
Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o europejskim kredycie SAFE, co prognozowałem już w moim lutowym komentarzu. Nie było to trudne, znając sposób myślenia głowy państwa, który wierny pozostaje dewizie: co jest dobre dla Nawrockiego, musi być dobre dla Polski. Bo przecież gdyby miało być inaczej, to Polacy nie wybrali by go na prezydenta. Proste.
Najnowsze weto zostało poprzedzone medialnym spektaklem z udziałem prezesa NBP Adama Glapińskiego, który od pewnego czasu starał się trzymać z dala o bieżącej walki politycznej. I pewnie robiłby to dalej, zwłaszcza że – w ramach ocieplenia relacji – w Sejmie zamrożona została inicjatywa zmierzająca do postawienia go przed Trybunałem Stanu.
Tak się jednak złożyło, że na przełomie lutego i marca nastąpił koniec kadencji dwóch członków Zarządu NBP, w tym pierwszej wiceprezes Marty Kightley, która pozostaje najbardziej zaufaną współpracowniczką prezesa Glapińskiego. Do powołania jej na kolejną, sześcioletnią kadencję niezbędny jest podpis prezydenta i to właśnie w tej sprawie prezes NBP udał się do prezydenta. A że prezydent od kilkunastu dni zmagał się z problemem wiarygodnego społecznie uzasadnienia weta dla rządowej ustawy o SAFE, to prezes postanowił mu pomóc. I tak zrodził się pomysł „polskiego SAFE 0 proc.”, który przybrał ostatecznie formę prezydenckiego projektu ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych.
Program SAFE. Nowe fronty starej wojny
Szanse na uchwalenie prezydenckiego projektu przez Sejm są takie same jak na podpis prezydenta pod ustawą o europejskim SAFE, czyli zerowe.
Czeka nas natomiast kolejna faza wojny politycznej, do której wciągane będą zarówno armia, jak i bank centralny. Z jednej bowiem strony rząd Tuska – zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami – podejmie uchwałę o zaciągnięciu europejskiego kredytu na podstawie obowiązującej ustawy o obronie ojczyzny i innych przepisów. Z tym że pieniędzy nie otrzymają instytucje nie zaliczane do sił zbrojnych, takie jak policja czy Straż Graniczna, które akurat w warunkach trwającej już wojny hybrydowej z Białorusią i Rosją potrzebują ich pilniej niż regularna armia.
Ale cóż to obchodzi prezydenta, czy polityków prawicy, dla których racją stanu jest wywrócenie rządu Tuska, a nie udzielenie mu wsparcia w jakiejkolwiek sprawie. Z kolei politycy koalicji rządzącej będą teraz oskarżać Nawrockiego, co już zapoczątkował marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, zarzucając mu w czwartkowy wieczór w telewizyjnym programie „zdradę stanu”.
Z drugiej strony, do „akcji wyjaśniającej” ruszy teraz prezydent i politycy PiS, na czele ze świeżo namaszczonym kandydatem tej partii na premiera Przemysławem Czarnkiem. Będą grozić członkom rządu odpowiedzialnością karną za zaciągnięcie „nielegalnego” kredytu, co już zapoczątkował w swoim czwartkowym orędziu Karol Nawrocki.
W najgorszym z możliwych scenariuszy prezydent, korzystając ze swej konstytucyjnej pozycji „zwierzchnika sił zbrojnych” zacznie podróżować po jednostkach wojskowych, aby wyjaśnić korpusowi oficerskiemu, że to rząd Tuska, a nie on działa na nie niekorzyść armii.
Równolegle ruszy kampania polityków koalicji rządowej wymierzona w prezesa NBP. Skoro bowiem zapowiedział, że NBP mógłby wygenerować nadzwyczajne środki na poziomie niemal 200 miliardów złotych, to trudno sobie wyobrazić, aby w sytuacji olbrzymiego deficytu budżetowego łatwo zrezygnowano z próby wyegzekwowania od Adama Glapińskiego tych pieniędzy.
Przy okazji wybuchnąć może spór o brak kontrasygnaty premiera nad aktem prezydenckiej nominacji dla starej-nowej wiceprezes NBP, bo nie należy oczekiwać podpisu Tuska na takim dokumencie. Spodziewać się natomiast można sporu o to, czy jest on konieczny. Dotąd bowiem premier kontrasygnował prezydenckie nominacje w Zarządzie NBP, ale działo się to w czasach, gdy wszystkie trzy stanowiska (prezydenta, premiera oraz prezesa NBP) piastowali ludzie wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego, albo też – dawno, dawno temu – zdolni do personalnych kompromisów.
Jeśli rząd lub politycy koalicji rządowej zaczną kwestionować prezydenckie nominacje nowych członków Zarządu NBP z uwagi na brak kontrasygnaty premiera, wówczas najpewniej Karol Nawrocki skieruje wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o wyjaśnienie czy rzeczywiście jest ona potrzebna.
Znając biografię prezesa Trybunału Bogdana Święczkowskiego i pozostałych ludzi występujących w nim w roli sędziów, można mieć przypuszczenie graniczące z pewnością, że orzekną o zbędności owej kontrasygnaty. Tyle tylko, że nie będzie to miało żadnego znaczenia dla koalicji rządowej, która i tak Trybunału Święczkowskiego nie uznaje i właśnie szykuje się do wybrania grupy sześciu nowych sędziów TK.
Posłowie PiS całkiem niedawno zaskarżyli ten wybór do TK Święczkowskiego, który ultraszybko – bo już w przyszłym tygodniu – ma orzec w tej sprawie. Także i w tym przypadku wyrok jest łatwy do przewidzenia. Święczkowski i jego ludzie nie zawiodą wszak swoich partyjnych kolegów i z pewnością uznają sejmowy wybór szóstki nowych sędziów TK za niezgodny z konstytucją, co z kolei umożliwi prezydentowi odmówienie przyjęcia od nich ślubowania.
Politycy koalicji rządowej mają tego świadomość, dlatego już zapowiedzieli, że w razie odmowy ślubowanie zostanie przeprowadzone w inny sposób. Nie zdecydowano jeszcze tylko czy odbędzie się to przed Zgromadzeniem Narodowym, notariuszem, czy też w formie publicznej deklaracji np. przed kamerami TVP w likwidacji.
Tak czy owak już niedługo mamy szansę mieć – wzorem tego, co dzieje się już w Sądzie Najwyższym czy Prokuraturze Krajowej – dwie grupy sędziów TK nieuznających się wzajemnie. Pozostaje pytanie, czy nowi sędziowie zostaną wpuszczeni przez prezesa Święczkowskiego do pałacyku w al. Szucha, czy też jego z kolei wyprowadzi stamtąd policja, aby zrobić miejsce dla nowych sędziów.
Państwo dualne a wybory 2027
Oczywiście wszystkie te czarne scenariusze, które nakreśliłem powyżej nie muszą doczekać się realizacji. Starzy i nowi sędziowie TK mogą wznieść się ponad polityczne podziały, zacząć współpracować i – próbując odbudować kompletnie zrujnowaną wiarygodność sądu konstytucyjnego – zacząć wreszcie wydawać trudne do przewidzenia z góry wyroki.
Z kolei premier Tusk może się przecież porozumieć z prezydentem i prezesem NBP w sprawie nominacji w Zarządzie NBP, tym bardziej, że w tym roku zwolni się tam jeszcze jedno stanowisko (po starym druhu prezesa Kaczyńskiego Adamie Lipińskim), co pozwoliłoby każdemu z trzech graczy wstawić swoją zaufaną osobę. A w Sejmie mogą ruszyć prace na prezydenckim projektem ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych, tak aby udało się w rozsądny sposób wykorzystać potencjalne zyski NBP wynikające z gwałtownego wzrostu wartości rezerw złota.
Wszystko to hipotetycznie mogłoby się wydarzyć, gdyby kilku ludzi, od których to zależy, uznało, że tym razem kooperacja i kompromis opłacają się im bardziej niż dalsza eskalacja konfliktu. Ponieważ jednak czas premiowania kooperacji przez wyborców dawno minął, a wielomilionowe elektoraty oczekują wgniecenia w ziemię strony przeciwnej, proces budowy państwa dualnego będzie postępował. Żarty skończą się w przyszłym roku, jeśli – czego dotąd udawało nam się uniknąć – rozpocznie się spór o wynik wyborów parlamentarnych.













