– Władimir Putin wyrobił się w ostatniej chwili, ale osiągnął swój cel – mówi Interii Michał Kacewicz. Chodzi konkretnie o „pewien precedens w wychodzeniu z sankcji, który Rosjanie będą teraz rozgrywać”. – Dzięki dealowi z Trumpem będą mieć argumenty, żeby walczyć o zdjęcie kolejnych sankcji – przewiduje dziennikarz Biełsatu i ekspert od polityki wschodniej.
Kacewicz wskazuje jednak jeszcze jeden ważny cel, który reżim Władimira Putina osiągnął, ogrywając politycznie amerykańskiego prezydenta. – Uzyskali pewne zachwianie zaufania Stanów Zjednoczonych wobec Ukrainy i naciski na Ukrainę, żeby wstrzymała ataki na rosyjskie rafinerie. To jest kolejny precedens, który Rosjanie osiągnęli i który będą rozgrywać w przyszłości – dodaje nasz rozmówca.
Nagła wolta Trumpa – m.in. umowa z Putinem w sprawie dostaw diesla do Stanów Zjednoczonych, żądanie przeprowadzenia wyborów prezydenckich w Ukrainie czy zakaz uderzeń sił ukraińskich na rosyjskie rafinerie – nie dziwią też prof. Tomasza Płudowskiego. Amerykanista przestrzega przed „groźnym precedensem, na którym zależy Rosji”.
– Ta umowa pokazuje cofanie sankcji, ustępstwa Zachodu i potwierdza narrację Putina. To wpuszczanie Rosji ponownie na salony i potwierdzanie jej wersji, że Ukraina jest sama sobie winna – dodaje ekspert z Collegium Civitas.
Podziel się opinią na temat odsłuchu artykułów w portalu Interia. Kliknij, aby przejść do ankiety, otwiera się w nowym oknie
Wybory do Kongresu. Wyborcy kupią zwrot Trumpa?
Kontekst działań Donalda Trumpa jest oczywisty – za nieco ponad dwa tygodnie, dokładnie 3 listopada, odbędą się tzw. wybory połówkowe do Kongresu. Zmagający się z fatalnymi sondażami i rosnącą frustracją obywateli republikanie mają coraz mniejsze szanse na utrzymanie kontroli nad Izbą Reprezentantów i Kongresem.
Głównym problemem obecnej administracji na ostatniej prostej kampanii są natomiast rosnące koszty życia i drogie paliwo. Amerykanie, podobnie jak tamtejsi analitycy i ekonomiści, obwiniają za to rozpętaną przez Trumpa wojnę z Iranem i wstrząsy na globalnym rynku energetycznym.
Michał Kacewicz zauważa, że najnowszy prorosyjski zwrot Trumpa to próba „omamienia wyborców” i zrzucenia winy za przedłużające się niedogodności na Ukrainę, która nie chce poddać się rosyjskiemu dyktatowi.
– To trochę tak, jakby George W. Bush w odpowiedzi na 11 września zaproponował Irakowi zakup ropy, a Talibom inwestycje w Afganistanie. Albo jakby Franklin D. Roosevelt po Pearl Harbour zaoferował Japonii zakup surowców eksploatowanych na podbitych przez nią terytoriach – ironizuje rozmówca Interii.
– Jeśli popatrzymy na retorykę Trumpa, jest on niezwykle krytyczny wobec własnych sojuszników – państw NATO, Niemiec czy Kanady. Z Kanadą mają przecież ogromną wymianę handlową, a on poniża jej obywateli, nazywa Kanadę 51. stanem i mówi o jej włączeniu do Ameryki – dodaje prof. Tomasz Płudowski. I podkreśla: – Trump jest silny wobec słabych i słaby wobec silnych.
Czytając między wierszami – twierdzi Kacewicz – widać tu jednak, że „Trump nie czuje się stroną tego konfliktu. Nie utożsamia się od początku ze stroną napadniętą, nie widzi potrzeby obrony Zachodu przez rosyjskim imperializmem”.
Mamy tego dość. Blokada została zdjęta. Koniec z tym
– Trump nie czuje gigantycznej przewagi swojego kraju i sojuszników nad Rosją. Nie potrafi grać z pozycji siły – zauważa dziennikarz Biełsatu. Krytykuje też Trumpa za to, że ten „w ogóle nie prowadzi gry politycznej w klasycznym rozumieniu”. – Stara się prowadzić tylko handel, bo tylko handel rozumie. A w handlu, jak to w handlu – handlarze ustępują, oburzają się, dramatyzują, pohukują, a na końcu dochodzą do akceptowalnej dla obu stron ceny. Trump widzi tylko opcję ewentualnego interesu – ocenia Kacewicz.
Ten interes jest jednak bardzo wąsko rozumiany. – To interes nie dla Ameryki, ale dla własnej rodziny i środowiska politycznego – mówi ekspert od polityki wschodniej. – Stąd już tylko jeden krok do konkluzji, że to rodzaj globalnej korupcji. A kto, jak kto, ale Rosjanie w korupcję potrafią grać jak nikt. Państwo rosyjskie opiera się na korupcji wewnętrznej, a w ich polityce zagranicznej fundamentem jest kombinacja przemocy i korupcji właśnie – wskazuje Kacewicz.
Jego zdaniem Trump wraz ze swoim otoczeniem wpada w dokładnie tę samą pułapkę Kremla, co przed laty elita niemiecka, na czele z byłym kanclerzem Gerhardem Schroederem.
Po wyborach spokoju nie będzie
Co ciekawe, rozmówcy Interii nie przewidują, że wybory do Kongresu położą kres obecnemu zwrotowi. Może być wręcz przeciwnie.
Jeśli republikanie, a co za tym idzie Donald Trump, stracą Kongres, druga część kadencji upłynie pod znakiem chaosu i wojny na Kapitolu. Zachowania i decyzja Trumpa, również te dotyczące wojny w Ukrainie, staną się wówczas jeszcze bardziej nieprzewidywalne niż dotychczas.
– Od dawna istnieje ponadpartyjna zgoda i większość dla wsparcia Europy Środkowo-Wschodniej, obecności wojsk w Polsce oraz pomocy dla Ukrainy, więc o to nie musimy się obawiać – przewiduje prof. Tomasz Płudowski. – Nie oznacza to jednak, że sam Trump zmieni swoją politykę wobec Putina – przestrzega.
– Krytyka Trumpa wobec Ukrainy jest zawsze znacznie silniejsza niż wobec Rosji. Nigdy publicznie nie był tak krytyczny wobec Putina jak wobec Ukrainy, mimo że to Ukraina została najechana, a Rosja jest agresorem – analizuje amerykanista z Collegium Civitas.

Prof. Płudowski pozbawia też złudzeń co do roli samego Trumpa w kontekście wojny w Ukrainie. – Wie, że nie ma wpływu na Putina ani na koniec wojny. Wojna trwa od czterech i pół roku. Gdyby mógł ją zakończyć, już by to zrobił. Sama sprawa jest dla niego drugo- lub trzeciorzędna – ocenia ekspert.
Władimir Putin liczy zyski. Gra długofalowo
Inaczej sprawy przedstawiają się w przypadku Władimira Putina. Dla niego wojna z Ukrainą i osiągnięcie końcowego zwycięzca to bezapelacyjny priorytet. A Donald Trump ze swoją fascynacją reżimami i autokratami, a także stricte biznesowym podejściem do polityki, jest dla Kremla wymarzonym narzędziem do osiągnięcia celu.
Kreml planuje bowiem średnio-, a nawet długoterminowo. Cel krótkoterminowy już bowiem osiągnął.
– Chodzi o wykreowanie obrazu, że z Rosją trzeba robić interesy, że Rosja jest potrzebna na świecie, że wielcy muszą się z Rosją dogadywać – wylicza Michał Kacewicz.
Oczywiście dla Kijowa to jest wojna o wszystko. Na początek o przetrwanie zimy
Średnioterminowym celem jest ochrona przemysłu rafineryjnego, który mocno ucierpiał wskutek coraz odważniejszych ataków sił ukraińskich w głębi Rosji. Tymczasem teraz to nie Putin grozi Ukrainie odwetem za kolejne uderzenia. Robi to Trump, dotychczasowy sojusznik i fundament ukraińskiego oporu.
– I o to chodziło! – wskazuje Kacewicz. – O pretekst, żeby oskarżać, a później karać (np. wycofaniem wsparcia militarnego) kraj-ofiarę agresji, podczas gdy agresor gra rolę ofiary. Chodziło o to, żeby Stany Zjednoczone zaczęły naciskać i izolować Kijów w sprawie ataków na rafinerie – dodaje dziennikarz Biełsatu.
To wiąże się z celem długoterminowym, czyli podbiciem Ukrainy albo zawarciem pokoju na rosyjskich warunkach, który de facto podporządkowałby Ukrainę Rosji. W tym scenariuszu Rosja mogłaby albo doprowadzić do „zainstalowania” w Kijowie bardziej prorosyjskiego polityka, albo przynajmniej odbudować swoje wpływy na ukraińskiej scenie politycznej. Jak zaznacza Kacewicz, zwrot w sprawie ataków na rafinerie tworzy bardzo pożądany przez wierchuszkę Kremla klimat.
– To będzie mieć przełożenie na dalsze podejście do negocjacji pokojowych – ustawi pewien klimat, że obie strony prowadzą niemal równorzędną wojnę, nie ma ofiary i nie ma agresora, obie strony są agresorami i ofiarami, a może nawet zamieniają się rolami. To jest ta logika, budowana dieslowskim dealem Trumpa – analizuje ekspert od polityki wschodniej.
Zełenski mówi: dość. „Dla Kijowa to wojna o wszystko”
W całej tej układance jest też Ukraina i Wołodymyr Zełenski, nad którego głową zbierają się czarne chmury. Deal Stanów Zjednoczonych z Rosją w sprawie diesla to wierzchołek góry lodowej.
A przecież jest też problem na polu walki – Ukraińcy utrzymują, że zapewniające im łączność satelity Starlink zaczęły nagle dużo gorzej działać, z kolei przed jednym z ostatnich ataków rakietowych Rosji siły ukraińskie nie otrzymały ostrzeżenia od amerykańskiego wywiadu.

I tu doszło do nieoczekiwanego zwrotu akcji. Zełenski zamiast z zaciśniętymi zębami znosić kolejne razy postanowił postawić się Donaldowi Trumpowi i uderzyć pięścią w stół. Miejsce do tego wybrał nieprzypadkowe – Londyn i wywiad dla „Financial Timesa”.
W rozmowie z dziennikiem zapewnia, że nie zamierza podać się do dymisji. Wbija też ostrą szpilę swojemu amerykańskiego odpowiednikowi, zarzucając mu zauroczenie dyktatorami. „On mówi o tym otwarcie i głośno, że kocha takich ludzi i szanuje takich ludzi. Ponieważ dla niego ludzie, jeśli potrafią być liderami przez 20, 30 czy 40 lat, to oznacza, że są bardzo silni” – zarzuca Zełenski.
Trump nie czuje gigantycznej przewagi swojego kraju i sojuszników nad Rosją. Nie potrafi grać z pozycji siły. (…) Stara się prowadzić tylko handel, bo tylko handel rozumie
Dopytywany o kwestię ataków na rosyjskie rafinerie, mówi wprost, że „mamy tego dość”. „Blokada została zdjęta. Koniec z tym” – jednoznacznie ucina. Oskarża też Amerykanów, że szantażowali Ukrainę odcięciem danych wywiadowczych, jeśli ataki na rosyjskie rafinerie nie ustaną. Nagłą awarię satelitów Starlink nazywa natomiast „decyzją”, a nie usterką techniczną.
– Zełenski więcej ugra u Europejczyków i w Kanadzie. W Stanach Zjednoczonych najważniejszy jest Kongres, gdzie istnieje ponadpartyjna zgoda co do wspierania Ukrainy, a sam Trump jest tu wyjątkiem – ocenia prof. Tomasz Płudowski.
Michał Kacewicz dodaje: – Administracja Zełenskiego będzie chciała przeczekać Trumpa do „wyborów połówkowych”. Jak będzie nowy Kongres, to Kijów będzie liczyć na co najmniej blokowanie polityki Trumpa. Oczywiście dla Kijowa to jest wojna o wszystko. Na początek o przetrwanie zimy.
Łukasz Rogojsz













