
Do naruszenia rumuńskiej przestrzeni powietrznej doszło w nocy z czwartku na piątek. Rosyjski dron bojowy rozbił się na dachu budynku mieszkalnego w mieście Gałacz na południowym wschodzie kraju, nieopodal granicy z Ukrainą. Incydent z udziałem rosyjskiego drona potwierdziło już rumuńskie ministerstwo obrony. Wstępne informacje rumuńskich władz mówią o dwóch rannych osobach, którym na miejscu udzielono pomocy medycznej.
Incydent z udziałem rosyjskiego bezzałogowca potępiło już wielu przywódców europejskich. Zareagowała na niego także Unia Europejska i NATO.
„Rosyjska wojna napastnicza (przeciw Ukrainie – przy. red.) przekroczyła kolejną granicę. (…) Wyrażamy pełne poparcie dla Rumunii i jej obywateli. Kontynuując wzmacnianie naszego bezpieczeństwa i odstraszania, zwłaszcza na naszej wschodniej granicy, będziemy dalej zwiększać presję na Rosję” – zapewniła we wpisie na Twitterze/X przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen.
Na tej samej platformie w podobnym tonie wypowiedziała się rzeczniczka prasowa NATO: „Potępiamy lekkomyślność Rosji, a NATO będzie kontynuować wzmacnianie naszej obrony przed wszystkimi zagrożeniami, w tym dronami”.
Z kolei prezydent Rumunii Nicusor Dan zwołał już posiedzenie Najwyższej Rady Bezpieczeństwa w celu „omówienia implikacji najpoważniejszego incydentu, który dotknął terytorium narodowe od początku wojny Federacji Rosyjskiej przeciwko Ukrainie”. „Bezprecedensowy charakter tego wydarzenia wymaga zdecydowanej, skoordynowanej i adekwatnej odpowiedzi – na poziomie narodowym, sojuszniczym i międzynarodowym” – ocenił na Twitterze/X rumuński polityk.
„To są decyzje ostateczne”. Jak NATO odpowie Putinowi?
Wszystkie oczy są jednak teraz zwrócone w stronę NATO. Sytuacja, do której doszło w Rumunii, jest bowiem jednym z najpoważniejszych, jeśli nie najpoważniejszym aktem agresji Rosji wobec państw wschodniej flanki Sojuszu.
Według gen. Mieczysława Cieniucha problem nie dotyczy jednak wschodniej flanki NATO i nie powinniśmy rozgraniczać w tego rodzaju sytuacjach poszczególnych stref czy regionów Sojuszu. – Uważam, że to całe NATO powinno zareagować. Choć sprawa dotyczy wschodniej flanki, reakcja musi wyjść od całego Sojuszu – mówi w rozmowie z Interią były Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
Wojskowy uważa za bardzo mało prawdopodobne aktywowanie słynnego Art. 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, który mówi o kolektywnej obronie państw Sojuszu w sytuacji, gdy zaatakowany zostanie jeden z jego członków. – Wydaje mi się, że dojdzie do konsultacji w ramach Art. 4. Inicjatywa musi jednak wyjść ze strony Rumunii, która powinna o taką reakcję wystąpić – przewiduje nasz rozmówca.
Przypomnijmy, Art. 4. Traktatu Północnoatlantyckiego mówi, że „Strony będą się wspólnie konsultowały, ilekroć, zdaniem którejkolwiek z nich, zagrożone będą integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze Stron”.
NATO do tej pory nie wyznaczyło Putinowi żadnej czerwonej linii wyprzedzająco. Powinniśmy przyjąć strategię, w której mówimy: „jeśli zrobisz to, spotka cię to”
– Możliwe jest zaostrzenie sankcji lub wprowadzenie innych ograniczeń dla strony rosyjskiej – dodaje gen. Cieniuch.
Jakiej odpowiedzi ze strony NATO należy oczekiwać, pomijając rozmowy na najwyższym szczeblu w ramach Art. 4.? Jedną z bardziej prawdopodobnych opcji jest czasowa lub stała relokacja większych sił powietrznych na wschodnią flankę NATO, zwłaszcza przy granicy z Ukrainą.
– To są poważne decyzje, ponieważ jest to droga jednokierunkowa. Gdy się na nią wejdzie, trzeba kontynuować obrany kierunek, nie można zawrócić ani się wycofać. To są decyzje ostateczne, dlatego warto się nad nimi dobrze zastanowić – zastrzega gen. Cieniuch.
Nie ma jednak złudzeń, że Rosja rozumie wyłącznie język siły. – Cały czas mówimy o tym, że Rosja zatrzyma się dopiero w momencie, gdy otrzyma „uderzenie w nos”. Czy tak jest w istocie, musielibyśmy sprawdzić w praktyce – konkluduje.
Czerwone linie dla Putina. „Do tej pory NATO ich nie wyznaczyło”
Ten sam wątek mocno akcentuje inny z naszych rozmówców – gen. Stanisław Koziej. – NATO do tej pory nie wyznaczyło Putinowi żadnej czerwonej linii wyprzedzająco. Powinniśmy przyjąć strategię, w której mówimy: „jeśli zrobisz to, to spotka cię to i to” – nie ma wątpliwości były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Nasz rozmówca nie ogranicza się do ogólników. Podaje konkretne przykłady takich czerwonych linii. W pierwszej kolejności – przekonuje gen. Koziej – należałoby wzmocnić obronę powietrzną Ukrainy, ponieważ „to ona jest najlepszą tarczą dla NATO przez zagrożeniami powietrznymi ze strony Rosji”. – Należy dostarczyć im dodatkowe systemy i środki do walki – uważa wojskowy.

Gen. Koziej podkreśla, że NATO powinno bardzo poważnie rozważyć „ustanowienie wysuniętej strefy obrony powietrznej wzdłuż swojej wschodniej granicy, nad terytorium Ukrainy”. Doprecyzowuje, że nie chodzi o zamknięcie całej przestrzeni powietrznej nad Ukrainą, czego swego czasu oczekiwał od NATO i Zachodu Kijów.
– Chodzi o kilkudziesięciokilometrowy pas przy granicy z Ukrainą. W tej strefie NATO zwalczałoby wszystkie obiekty lecące w kierunku granicy, zanim ją przekroczą – proponuje były szef BBN. W jego ocenie, „taki krok dałby Putinowi do myślenia i kazał mu przekalkulować ryzyko dalszej eskalacji”. – To byłaby realna czerwona linia, która jednocześnie osłaniałaby część terytorium Ukrainy – wskazuje gen. Koziej.
Podobnie jak gen. Mieczysław Cieniuch, także gen. Koziej uważa, że konieczne są też dalsze sankcje gospodarcze i polityczne, które uszczuplałyby możliwości rosyjskiej gospodarki i drenowały Kreml z zasobów koniecznych do kontynuacji działań zbrojnych w Ukrainie.
Uważam, że to całe NATO powinno zareagować. Choć sprawa dotyczy wschodniej flanki, reakcja musi wyjść od całego Sojuszu
Gen. Koziej wrzuca też jednak kamyczek do naszego, polskiego ogródka. W końcu podobnie jak Rumunia, także Polska miała w ostatnich kilkunastu miesiącach ogromne problemy z rosyjskimi dronami naruszającymi naszą przestrzeń powietrzną.
Co ciekawe, były szef BBN nie wskazuje nawet na konieczność zakupu, ale też rozwijania w ramach własnego przemysłu zbrojeniowego systemów antydronowych. To już dla polskich wojskowych i polskiego MON pewnego rodzaju oczywistość. Gen. Koziej postuluje natomiast zmianę w podejściu do obrony polskich granic przed rosyjskimi dronami. – Musimy organizować wzdłuż granicy obronę strefową, a nie tylko punktową (jaką stosują Ukraińcy do ochrony konkretnych obiektów, np. miast, fabryk czy elektrowni) – diagnozuje.
Kluczowe w tym nowym podejściu miałyby być drony myśliwskie, czyli krótko mówiąc: drony służące do zwalczania dronów nieprzyjaciela. – Drony myśliwskie to priorytet, jeśli chcemy stworzyć skuteczny system obrony przed hybrydową agresją Rosji – kwituje były szef BBN.
Jednocześnie przestrzega, że bez podjęcia szybkich i zdecydowanych kroków wobec Rosji sytuacja z naruszeniami przestrzeni powietrznej i „przypadkowymi” uderzeniami w cele na terenie państw NATO będzie się pogarszać.
– NATO nie jest dla Kremla na tyle dużym problemem, żeby musieli za wszelką cenę unikać takich incydentów czy natychmiast za nie przepraszać – mówi gen. Koziej. Stawia nawet tezę, że Władimir Putin może zechcieć dużo mocniej eskalować sytuację na wschodniej flance NATO, żeby odwrócić uwagę od przedłużającego się impasu na froncie ukraińskim.
– Putin mógłby wtedy ogłosić pełną mobilizację, twierdząc, że to NATO atakuje Rosję i mamy do czynienia z drugą Wojnę Ojczyźnianą, tym razem Zachodem i NATO – przewiduje rozmówca Interii. I konkluduje – Dlatego NATO stoi przed bardzo poważnym dylematem, co robić z takimi incydentami jak ten w Rumunii.












