Wierzył, że jest drapieżnikiem, który musi zamordować „niewinną owieczkę”. Przerażające kulisy zbrodni na kampusie UW

7 maja 2025 roku, wieczorem, do mieszkania pani R. w Gdyni zapukali umundurowani funkcjonariusze. Powiedzieli, że jej syn został zatrzymany w Warszawie. Zabił kobietę, a drugą osobę ranił siekierą. Dzwonili z mężem do Mieszka, ale telefon milczał. W tym czasie każda stacja telewizyjna i radiowa w kraju informowała o makabrycznym wydarzeniu na kampusie Uniwersytetu Warszawskiego. Internet był pełen zdjęć i filmów, na których widać chudą, umazaną krwią postać, pochylającą się nad zwłokami kobiety.

Sam w wielkim mieście

Studencka przygoda R. rozpoczęła się w 2022 roku. Przyjechał do Warszawy z Gdyni, gdzie została matka z młodszym bratem. Dostał się na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Rodzina była dumna: prestiżowa uczelnia, elitarny kierunek. Dorastający chłopak początkowo osiadł w akademiku, rodzice wynajmowali mu też pokój w hotelu. Wiosną 2023 roku zapadła decyzja o zakupie czegoś własnego. W Rembertowie młoda para zwalniała akurat przytulne, nieduże mieszkanie. Mieszko miał wtedy 20 lat. W sam raz, żeby się usamodzielnić. Nikt jednak nie sprawdzał, jak sobie radzi w nowej rzeczywistości. Czy ma co jeść? Z kim spędza czas?

Ojciec ostatni raz był u niego z wizytą półtora roku wcześniej. Wydawało mu się, że żona odwiedzała go częściej, ale trudno mu było podać jakieś konkrety. Młodszy brat odwiedził go w stolicy raz, w wakacje. Zauważył, że Mieszko żyje w brudzie, ale nie było w tym nic dziwnego. Niczym się ten chaos nie różnił od tego, jaki przez lata panował w jego pokoju w domu rodzinnym. Mieszko często przyjeżdżał w odwiedziny do mamy. Mało mówił, raczej znikał w lesie, lubił rąbać drzewo i strzelać z wiatrówki. To go wyciszało. A czy coś go trapiło? Nie wiadomo.

Nie mówił „dzień dobry”

Młody student pierwszego roku prawa zwracał na siebie szczególną uwagę sąsiadów. W ich opowieściach powtarza się określenie „dziwny”. – Chodził brudny i zaniedbany, miał tłuste włosy i nigdy nie odpowiedział mi „dzień dobry”. Zdziwiło mnie, że nigdy też nie otwierał szeroko drzwi do mieszkania. Tak jakby nie chciał, żeby można było zobaczyć, jak ono wygląda – opowiadała jedna z mieszkanek bloku. Inna zapamiętała, że jak ją spotykał na korytarzu lub przed blokiem, natychmiast zmieniał kierunek. – Nie zamieniłam z nim nigdy ani słowa. Miałam wrażenie, że jak słyszał, że ktoś jest na klatce schodowej, to cofał się do swojego mieszkania. Przemykał jak dzikie zwierzę – powiedziała kolejna. W nocy często widziała u niego zapalone światła i słyszała, jak przez wiele godzin puszcza wodę pod prysznicem. Była pewna, że robi to złośliwie i nie korzysta wtedy z kabiny. Zawsze był przecież taki brudny, nieprzyjemnie pachniał.

Jedna z sąsiadek została poproszona o obecność przy przeszukaniu mieszkania w Rembertowie, bo właściciel – czyli Mieszko – z oczywistych przyczyn nie mógł wziąć w nim udziału. Doznała szoku. W mieszkaniu było brudno, śmierdziało, na podłodze leżały porozrzucane ubrania. Wszędzie walały się książki, ale żadnej „prawniczej” nie dostrzegła. W mieszkaniu prawie nie było mebli. Brakowało m.in. łóżka. Na podłodze leżały koce i karimata. „Gdzie on spał?” – zastanawiała się.

Mieszko nigdy nie sprowadzał do mieszkania znajomych, niewielu znało adres. Jednak w maju zeszłego roku oznaczone „ósemką” drzwi lokalu stały się miejscem niemal publicznym, przestrzenią do wyrażania pogardy i sprzeciwu. Nabazgrano na nich długopisem: „zabójca”, „śmierć za śmierć”. Sprzątaczka codziennie szorowała złowrogie napisy, ale słowa „KARA” nie dało się usunąć. Trudno było też zatrzymać wpisy w mediach społecznościowych.

Chłopak z maczetą

Znajomi z gimnazjum czy szkoły średniej wypowiadali się o nim dobrze. Ktoś stwierdził, że był spokojny, raczej pozytywny, ale nie odnajdywał się w klasie z rówieśnikami. – On był taką cichą osobą, wycofaną, ale ludzie oceniali go jako przyjaznego i pociesznego – wypowiadała się Kamila. Był według niej bardzo inteligentny, ale się nie wywyższał. Mało mówił o sobie, jednak pewnych rzeczy nie dało się nie dostrzec. – Był miłośnikiem historii i militariów z początku dwudziestego wieku. Wiedziałam, że posiadał maczetę i inne ostre narzędzia, więc w ogóle mnie nie zdziwiło, że tamtego dnia miał przy sobie siekierę. Często nosił ze sobą takie przedmioty – dodała Kasia. Mimo to Mieszko był postrzegany jako łagodny. – Nie wiem, czy miał jakieś konkretne zasady, ale zachowywał się moralnie. Nigdy nie chciał nikogo skrzywdzić ani łamać prawa. Nie był agresywny nawet w dyskusji. Pamiętam go jako otwartego na odmienny punkt widzenia, nie upierał się nigdy przy swojej wersji – wspomniał Marcin, jego kolega. Dlatego, gdy 8 maja przeczytał w mediach społecznościowych o zdarzeniu na UW, napisał do Mieszka wiadomość: „Widziałeś, o co ludzie Cię oskarżają?”. Nie wierzył, że chłopak, z którym przez lata się kolegował, mógł dokonać tak potwornego czynu.

Ta ostatnia niedziela

Ojciec ostatni raz widział się z Mieszkiem i drugim synem w niedzielę 4 maja, na obiedzie w restauracji. Nie dostrzegł niczego niepokojącego w zachowaniu syna na moment przed zbrodnią. Przekonywał, że syn nie leczył się psychiatrycznie i „nie miał problemów natury osobistej”, stronił też od wszelkich używek, które prowadziłyby do utraty świadomości. Planowali wspólnie wyjście do teatru na „Jądro ciemności”, adaptację mrocznej powieści Josepha Conrada, którą wystawiano pod pokładem Daru Pomorza.

Brat zapamiętał to spotkanie nieco inaczej. – Pojechaliśmy w majówkę do taty, do Gdańska. Spotkaliśmy się z nim na mieście i właśnie tam się pokłócili. Prowadzili rozmowę filozoficzną o świecie. Mieszko mówił, że ma wrażenie, że go ktoś programuje. Tata się zdenerwował na niego i nie chciał już z nim rozmawiać – relacjonował nastolatek. Mieszko spojrzał bratu w oczy i powiedział: „Obiecaj, że Ty mnie nie programujesz”. Mówił, że rzeczywistość nie jest prawdziwa. Był podejrzanie nakręcony. – Cała ta jego rozmowa była jakaś dziwna. Mówił, że inni spiskują przeciwko niemu, że są w zmowie. Nie rozumiałem, o co mu chodzi – zauważył.

Tajemnice wyszukiwarki

Mieszko kolekcjonował noże, miecze, maczety, posiadał też wiatrówkę. Ponoć zajawkę na militaria złapał od ojca. Strzelał w lesie albo w domu, gdzie miał tarczę strzelniczą. Umiał posłużyć się bronią, strzelał z łuku. Grał też w gry wojenne. Normalna sprawa, męskie hobby. Jednak ten pozornie łagodny i cichy chłopak nosił w sobie mroczną tajemnicę. Z historii wyszukiwarki internetowej wynika, że jego myśli krążyły wokół tożsamościowych rozterek i tematów skrajnie agresywnych.

Jak działają liście koki? Jakie narkotyki brali starożytni Grecy? Jakich używek nie należy mieszać z alkoholem i co może uzależniać bardziej niż heroina? Czy wilkołaki istnieją naprawdę? – między innymi o to pytał.

Na miesiąc przed zbrodnią chciał w internecie znaleźć odpowiedź na pytanie, czy można mieć utajony zespół Downa. Pytał też, skąd wiadomo, czy ma się urojenia i czy ADHD może je powodować. Dociekał, czy schizofrenicy mają specyficzny wzrok i czy przedłużająca się samotność może powodować schizofrenię. Wyszukiwał dane o epizodach psychotycznych. „Are you psychic?” – tak brzmiała nazwa testu, który miał mu w styczniu 2024 roku posłużyć prawdopodobnie do autodiagnozy. Na YouTube oglądał vlog schizofrenika, który zabrał swoich obserwatorów na jeden dzień do szpitala psychiatrycznego. We wrześniu poszukiwał w Warszawie salonów masażu erotycznego, studiował „mapę tirówek w Polsce”.

Dużo o Mieszku R. mówi też wyszukiwarka w telefonie komórkowym. Pisał, że nienawidzi swojego życia, pytał Google’a o bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Albo czy problemy w rodzinie mogą powodować depresję. Chciał wiedzieć, czy uderzając pięścią, można połamać kości czaszki. Wiele tych wpisów wprost odnosi się do zadawania cierpienia innym. Hasła wpisywał głównie po angielsku. „Why do i fantasize about hurting others?” (dlaczego fantazjuję o krzywdzeniu innych). „Fantasizing about genocide?” (fantazje o ludobójstwie). „Where school shooters get ammo?” (skąd sprawcy strzelanin w szkołach biorą amunicję).

Żyjemy w symulacji

W momencie zatrzymania miał ze sobą pałkę teleskopową, długi wojskowy nóż Glock 81 i scyzoryk. Przyniesioną w plecaku siekierkę znaleziono w krzakach, jednemu ze świadków udało się wyrwać mu ją z dłoni. Podczas zatrzymania stawiał opór. Rzucał się, jakby nie wiedział, czy chciałby zrobić krzywdę sobie, czy doprowadzającym go policjantom. Trudno było się z nim porozumieć, nie chciał wysiąść z radiowozu, nie reagował na polecenia. Trzeba mu było założyć kask zabezpieczający i kaftan bezpieczeństwa. Ugryzł wtedy jednego z funkcjonariuszy w łydkę.

Mieszko, po kilku kwadransach na komendzie, uspokoił się. Wyjaśniał, że atakował i szalał, bo widział w twarzach funkcjonariuszy demony; czuł, że musi z nimi walczyć. W końcu zaczął o sobie opowiadać. O studiach, o problemach w nauce, o rodzicach i trudnościach w relacjach między nimi, o traumach z dzieciństwa. Przekonywał obecnych funkcjonariuszy, że wszyscy żyjemy w symulacji.

Oświadczył, że świadomie spakował siekierę do plecaka. Twierdził, że musiał zabić, by ostatecznie udowodnić sobie, że jest drapieżnikiem, a nie ofiarą. Głosy w głowie kazały mu nie tylko mordować, ale też zjeść „niewinną owieczkę”. Przysięgał, że nie pamięta momentu, w którym zrealizował mroczne fantazje. Wiedział, że zabił kobietę i chciał to zrobić. Nie chodziło mu jednak o żadną konkretną osobę, to po prostu musiał być ktoś słabszy.

W dniu zabójstwa (7 maja) wracał z rodzinnej Gdyni do Warszawy pociągiem. Na dworcu wypił drinka, ale zrozumiał, że w ten sposób straci nad sobą kontrolę. Przez moment myślał, że chciałby odwieźć siekierę do mieszkania w Rembertowie. Niestety, pomylił pociągi podmiejskie, w efekcie czego dotarł na wykład na uczelni, po którym stwierdził, że jednak rzuci studia.

Był przekonany, że wykładowczyni żądała od niego „pozbycia się super mocy”. Wierzył, że potrafi niezwykle szybko biegać i skakać bardzo wysoko. Bał się. Podczas spaceru spotkał młodych ludzi, którzy rozmawiali o zbrodni. Wiedział, że to drapieżnicy i czuł się zagrożony. Potem predatora dostrzegł w ekspediencie, w sklepie spożywczym. Rozważał, żeby się z nim zmierzyć, ale odpuścił. Myśli w głowie pędziły coraz szybciej, potęgowały lęki. Po południu wrócił na Uniwersytet. Zamknął się w łazience i przyglądał się siekierce, którą wcześniej trzymał w plecaku. Z toalety wyszedł uzbrojony, już jako predator. Wtedy spotkał Małgorzatę, pracownicę administracji. Matkę trójki dzieci.

Świat nie przetrwa beze mnie

„Na początku myślałem, że jestem jedynym drapieżcą na świecie, a wszyscy inni są ofiarami i udają drapieżców” – wyznał. Uważał, że ludzie schodzą mu z drogi, bo ma przerażający wzrok. Później zorientował się, że drapieżców jest więcej. Interakcje z innymi predatorami traktował jak „grę o status”. Chciał kontrolować cały świat, zrozumieć go, a następnie zniszczyć. Uważał, że świat może przetrwać tak długo, jak długo go ciekawi i zaskakuje.

Podczas przesłuchania Mieszko pytał swojego obrońcę, czy powiedział, że jest niepoczytalny. Podkreślał, że w prokuratorze widzi demoniczne zniekształcenia. Ostatecznie przedstawiono mu cztery zarzuty – pierwszy dotyczy zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem Małgorzaty D., drugi – znieważenia zwłok. Trzeci to usiłowanie zabójstwa pracownika Straży Uniwersyteckiej, który rzucił się kobiecie z pomocą. Ostatni czyn dotyczy ataku na policjanta, który na śródmiejskiej komendzie zakładał mu kaftan bezpieczeństwa.

Granice szaleństwa

W areszcie został osadzony jako niebezpieczny. Ale zachowywał się poprawnie. Ćwiczył albo czytał książki. Psychologom powtarzał, że czuje się nic nie warty, od zawsze „inny” niż rówieśnicy. Przemocowe fantazje „coś mu kompensowały”. Niskie poczucie wartości wyniósł z domu, wiele spotkań poświęcił na opisywanie trudnej sytuacji rodzinnej, o braku wsparcia i przemocy psychicznej, której doświadczali z bratem. Był to jeden z powodów, dla których nigdy nie związał się z żadną dziewczyną. Czuł, że na to nie zasługuje i pewnym momencie przestał nawet marzyć o bliższej relacji z kobietą. Z rówieśnikami też mu nie było po drodze, z nikim się nie zaprzyjaźnił.

Najszczęśliwszy był w pandemii, lubił zdalne nauczanie, brak konieczności kontaktu z innymi. Fantazjował o przemocy, uwielbiał oglądać „Grę o Tron” i utożsamiał się z zakonem Ludzi Bez Twarzy, zabójców. Mówił, że studia go nie interesowały, czuł się przytłoczony oczekiwaniami wobec niego i kryzysem rodzinnym. Z jednej strony podejrzewał, że może być kanibalem, bo mijając ludzi na ulicy, nierzadko miał ochotę ich zjeść. Pierwszy raz pomyślał o tym, jadąc sto kilometrów na rowerze. Był głodny. „Jakby to było zjeść człowieka?” – zastanawiał się. Z drugiej zaś strony marzył o życiu na wsi, bliżej natury, w komunie z ludźmi, którzy „chcą żyć jak on”. Chciał zostać pasterzem.

Pierwsze badanie sądowo-psychiatryczne nie było wystarczające, by biegłe Bożenna Kajka-Sikora i Bożenna Jarnuszkiewicz były w stanie określić, czy Mieszko był poczytalny, popełniając zbrodnię na kampusie UW. Opowiadał biegłym dziwne rzeczy: o tym, że jest neandertalczykiem, o demonach, które są wśród nas i zabijają ludzi. Wyznał też, że fantazjował o kanibalizmie i fascynowały go zbrodnie. Wierzył, że jest bogiem i może swoją wolą kreować świat. Miał brutalne fantazje o tym, że przejmuje władzę nad światem i wykonuje egzekucje, fascynowały go brutalne kawałki w historii ludzkości, odrzucenie moralności.

Ten czyn mnie bawi

Mieszko był na obserwacji od 1 września do 27 października 2025 roku. Badano go w oddziale Psychiatrii Sądowej o Wzmocnionym Zabezpieczeniu Specjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Jarosławiu. Pytania, które zadano biegłym, były standardowe. Czy podejrzany jest chory psychicznie? Czy miał zdolność rozpoznania znaczenia swojego czynu i pokierowania swoim działaniem? Czy jest uzależniony od jakichś używek? Czy mógłby zabić ponownie?

22-latek miał problem, żeby ustosunkować się do popełnionej zbrodni. Choć w opiniowaniu sądowo-psychiatrycznym nie powinno mieć znaczenia, co sprawca mówi o czynie. Liczy się to, co czyn i jego okoliczności mówią o sprawcy. Ale Mieszko chciał mówić i mówił dużo. Raz było mu żal osoby, którą zabił, innym razem podkreślał, że „nie rusza go”, że cała Polska nazywa go mordercą. Innym razem czuł dumę. Kolejnym twierdził, że „czyn go bawi”. – Ekscytuje mnie, że złamałem prawo, wystąpiłem przeciwko porządkowi społecznemu – twierdził. Mówił, że fantazja o zabijaniu była z nim od dawna, ale dopiero psychoza „dała mu kopniaka” do działania. Chciał być zły. Oglądał filmy o seryjnych mordercach i przestał chodzić do fryzjera, by upodobnić się do mrocznej postaci Anakina Skywalkera z Gwiezdnych Wojen. Użył sformułowania, że zło było dla niego „narkotycznym odurzeniem”.

Mieszko wielokrotnie powtarzał, że marzy o piciu krwi. Na oddziale szpitalnym próbował ukraść probówkę z krwią innego pacjenta. Mówił, że smakowało mu, gdy konsumował ofiarę. Czuł, że był to rytuał przejścia z człowieka do nadczłowieka.

Zbrodnia bez kary

– W opinii sądowo-psychiatryczno-psychologicznej z dnia 12 stycznia 2026 roku po przeprowadzonej obserwacji sądowo-psychiatrycznej biegli rozpoznali u podejrzanego zaburzenie psychiczne o charakterze psychotycznym. Na popełnienie przez Mieszka R. czynów zabronionych złożyło się współdziałanie m.in. nieprawidłowych cech osobowości oraz rozwiniętej psychozy z zaburzeniami oceny rzeczywistości i poczuciem wyższej konieczności popełnienia takich czynów – poinformował prok. Piotr Antoni Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Te procesy nałożyły się na siebie, a pogłębił je kryzys rodzinny, które eksperci określili jako „czynnik spustowy”. Przemoc miała być środkiem do wyjścia z poczucia bezsilności, braku kontroli i wewnętrznego chaosu.

Mieszko R. działał według psychiatrów w stanie psychozy, a jego zdolność rozpoznania znaczenia czynów, które są mu zarzucane, a także zdolność pokierowania swoim postępowaniem były całkowicie zniesione. Oznacza to, że nie można mu przypisać winy i postępowanie karne należy umorzyć. Taki wniosek – o umorzenie i zastosowanie środka zabezpieczającego – prokuratura skierowała do Sądu Okręgowego w Warszawie 17 kwietnia.

Wcześniej eksperci musieli sporządzić uzupełniającą opinię, o którą wnioskowali pełnomocnicy pokrzywdzonych. Biegłym zadano 26 pytań, w tym m.in. o to, w jaki sposób wykluczyli, czy Mieszko R. jest symulantem? Czy i jakie znaczenie miały dane jego przeglądarki internetowej, w tym dotyczące tzw. school shooters? Jak rozróżnić psychozę od wtórnie podporządkowanej narracji nadawanej wcześniejszym fantazjom o przemocy?

Manipulant w kaftanie

Eksperci uznali, że Mieszko R. jest osobą szczególnie niebezpieczną, bo nie przeżywa poczucia winy ani żalu z powodu popełnionej zbrodni. Wciąż fantazjuje o zabijaniu, spożywaniu ludzkiego mięsa i piciu krwi. 23-latek powinien być umieszczony w szpitalu psychiatrycznym, ale i to rozwiązanie jest obarczone ryzykiem.

– W zakresie leczenia i motywacji istnieje prawdopodobieństwo instrumentalnego podejścia do terapii i koncentracji na skróceniu izolacji, co może świadczyć o niskiej wewnętrznej motywacji do leczenia – przekazał prok. Skiba. Odpowiedź opiniowanego na leczenie i nadzór może przyjmować formę pozornie korzystnej współpracy. Oznacza to, że będzie się zachowywał tak, jak oczekuje od niego personel medyczny, żeby jak najszybciej opuścić szpital. Mówił, że liczy na odzyskanie wolności za pięć-sześć lat. Dlatego psychiatrzy uważają, że należy wobec R. stosować środek zabezpieczający o „najwyższym stopniu intensywności i długoterminowości”. Określili go jako pacjenta nierokującego.

Biegli przed sąd

– W przypadku uwzględnienia przez sąd wniosku o zastosowanie środka zabezpieczającego czas pobytu w szpitalu psychiatrycznym nie jest z góry określony. Oznacza to, że podejrzany może go nigdy nie opuścić – podkreślił prok. Skiba.

Zastrzeżeń do treści opinii nie miała obrona Mieszka R. – Biegli stwierdzają w sposób jednoznaczny i bez najmniejszych wątpliwości, że Mieszko R. w trakcie dokonywania tej tragicznej zbrodni był całkowicie niepoczytalny. Rzadko zdarza się, by biegli byli aż tak stanowczy – mówił mec. Maciej Zaborowski w lutym 2026 roku w rozmowie z „Wprost”. Nie budziła zastrzeżeń obrony także opinia uzupełniająca.

Natomiast reprezentująca rodzinę pokrzywdzonej, adwokat Sylwia Piechocińska-Para przekazała portalowi Gazeta.pl, że „po wnikliwej analizie zgromadzonego w sprawie materiału, w tym zwłaszcza uzupełniającej pisemnej opinii sądowo-psychiatryczno-psychologicznej, zapadła decyzja o formalnym zakwestionowaniu przedstawionych w niej wniosków”.

Mec. Piechocińska-Para poinformowała, że w ocenie strony pokrzywdzonej przedmiotowa opinia, która odnosi się do fundamentalnej kwestii ewentualnego zniesienia poczytalności sprawcy w momencie czynu, budzi poważne wątpliwości. – Dostrzegamy w niej istotne luki, sprzeczności oraz uchybienia metodologiczne, które w naszym przekonaniu dyskwalifikują ją jako bezsporny dowód w sprawie – mówi pełnomocniczka rodziny zmarłej.

Podczas posiedzenia sądu będzie domagać się kolejnej uzupełniającej ustnej opinii biegłych lub nawet „powołania nowego, całkowicie niezależnego zespołu biegłych z wiodącego ośrodka uniwersyteckiego”.

Kto mógł zmienić bieg wydarzeń

Prokuratorski wniosek o umorzenie głównego wątku nie sprawia, że śledczy przestaną zajmować się wydarzeniami na kampusie UW z 7 maja 2025 roku. Chodzi tu o zachowanie świadków zbrodni.

Wiadomo, że operator numeru alarmowego 112 odebrał pierwsze zgłoszenie o godz. 18.35. Dziewięć minut później służby były na miejscu. W tym czasie wykonano cztery połączenia.

Studenci masowo rejestrowali zdarzenie. Robili to nie tylko z własnej inicjatywy, ale także z polecenia wykładowców, którzy wyjaśniali, że materiały mogą stanowić cenny materiał dowodowy dla śledczych. Postawa studentów była przedmiotem dyskusji w mediach i na Uniwersytecie. Czy mogli zachować się inaczej? Czy byliby w stanie pomóc? Czy ktoś przeoczył zagrożenie?

Z głównej sprawy Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście-Północ wyłączyła materiały dotyczące niezawiadomienia o usiłowaniu zabójstwa Małgorzaty D., a także związane z nieudzieleniem pomocy pracownicy UW „znajdującej się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo uszczerbku na zdrowiu”. – Wyłączone postępowanie pozostaje w toku – przekazał nam rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Udział