
Departament Sprawiedliwości opublikował na polecenie Kongresu tysiące stron akt sprawy Jeffreya Epsteina, w tym zdjęcia, notatki z przesłuchań świadków i ofiar pedofila. Jednak analiza numerów seryjnych dokumentów, przeprowadzona przez amerykańskie media, wskazuje, że co najmniej 53 strony są w rejestrach FBI, lecz nie ma ich w publicznej bazie. Według radia NPR część brakujących materiałów to zarzuty wobec Donalda Trumpa. Dotyczą one wykorzystywania nieletnich, choć pozostają nieudowodnione. Zarzuty były jednak na tyle poważne, że FBI przeprowadziło kilka przesłuchań kobiety, która jako nastolatka miała być wykorzystana seksualnie.
Publikacja dokumentów sprawy Epsteina od początku była chaotyczna – ujawniono nazwiska ofiar, potem je usunięto, część plików zdejmowano i ponownie publikowano, tłumacząc to przeglądami prywatności i terminami. Teraz pojawiają się pytania, czy brakujące strony zostały usunięte celowo, czy jest to wynik chaotycznego procesu ich ujawniania. Departament Sprawiedliwości nie odpowiada na pytania w tej sprawie.
Trump w orędziu nie wspomniał ani słowem o aktach Epsteina
Jak można było się spodziewać, prezydent Donald Trump w swoim orędziu o stanie państwa (State of the Union) wygłoszonym we wtorek 24 lutego, nie wspomniał ani słowem o aktach Jeffreya Epsteina.
W blisko dwugodzinnym przemówieniu Trump skupił się głównie na gospodarce i bezpieczeństwie granic. Część kongresmenów z Partii Demokratycznej zbojkotowała wystąpienie Trumpa, a obecni na sali, w tym m.in. Nancy Pelosi, była przewodnicząca Izby Reprezentantów, mieli przypięte plakietki z napisem „Uwolnić akta” (Release the Files).











