Mieliśmy być drugą Irlandią, Węgrami, a nawet Japonią i choć o tej ostatniej już dziś mało kto pamięta, to najwyraźniej bycie „drugim” w propagandowej kiełbasie wyborczej jeszcze się nie przejadło.
Co ciekawe, w politycznych zapowiedziach, kampanijnych obietnicach i wszelakim wróżbiarstwie tak z mozołem uprawianym przy Wiejskiej niespecjalnie przebijał się temat Niemiec. Choć potęga gospodarcza naszego zachodniego sąsiada przez dekady była wyznacznikiem sukcesu, nadwiślańscy politycy jakoś nie spieszyli się do proroctw o zamianie Polski w drugie „Niemcy”. Kontekst historyczny zapewne. Tymczasem ekonomiści mówią wprost: rodzimej gospodarce coraz bliżej do zaodrzańskiej.
Polska droga do sukcesu
Ekonomista wskazuje, że Polska może dogonić zachodniego sąsiada. Skoro rodzima gospodarka rośnie, a niemiecka tkwi w stagnacji, efekt wydaje się łatwy do przewidzenia.
– Polska od 1990 r. odniosła jeden z największych gospodarczych sukcesów w Europie. Zmniejszyliśmy wyraźnie dystans do Zachodu, zbudowaliśmy nowoczesną gospodarkę, infrastrukturę i silny sektor prywatny. Z niemieckiego punktu widzenia ważne jest to, że Polska jest dziś większym rynkiem zbytu dla Niemiec niż Chiny. Od 1990 r. niemiecki eksport do Polski zwiększył się 33-krotnie. To pokazuje, że Niemcy także korzystają na sukcesie Polski” – powiedział w wywiadzie dla „Berliner Zeitung” Marcin Piątkowski, wykładowca w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i współpracownik Banku Światowego w Waszyngtonie.
Polski sukces się Niemcom opłaca
Czy polski sukces kole w niemieckie oczy? Może i tak, może i nie, ale z pewnością się naszym zachodnim sąsiadom opłaca.
– Niemcy są największą gospodarką w Europie, a Polska należy do gospodarek najbardziej dynamicznych. Oba kraje są ze sobą mocno związane. Polska, stając się coraz bardziej bogata, kupuje coraz więcej niemieckich towarów. Sukces Polski leży w interesie Niemiec – wyjaśnił ekonomista.
Wskazując na źródła polskich sukcesów, Piątkowski zwrócił uwagę na równość szans po upadku socjalizmu.
– Po 1989 r. praktycznie każdy mógł odnieść sukces – podkreślił, zaznaczając, że niemal wszyscy aktualni polscy miliarderzy w momencie startu nie mieli ani dużego kapitału, ani odziedziczonych zasobów. Wymienił także wysoki poziom kształcenia i dobrą politykę gospodarczą kolejnych rządów.
Niemcy strzelają sobie w fiskalne kolano
Głównym powodem aktualnych problemów naszego zachodniego sąsiada jest, zdaniem ekonomisty, „fiskalny fundamentalizm”. W ocenie eksperta przeobraził się on już w swoistą „fiskalną anoreksję”.
– Niemcy uważali, że redukcja zadłużenia jest ważniejsza od inwestycji w przyszłość. Uważam, że niemiecka gospodarka za taką postawę zapłaciła i nadal płaci wysoką cenę – ocenił Marcin Piątkowski.
Jego zdaniem Niemcy powinny pozwolić sobie na wyższy deficyt, pod warunkiem że pieniądze zostaną przeznaczone nie na wzrost świadczeń socjalnych, lecz na inwestycje.
Fiskalna fiksacja to jednak nie wszystko. Polacy pracują wyraźnie więcej niż Niemcy.
– Polacy są mniej zamożni niż Niemcy i mają silniejszą motywację do dłuższej i cięższej pracy. Celem jest dogonienie Niemców, po raz pierwszy w historii – zaznaczył ekonomista.
Teraz będziemy gonić Holendrów i Duńczyków?
Piątkowski nie widzi obecnie powodu, by nadmiernie obawiać się poziomu polskiego zadłużenia. Zwraca uwagę, że choć deficyt Polski sięgał 7 proc. PKB zarówno w poprzednim, jak i w tym roku, czyli jest około dwukrotnie wyższy niż w Niemczech, nie oznacza to automatycznie problemów z finansowaniem państwa.
– Chociaż Polska ma mniejszą zdolność kredytową niż Niemcy, nie ma problemów z zadłużeniem – zaznaczył.
Jego zdaniem ważniejsze od samego poziomu długu jest to, na co państwo przeznacza pożyczone pieniądze. Jeśli trafiają one w inwestycje zwiększające możliwości gospodarki, mogą w dłuższej perspektywie pomóc w dalszym nadrabianiu dystansu do bogatszych państw.
Na tym jednak ambicje Polski nie powinny się kończyć. Piątkowski uważa, że dogonienie Niemiec jest możliwe około 2040 r., jeśli kraj nadal będzie prowadził rozsądną politykę gospodarczą, inwestował w innowacje i budował własne marki. Kolejnym celem powinno być jednak coś więcej niż tylko przegonienie zachodniego sąsiada.
W okolicach 2040 r. możliwe jest zrównanie się z Niemcami, jednak zdaniem ekonomisty, Polacy powinni postawić sobie jeszcze ambitniejsze zadanie – osiągnięcie poziomu Holendrów czy Duńczyków. W tych krajach dochód na głowę mieszkańca jest o 20 proc. wyższy niż średnia UE.
– Wzorem dla Polski powinna być coraz częściej Holandia lub Dania, a nie tylko Niemcy – podsumował Piątkowski.














