jak ogromnym problemem wizerunkowym byłoby ujęcie przez Irańczyków choćby jednego lotnika z zestrzelonego F-15. Nie wspominając o tym, jak ważną kartą przetargową by był przy ewentualnych rozmowach nad zakończeniem wojny.

Ryzyko było duże, wiele rzeczy mogło pójść nie tak i część poszła, ale ostatecznie Amerykanie odnieśli znaczny sukces. Głównie dzięki swoim zasobom oraz umiejętnościom, ale po części na pewno dzięki dozie szczęścia. Patrząc po efektach takich operacji w przeszłości, na pewno będzie z tego film i książka, albo nawet książki autorstwa żołnierzy biorących w niej udział.

Udział