
Mieszcząca się w willi w Wilanowie agencja towarzyska była czynna codziennie od dwudziestej do ostatniego klienta. Nie zdarzało się, by lokal świecił pustkami. Fani płatnej miłości balowali tam do rana, a czasami po kilka dni. Tanio nie było, choć dziś cennik z „Rasputina” robi mniejsze wrażenie niż w 2016 roku. Drinki były po co najmniej 90 złotych, a za butelkę musującego wina trzeba było zapłacić od 500 do 20 tysięcy złotych. Godzina przyjemności to około 300-400 złotych. Dwa razy więcej kasowano za „numerek” w basenie lub jacuzzi, prawdopodobnie dlatego, że trzeba było później wymieniać wodę. Przyjmowano płatności gotówką, kartą i przez mobilną aplikację. Dla tych, którym pieniądze skończyły się w trakcie zabawy, na kilka miesięcy przed wpadką zainstalowano w „Rasputinie” bankomat. Na wszystko można też było wziąć fakturę.
Rodzinny biznes
Była jesień 2014 roku, gdy pochodząca z mazowieckiej wsi Truskaw, 27-letnia Karolina P., nazywana przez znajomych „Czekolindą”, dostała propozycję życia. Miała wielkie ambicje i licencjat z marketingu, więc zaspokajanie potrzeb klientów i generowanie zysków ogarnęła jeszcze na studiach. Teraz miała zostać tzw. burdelmamą. Zadanie było o tyle łatwe, że biznes był w zasadzie gotowy. Krewni skontaktowali ją z poprzednią właścicielką agencji, Dorotą, która bardzo lubiła zarządzać agencją przy ulicy Wiertniczej 72, ale odkąd została za to zatrzymana i skazana, musiała się trzymać z dala od „Rasputina”. Za comiesięczny abonament zgodziła się udostępnić wyposażenie i kontakty niezbędne do tego, by burdel znów mógł działać w najlepsze.
„Rasputin” został w pełni zalegalizowany, a przynajmniej tak się wydawało „Czekolindzie”. Wraz z byłym partnerem Norbertem K. nakłonili jego mamę, by założyła działalność gospodarczą o tej samej nazwie, co agencja towarzyska. Oficjalnie prowadziła tam usługi noclegowe, co – w razie kontroli np. z sanepidu – wyjaśniałoby ilość zamykanych na klucz sypialni. Kobieta (rocznik 1966) na własne nazwisko wynajęła willę, miała też dedykowany do prania pieniędzy z nierządu rachunek w banku. Pobierała 800 do 1500 złotych opłat za pośrednictwo, resztę oddawała synowej.
Zostań królem nocy
Biznes wystartował pod koniec 2014 roku. „Czekolinda” przygotowała akcję promocyjną, którą trudno było przegapić. Wynajęła limuzynę i zatrudniła piękne młode dziewczyny, które skąpo odziane jeździły po stolicy i rozdawały ulotki, zapraszając na erotyczną przygodę w „Rasputinie”. „Nasze gorące dziewczyny zajmą się Tobą w sposób, jakiego sobie nie wyobrażałeś” – kusiły ogłoszenia zamieszczane na Facebooku. Publikowano zdjęcia roznegliżowanych pań zapowiadające, że właśnie w ich towarzystwie można „zostać królem nocy”.
Do stałej współpracy zaangażowano stołecznych taksówkarzy. 1 grudnia w gazetce „Taryfa Info” umieszczono ogłoszenie o wznowieniu działalności słynnej agencji. Kierowcy mieli zachęcać majętnych przyjezdnych do obrania kursu na Wiertniczą. Taryfiarz, który przywiózł nowego klienta, dostawał od „Czekolindy” co najmniej 150 złotych. Karolina P. odpalała im więcej, gdy usługobiorca został na dłużej albo skorzystał z usług specjalnych. Starali się więc, jak mogli. Kierowcy mieli w burdelu w Wilanowie swoją „poczekalnię”.
Wszystko było skrupulatnie dokumentowane. Na karteczkach zapisywano, ile godzin pracowały poszczególne dziewczyny i na ile drinków naciągnęły swoich klientów. Początkowo za barem stała sama szefowa, obsługiwała terminale płatnicze, rozliczała taksówkarzy i podliczała utarg. Po każdym dniu roboczym dzielili się pieniędzmi według zasług, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami.
Multi-kulti
Na Wiertniczej luksusowo było już od progu. Klientów witali ochroniarze, których szefem był Robert D. Jego ludzie czuwali nad bezpieczeństwem dziewczyn i pilnowali, żeby nikt nie wyszedł z lokalu, zanim nie ureguluje rachunku za wszystkie przyjemności, z których dane mu było skorzystać.
Agencja działała w tym samym miejscu – z przerwami – od 2002 roku. „Czekolinda” przejęła do pracy nawet część dziewczyn, które wcześniej zatrudniała Dorota. Przez Wiertniczą przewijało się od kilkunastu do kilkudziesięciu kobiet w miesiącu – Polki, Ukrainki, Białorusinki, a nawet Wenezuelki. Towarzystwo, które przyjeżdżało do Wilanowa w gości, również bywało światowe.
Dorota B., znana też jako „Dolores”, wydała w 2018 roku książkę „Kroniki Rozpusty”, w której w rozmowie z byłym gangsterem Jarosławem Maringe „Chińczyk”, ujawniła rzekomo wszystkie sekrety działalności „Rasputina”. Opisywała, że bywali tam aktorzy, piosenkarze, sportowcy i politycy, a szczególny biznes robiła na ministrze z rządu SLD, który odwiedzał lokal w każdą niedzielę i urządzał orgie. Mąż „Dolores”, który razem z nią prowadził kiedyś ten „biznes”, opowiadał o wizytach ministra z Malezji. W 2011 roku „Rasputin” trafił na okładkę „Super Expressu”, gdy czterech piłkarzy Legii Warszawa po wyeliminowaniu Spartaka Moskwa poszło świętować właśnie na Wiertniczej 72. Zostali przyłapani przez paparazzich.
Podglądacze z „cebeesiu”
Reaktywacja „Rasputina” nie umknęła uwadze funkcjonariuszom Centralnego Biura Śledczego Policji, którzy niemal od razu zaczęli dokumentować działalność „Czekolindy”. Jeśli chcieli ją przymknąć, musieli mieć dowody, że łamie prawo, czyli pozwolić jej działać. Tak udało się odtworzyć nie tylko cennik usług seksualnych i barowych, ale przede wszystkim strukturę zorganizowanej grupy przestępczej, którą kierować miała Karolina P. Założono im podsłuchy, a do „Rasputina” wysyłano policyjnych szpiegów.
Wilanowski burdel był żyłą złota. Karolina P. miała rękę do biznesu i wiedziała, jak wyciągnąć jak najwięcej. W lutym 2015 roku założyła firmę Chocolate Event, która oficjalnie zajmowała się organizacją imprez. Dzięki temu mogła wystawiać klientom faktury np. za imprezy dla pracowników, choć w rzeczywistości płacili jej w ten sposób za tańce z pracownicami seksualnymi i alkohol z marketu. Dla wygody klientów podpisała umowę z firmą zewnętrzną na terminale płatnicze, ale osoby, którym skończyła się gotówka, musiały zapłacić o 30 procent wyższy rachunek.
„W oparciu o historię operacji przekazaną przez Alior Bank ustalono, że na rachunek Chocolate Event wpłynęły środki o wartości ponad 3,5 mln zł” – czytamy w materiałach ze śledztwa. To pieniądze przekazane przez operatora usług płatniczych. Kolejnych 78 tysięcy złotych wpłynęło na jej konto za pośrednictwem innego pośrednika. Ile dokładnie gotówki przeszło przez ręce „Czekolindy”? Możliwe, że nawet ona tego nie wie.
Śledczy nie mieli wątpliwości, że to Karolina P. była szefową. Jej partner Norbert, do czasu ich burzliwego rozstania w lutym 2016 roku, był równorzędną postacią. To oni nadzorowali finanse grupy, ustalali podział zysków, przyjmowali do pracy pracownice seksualne, barmanki i ochroniarzy. „Czekolinda” dyscyplinowała personel i wymierzała dziewczynom kary za niesubordynację, m.in. za nieprzychodzenie do pracy albo spóźnienia. Stanowczo zabraniała też świadczenia usług „na mieście”. U niej wszystko musiało być jak w zegarku.
Koniec rumakowania
Karolina na „Rasputinie” dorobiła się luksusowego Audi, zegarka i mieszkania wartego w 2016 roku około 750 tysięcy złotych. Wyjeżdżała na zagraniczne wakacje, chętnie kupowała prezenty swojemu chłopakowi. Mówił, że „dorzuciła” mu kilkadziesiąt tysięcy do zakupu auta. Dostał też zegarek i markowe buty. Żyli jak w bajce do czasu, gdy „Czekolinda” odkryła, że ukochany ją zdradza. Wygnała go ze swojego życia, grożąc srogą zemstą. Zaczęła też popełniać coraz więcej błędów.
Koniec słodkiego życia nastąpił 27 października 2016 roku. Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji działali jednocześnie w kilku lokalizacjach. Wparowali z bronią nie tylko do „Rasputina”, ale też do prywatnych mieszkań podejrzanych, a „Czekolindę” wyprowadzili w kajdankach z imprezy u znajomych. Ponoć próbowała się przed policją chować w krzakach. Zatrzymano osiem osób. „Czynności zrealizowano w weekend, w godzinach wieczornych, przez co członkowie grupy byli całkowicie zaskoczeni i nie spodziewali się zatrzymań” – podało CBŚP, zaznaczając, że zlikwidowana agencja towarzyska była „największym tego typu ekskluzywnym lokalem w Warszawie”. – Amatorzy damskich uciech potrafili jednorazowo „zostawić” w agencji nawet ponad 100 tys. zł” – informowało biuro śledcze.
Podczas przeszukania budynku przy Wiertniczej 72 zabezpieczono kilkadziesiąt butelek z zawartością napojów alkoholowych – whisky, wódkę i musujące wina. Były też dane o utargu, najprawdopodobniej z dnia zatrzymania, na kwotę ponad 100 tysięcy złotych. W willi roiło się od ulotek reklamujących „Rasputina”. Takie same kryminalni znaleźli też w aucie Norberta K.
Gdy Centralne Biuro Śledcze Policji poinformowało o zlikwidowaniu największej agencji towarzyskiej w kraju i zatrzymaniu 29-letniej wówczas Karoliny P. dziennikarze ruszyli jej tropem. „Super Express” dotarł do liczącego może półtora tysiąca mieszkańców Truskawia, którzy ponoć „oniemieli” na wieść o tym, czym ostatnio zajmowała się Karolina P. oraz tym, jak się prezentowała. Kruczoczarne włosy i jeszcze ciemniejsze brwi, opalona buzia, wydatne usta i kuse stroje przyciągały uwagę. „To była taka ułożona dziewczyna” – mówił gazecie jeden z mieszkańców, choć wszyscy byli świadomi przestępczej przeszłości jej ojca, o pseudonimie „Tatar”. Jednak ekspedientka ze spożywczaka wspominała, że Karolina nie była rozpieszczonym dzieciakiem i jeszcze kilka lat wcześniej miała pracować na skupie złomu, a później dorabiała jako hostessa. Sąsiedzi odnotowali moment, w którym nagle wyszczuplała, zaczęła nosić drogie ubrania i woziła się nowiutkim, białym audi. Coraz rzadziej bywała w rodzinnym Truskawiu, bo była – jak się okazało – zajęta bardzo ekscytującym życiem w stolicy.
To nie ja, to on
Karolina po zatrzymaniu trafiła na kilka miesięcy do aresztu śledczego. Izolacja nie sprawiła jednak, że dziewczyna spokorniała. Podczas pierwszego przesłuchania przekonywała policjantów, że nie była żadną burdelmamą, a pracownice same utrzymywały „Rasputina”, składając się po 600 złotych na czynsz i wspólnie pity alkohol. Później przypomniało jej się, że mogła mieć coś wspólnego z prowadzeniem przybytku, ale zapewniała, że jej rola była drugorzędna. To Norbert był szefem i wszystkie uzyskane od dziewczyn pieniądze przekazywała swojemu partnerowi, teściowej i „Dolores”. Przyznała, że korzystali z ukochanym z pieniędzy zarobionych w „Rasputinie”. Kupiła sobie za to dwa mieszkania w Ząbkach i Audi A7 za 180 tysięcy złotych. Przyznała również, że alkohol sprzedawany w barze pochodził z marketów i nie mieli zezwolenia na jego sprzedaż.
Norbert K. widział swój udział nieco inaczej, niż opisywała jego była dziewczyna. Uważał, że był jej pomocnikiem i „słupem”, ale nie miał z tego biznesu żadnych korzyści. On robił zakupy, kosił trawę, wykonywał polecenia Karoliny. „Słupem” została także jego mama, która dostała około 18 tysięcy złotych przez 20 miesięcy działalności agencji – za reprezentowanie biznesu przed urzędami.
Do czerpania korzyści z nierządu nie przyznała się także „Dolores”. Zapewniała, że ona jedynie „sprzedała meble do tego burdelu”. Dostała w ratach 80 tysięcy złotych, które przywoził Norbert. Potwierdziła, że skontaktowała „Czekolindę” z osobami z branży, ale nie widziała w tym łamania prawa. Zarzekała się, że wyciągnęła nauczkę z poprzedniej wpadki.
Jestem normalną kobietą
Prokurator Adam Grzeczyński z Prokuratury Okręgowej w Warszawie oskarżył w sumie 12 osób o m.in. udział w zorganizowanej grupie przestępczej i czerpanie korzyści z prostytucji. Oprócz Karoliny i Norberta na ławie oskarżonych znalazły się barmanki i ochroniarze. Grażyna K. jako jedyna dobrowolnie poddała się karze jeszcze przed otwarciem przewodu sądowego. Było jej wystarczająco wstyd, gdy zatrzymywała ją policja. Nie chciała się tłumaczyć z własnej głupoty na forum.
„Rasputinowcy” wyszli z aresztu wiosną 2017 roku, a jesienią akta trafiły do sądu. Proces ruszył jednak znacznie później. Jednym z powodów był fakt, że „Czekolinda” najpierw była przy nadziei, a następnie urodziła córeczkę i była zajęta opieką nad dzieckiem. Pojawiła się na rozprawie w marcu 2020 roku. Odziana w elegancką garsonkę przekonywała wysoki sąd, że nie widziała niczego złego w prowadzonej działalności, bo „takich klubów w Warszawie jest mnóstwo”. Przekonało ją, że poprzednia właścicielka tak zachwalała biznes i korzyści z niego płynące. Twierdziła, że gdyby wiedziała, że dziewczyny uprawiają tam seks za pieniądze, to nigdy nie podjęłaby się tej działalności, bo jest „normalną kobietą”, a nie sutenerką. Z czego więc były te zyski, skoro nie z prostytucji? Z jacuzzi, basenu i przede wszystkim z baru.
„Czekolinda” mówiła też w sądzie, że „Dolores” za podzielenie się know-how prowadzenia „Rasputina” chciała coraz większego haraczu. Doszło między nimi do kłótni, która była początkiem końca. Dorota miała założyć z koleżanką własny burdel, a „Czekolindzie” uprzykrzać życie. „Zaczęły się dziać dziwne rzeczy, kontrole policji, miałam podejrzane telefony, byłam straszona” – wyjaśniała. Pracownice seksualne plotkowały między sobą, że zatargi z „Dolores” nie kończą się dla nikogo dobrze i że będzie chciała „Czekolindę” wyeliminować. „Jestem przekonana, że za naszym zatrzymaniem stoi Dorota B.” – powiedziała przed sądem. Dorota nie spodziewała się chyba, że kopiąc dołki pod Karoliną, kopie też pod sobą. Bo za pomaganie w rozkręceniu nowego Rasputina „odwiesiła” jej się zawieszona wcześniej kara za poprzednie przestępstwa.
4 miliony do zwrotu
30 października 2020 roku sędzia Jolanta Marek-Trocha skazała Karolinę P. na cztery lata więzienia i 25 tysięcy złotych grzywny za kierowanie grupą przestępczą, sutenerstwo, pranie pieniędzy i nielegalną sprzedaż alkoholu. Sąd zdecydował także o przepadku mienia na łączną kwotę 4 051 465 zł i 42 gr jako równowartości tego, co pod przykrywką „Chocolate Event” Karolina P. zarobiła w burdelu. Jej były partner i zarazem były wspólnik prowadzący luksusową agencję towarzyską został skazany na 1 rok i 10 miesięcy pozbawienia wolności. Kary dla pozostałych były znacznie łagodniejsze i przede wszystkim nie były bezwzględnymi. Oskarżeni dostali szansę, czyli tak zwane „zawiasy”, oraz wysokie grzywny. W uzasadnieniu wyroku sąd dokładnie opisał, jak wyliczył stawki, które mają zapłacić oskarżeni. Były adekwatne do zarobków, które zapewniała im praca u „Czekolindy”.
Dopiero 14 lutego 2025 roku (prawie pięć lat później) ze sprawą „Rasputina” rozliczył się sąd odwoławczy. Skład orzekający pod przewodnictwem sędzi Ewy Leszczyńskiej-Furtak, nieco łagodniej podszedł do tematu wymierzonej Karolinie P. kary i obniżył ją z czterech do trzech lat pozbawienia wolności, a przepadek mienia na rzecz Skarbu Państwa prawomocnym wyrokiem zmniejszono z ponad 4 mln złotych do jednego miliona. Sąd zwrócił uwagę, że „Czekolinda” nie działała sama i nie wzięła dla siebie wszystkich zarobionych pieniędzy, w związku z tym nieuczciwym byłoby oczekiwać, że sama wszystko odda. Kolejnych 130 tysięcy musi państwu oddać Norbert K.










